Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4. XIX wiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4. XIX wiek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 lutego 2026

Anielski blask - tajemnica wojny secesyjnej

   Błotniste pola Tennessee podczas krwawej wojny secesyjnej. Pośród tysięcy rannych żołnierzy po bitwie pod Shiloh, odnotowano zjawisko, które przez kolejne dziesięciolecia pozostawało medyczną zagadką. Z głębokich ran postrzałowych zaczęła emanować nienaturalna, błękitna poświata, widoczna w absolutnej ciemności. Obserwacje personelu medycznego wykazały trudny do wyjaśnienia paradoks: żołnierze dotknięci tym luminescencyjnym procesem wykazywali znacznie wyższą przeżywalność niż pozostali ranni. Historia „Anielskiego Blasku” stanowi jedno z najbardziej osobliwych skrzyżowań brutalnej historii wojny secesyjnej z procesami biologicznymi, które przez ponad wiek uznawano za niewytłumaczalną anomalię.

niedziela, 30 kwietnia 2023

Kanibal z Kentucky

   Niemal przez całe swoje życie solidnie pracował na reputację jednego z największych złoczyńców w historii Dzikiego Zachodu. Był bezwzględny i bezlitosny. Zdeprawowany i bestialski. W pogoni za upragnionym złotem nie cofał się przed niczym. Nie miał sumienia i litości dla nikogo. Oszukiwał i kradł. Nie znosił jakiegokolwiek sprzeciwu. Zabijał nie tylko wrogów, ale również najlepszych przyjaciół. A niektóre swoje ofiary także zjadał. Z tego powodu Boone Helm został nazwany kanibalem z Kentucky. Ścigano go w kilku stanach, a nawet poza granicami kraju. Aby uniknąć odpowiedzialności za swoje bandyckie czyny – bardzo przekonująco udawał szaleńca. I bardzo długo udawało mu się uciekać przed wymiarem sprawiedliwości.

   Ci, którzy mieli nieszczęście spotkać go na swojej drodze, wprost nazywali go najgorszym ze wszystkich złych ludzi, najdzikszym z dzikusów lub najczarniejszą z czarnych owiec. Jego głowy domagali się zarówno przedstawiciele prawa, jak i zwykli mieszkańcy każdego miasteczka, w którym postawił swoją stopę. Wszędzie, gdzie się pojawiał – groził mu natychmiastowy lincz. On jednak nie bał się śmierci, a na szubienicę wszedł z szerokim uśmiechem na ustach. Choć dziś Boone Helm jest postacią nieco zapomnianą – gdy żył, nie było na Dzikim Zachodzie człowieka, który nie drżałby już na sam dźwięk jego imienia.

wtorek, 7 marca 2023

Wilczyca z Gysinge

   Zimą 1821 roku blady strach padł na mieszkańców kilku odciętych od świata wiosek w środkowej Szwecji. Przez trzy miesiące przerażeni ludzie byli terroryzowani przez wygłodniałą wilczycę. Jej ofiarami padały głównie pozostawione bez opieki, bezbronne dzieci. Próbowała zaciągnąć je w głąb lasu. A gdy ich ciała okazywały się na to zbyt ciężkie – rozszarpywała i zjadała je na miejscu. Polowała w pobliżu ludzkich domostw, a niektóre ze swoich ofiar zagryzała już na progu ich chat. Nie wykazywała przy tym absolutnie żadnego strachu przed człowiekiem. Próbowała atakować nawet dorosłych mężczyzn podróżujących przez okolicę konno lub saniami. Taka sytuacja nie miała w tym kraju miejsca nigdy wcześniej. 

   Wilczyca dopuściła się ponad 30-stu ataków. Zabijając w nich dziewięcioro dzieci i jedną dorosłą kobietę oraz ciężko raniąc blisko 19 innych osób. Okoliczni myśliwi rozpoczęli zakrojone na szeroką skalę łowy na bestię. Ale drapieżnik skutecznie omijał zastawione pułapki. Unikał zatrutej przynęty i nie bał się głośnych wystrzałów ze strzelb. Ludzie szybko zaczęli wierzyć, że nie był to zwykły wilk, ale sam diabeł lub stworzony przez niego demon. Niektórzy twierdzili nawet, że była to boska kara zesłana na ludzi za ich grzechy. Jednak prawda o wilczycy z Gysinge okazała się znacznie bardziej przyziemna. A skutki tych tragicznych wydarzeń są w Szwecji odczuwalne do dziś.

piątek, 3 marca 2023

Gniazdo szerszeni - masakra w Hornet Bank

   Konflikt pomiędzy australijskim Aborygenami a białymi osadnikami trwał niemal od samego początku utworzenia w Nowej Południowej Walii brytyjskiej kolonii. Starcia zbrojne oraz przymusowe przesiedlenia tubylców z terenów, które kolonizatorzy uznali za odpowiednie do osiedlenia, przez wiele lat dziesiątkowały rdzennych mieszkańców tych ziem. Aborygeni próbowali stawiać opór. Ich ataki przeprowadzane na kolonizatorów były brutalne i bezlitosne. Ale niepisane prawo australijskiego pogranicza nakazywało osadnikom dokonywania odwetu za każdego zabitego białego człowieka. Rozpoczęły się krwawe pogromy tubylców. 

   Gdy w październiku 1857 roku grupa złożona z ponad stu Aborygenów napadła na ranczo zamieszkałe przez samotną matkę, jej dzieci oraz pracowników – dokonując rzezi niemal wszystkich przebywających tam osób – biali osadnicy z całego regionu zapałali żądzą odwetu za masakrę w Hornet Bank. Najstarszy syn zabitej kobiety uznał, że winnymi zabicia jego rodziny są wszyscy Aborygeni. Zapowiedział, że nie spocznie dopóki nie dokona na nich krwawej zemsty. I już wkrótce dotrzymał słowa. William Fraser przeszedł do legendy australijskiego pogranicza jako Billy Mściciel. I do dziś uznawany jest w Australii za jednego z największych masowych zabójców w historii tego kraju.

wtorek, 31 stycznia 2023

Czarny Mesjasz - anioł zemsty z Haiti

   Mackandal wbrew własnej woli został jednym z czarnoskórych niewolników sprowadzonych przez Francuzów z Afryki do swojej kolonii. Przez wiele lat ciężko pracował na plantacji trzciny cukrowej – godząc się na bycie człowiekiem gorszej kategorii. I cierpliwie znosił wszystkie zadawane mu krzywdy. Jednak z czasem jego uległość przerodziła się w otwartą wrogość do białych plantatorów, którym wypowiedział skrytą wojnę.


   Sam siebie nazwał Czarnym Mesjaszem, pragnącym przynieść wszystkim niewolnikom upragnioną wolność. Jednocześnie zamierzał odpłacić kolonizatorom za wszystkie cierpienia zadane wykorzystywanym na ich plantacjach Afrykańczykom. Stanął na czele własnej armii zbiegłych niewolników, gotowych poświęcić dla niego własne życie. Wiedząc, że otwartej walce nie ma najmniejszych szans – Mackandal postanowił działać w ukryciu. Dochodząc do wniosku, że jego rewolucja wymaga ofiar po obu stronach – uznał, że lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach...

niedziela, 9 października 2022

Zbrodnia mormonów – masakra w Mountain Meadow

   Uważali, że tylko ich Kościół jest tym prawdziwym. Twierdzili, że tylko ich Biblia głosi prawdziwe słowo Boże. Przekonywali, że tak jak opisywał to Stary Testament – jedyny i wszechmogący Bóg porozumiewał się z nimi za pomocą żyjącego proroka, którego słowa były dla nich najważniejszym drogowskazem. Popełnianie grzechów traktowali niczym najcięższą zbrodnię. Kierowani przez fanatycznego przywódcę, stworzyli swoje własne zasady i kontrowersyjne normy społeczne. Te jednak szybko spotkały się z nieskrywaną wrogością nie tylko większości amerykańskiego społeczeństwa, w którym żyli, ale również ówczesnych władz USA.


   Choć sami bardzo wiele wycierpieli – doświadczając ze strony swoich przeciwników zarówno jawnej pogardy, jak i brutalnych prześladowań – Mormoni twierdzili, że zawsze przebaczają swoim wrogom. Na zło mieli odpowiadać czystym dobrem. Na krzywdę – szczerym miłosierdziem. A mimo to w drugiej połowie XIX wieku niektórzy z nich dopuścili się zbrodni tak strasznej, że jeszcze przez długie dziesięciolecia zwykli Amerykanie zadawali sobie pytanie – jak to w ogóle możliwe, że tak bardzo religijni Mormoni zdolni byli do popełnienia takiego czynu.

   W zaplanowanym z zimną krwią ataku na karawanę amerykańskich kolonistów – do którego doszło w miejscu zwanym Mountain Meadow w stanie Utah – życie straciło ponad 120 osób, w tym wiele dzieci i kobiet. Rzeź całych rodzin wędrujących na Zachód w poszukiwaniu lepszego życia odbiła się głośnym echem w całym kraju – wywołując interwencję armii Stanów Zjednoczonych, zwaną później „Wojną w Utah”. Choć od samego początku nikt nie miał wątpliwości, kto dopuścił się tej okrutnej zbrodni – Mormoni przez ponad 150 lat próbowali zrzucić odpowiedzialność za masakrę na niewinnych Indian z plemienia Pajutów.

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Laura Secord - boso na ratunek

   W roku 1813 Amerykanka Laura Secord udała się w pełną niebezpieczeństw wędrówkę, aby ostrzec dowódcę brytyjskiego oddziału przed zbliżającym się atakiem jej rodaków. Trzymając się z dala od głównej drogi, aby uniknąć schwytania przez żołnierskie patrole – samotnie pokonała 27 kilometrów przez lasy, bagna i potoki. Zmęczona i poraniona, ostatnie godziny szła boso. I choć jej heroiczny wyczyn przeszedł do legendy, postać Laury Secord nie jest dziś oceniana przez historyków jednoznacznie. Dla Kanadyjczyków kobieta stała się jedną z największych bohaterek narodowych, której stawiano pomniki. W świadomości Amerykanów długo pozostawała zdrajczynią, która po wojnie o niepodległość porzuciła swój kraj i współpracowała ze znienawidzonymi przez nich ówcześnie Brytyjczykami. Ale nawet najwięksi wrogowie zgodnie docenili jej determinację i odwagę…

poniedziałek, 16 marca 2020

Dzikie dziecko - historia Victora z Aveyron

   W roku 1799 w południowej Francji trzech myśliwych schwytało dzikie dziecko. Było brudne, nagie i przestraszone. Nie miało więcej niż dziesięć lat. Mieszkało samotnie w lesie i żywiło się tym, co znalazło lub upolowało. Jego ciało pokrywały liczne blizny oraz rany, których znaczna część wydawała się być zadana przez innych ludzi. Zamiast mówić – chłopiec warczał niczym zwierzę. Swoim wyglądem budził zarówno przerażenie, jak i ciekawość miejscowej ludności. Został zapamiętany jako Victor z Aveyron. Wielu ówczesnych pedagogów i psychiatrów zastanawiało się czy dzikie dziecko może zostać skutecznie ucywilizowane. Dokonywane przez najlepszych specjalistów próby uczynienia z dzikusa pełnoprawnego członka społeczeństwa trwały kilka lat i okazały się znacznie trudniejsze niż początkowo sądzono...


   Dzikie dzieci, zwane też czasami „dziećmi wilczymi” znane są dziś z literatury, filmów i legend. Egzystujące w społecznej izolacji, wychowywane przez zwierzęta znajdowane były w najdalszych zakątkach świata. Łączył ich strach przed ludźmi, nieumiejętność mówienia oraz brak norm społecznych. Schwytany w roku 1799 Victor z Aveyron uważany jest dziś za ostatni potwierdzony przypadek odnalezienia dzikiego dziecka w Europie. Czy jednak rzeczywiście Victor był dzikusem wychowanym samotnie wśród zwierząt, z dala od ludzi? A może tylko upośledzonym umysłowo chłopcem pozostawionym przez rodziców w lesie na pewną śmierć, krótko przed jego odnalezieniem? 

poniedziałek, 3 lutego 2020

George Brinski - Polak, który zastąpił prezydenta USA

   Gdy w roku 1861 w Stanach Zjednoczonych rozpoczęła się wojna secesyjna, nie wszyscy Amerykanie gotowi byli wziąć w niej udział, wypełniając tym samym swój patriotyczny obowiązek. Zwłaszcza jeśli znali wpływowych ludzi i byli bogaci. Jedną z takich osób był przyszły dwukrotny prezydent USA Stephen Grover Cleveland, który za kilkaset dolarów znalazł sobie zastępstwo w osobie ubogiego imigranta z Polski. George Brinski wojnę przeżył, ale jej skutki odczuwał do końca swoich dni. Oto historia biednego Polaka, który poszedł walczyć, aby nie musiał tego robić bogaty Amerykanin…

środa, 30 stycznia 2019

Ziemniaczany grecki przekręt

   Gdy pierwszy prezydent Grecji Joanis Kapodistrias postanowił w roku 1830 sprowadzić do swojego kraju nieznane jego rodakom ziemniaki uważał, że jest to najlepszy pomysł na szybkie rozwiązanie problemu panującego tam głodu. Grecy nie podzielali jednak tego entuzjazmu. Nowej rośliny po prostu się bali. Wszelkie prośby, namawiania, przekonywania, a nawet groźby nie odnosiły zamierzonego skutku. Kapodistriasowi potrzebny był więc sprytny plan. Jak skutecznie namówić upartych Greków do zrobienia rzeczy, na którą nie mieli ochoty? Trzeba było przekonać ich, że to nielegalne…

czwartek, 13 grudnia 2018

Grzechotnik Jack - śmierdzący poskramiacz węży

   S.A. McIntyre w ostatnich latach Dzikiego Zachodu miał opinię jednego z najlepszych tropicieli wilków i kojotów w regionie na zachód od Gór Skalistych. W ciągu jednego roku potrafił upolować nawet sześćset drapieżników. Dzięki temu zajęciu dorobił się niezłych pieniędzy. Jednak jego największą miłością były grzechotniki. Nigdy się z nimi nie rozstawał a swoje gady nosił przewieszone przez szyję niczym szal. Do tego samego zmuszał nawet własne dzieci, za co zapłacił wysoka cenę. Nikt nie wiedział jak brzmi jego prawdziwe imię ale jego pseudonim i profesję znał każdy. Szanowano go ale i pogardzano nim jednocześnie. Wielu o nim mówiło, jednak tylko nieliczni mieli odwagę spotkać go osobiście. Nikt bowiem nie śmierdział na Dzikim Zachodzie bardziej niż „Grzechotnik Jack”…


   Historia „Grzechotnika Jacka” McIntyre’a pokazuje, że aby zapisać się czymś wyjątkowym w historii Dzikiego Zachodu nie trzeba było być najszybszym rewolwerowcem wygrywającym swój pojedynek w samo południe, ani zamaskowanym bandytą okradającym pociągi czy banki, ani nawet nieustraszonym szeryfem, który w majestacie prawa wieszał pazernych koniokradów. I choć obecnie nazwisko tego ekscentrycznego „poskramiacza węży” niewiele już mówi nawet tym, którzy pasjonują się opowieściami rodem z klasycznych westernów – gdy Jack żył, nie było w Górach Skalistych człowieka, który by o nim nie słyszał. Mało tego – nie było zbyt wielu takich, którzy nie życzyliby mu po prostu szybkiej śmierci. Zwłaszcza, gdy nie mogli już znieść jego smrodu…

niedziela, 1 kwietnia 2018

August Gissler i tajemnica Wyspy Kokosowej

   Na przestrzeni ostatnich wieków marzenia o odnalezieniu pirackiego skarbu stały się celem życia wielu poszukiwaczy skarbów. Stare mapy, zagadkowe wpisy w dziennikach oraz opowieści przekazywane sobie przez żeglarzy, gdzieś w obskurnych tawernach – to wszystko rozpalało wyobraźnię ludzi, każąc im podążać do najdalszych zakątków świata tropem zrabowanego złota, srebra i klejnotów. Na przełomie XIX i XX wieku niemiecki inżynier August Gissler, przez prawie trzy dekady, owładnięty był obsesją na punkcie odnalezienia pirackiego łupu, który według legend miał być ukryty na odległej Wyspie Kokosowej. Aby zrealizować swoje marzenie, gotów był poświęcić wszystko, co było dla niego najcenniejsze. Uparcie dążył do celu, nie zwracając uwagi na wszelkie kłopoty i przeciwności losu. Do końca wierzył, że skarb jest na wyciągnięcie ręki. Jednak wulkaniczna wysepka nie zamierzała zbyt łatwo podzielić się z nim tym, co miała najcenniejszego…


   Położona na Pacyfiku Wyspa Kokosowa, jak żadne inne miejsce na ziemi, kusiła śmiałków obietnicą szybkiego wzbogacenia się. Próbowało wielu. Jedni rezygnowali z poszukiwań po kilku dniach, inni po kilku miesiącach, ale August Gissler nie zamierzał się poddać. Przez 27 lat bezustannie starał się odnaleźć skarby zakopane przez dwóch słynnych XIX-wiecznych piratów - Don Pedro Beniteza, znanego jako „Krwawa Szpada” Bonito oraz kapitana Williama Thompsona. Aby być bliżej skarbu, Gissler i jego żona Mary, pod pretekstem założenia rolniczej kolonii, spędzili na Wyspie Kokosowej 14 lat. Dla jednych ludzi, ich wysiłek stał się symbolem ludzkiej wytrwałości, dla innych – czystej naiwności. Opuszczeni przez wszystkich, nie tracili nadziei i wiary na ostateczny sukces. Jednak zadanie, które przed sobą postawili okazało się znacznie trudniejsze niż przypuszczali…

niedziela, 29 stycznia 2017

Tygrysica z Champawat

   Na przełomie XIX i XX wieku, w spokojnym dotąd regionie na pograniczu nepalsko-indyjskim, wśród miejscowej ludności zapanował strach. Tygrysica z Champawat w ciągu kilku lat zaatakowała i zabiła co najmniej 436 osób. Mężczyźni, kobiety i dzieci ginęli jeden po drugim, często wyciągani przez dziką bestię prosto ze swoich łóżek. Nawet nepalskie wojsko nie potrafiło powstrzymać tych krwiożerczych łowów. Dziką wściekłość bestii i jej agresję przypisywano złym mocom i demonom. Kres tej tragedii położył dopiero słynny brytyjski „Łowca ludojadów” James "Jimmy" Corbett, który po wielu trudach nie tylko zabił zwierzę, ale również odkrył prawdziwy powód ataków tygrysicy na ludzi.


   Przez kilka lat bestia grasująca u stóp Himalajów skutecznie unikała kul myśliwych i zastawianych na nią pułapek. Z ataku na atak stawała się coraz bardziej zuchwała, a ludzie ze strachu barykadowali się w swoich chatach. To jednak nie powstrzymywało tygrysicy z Champawat przed kolejnymi polowaniami. Mieszkańcy Nepalu i Indii Brytyjskich byli sparaliżowani strachem i bezradni – zwłaszcza, że tygrysica kierowała się nie tylko uczuciem głodu, ale i osobistą zemstą za wyrządzoną jej przez ludzi krzywdę…

poniedziałek, 7 marca 2016

Prawdziwy Zorro - historia Joaquina Murriety

   Zorro - zamaskowany mściciel, który walczy w imieniu biednych i pokrzywdzonych ludzi - to jeden z najsłynniejszych bohaterów rodem z Hollywood. Wbrew pozorom, nie jest to fikcyjna postać. Człowiek, który stał się pierwowzorem szlachetnego „czarnego rycerza” istniał naprawdę. Joaquin Murrieta był uwielbiany przez biednych Meksykanów i znienawidzony przez amerykańskich stróżów prawa, jednak daleko mu było do człowieka, którego znamy z kinowych ekranów. Historia jego życia stała się legendą, choć on sam w ogóle na to nie zasłużył…


   Nazywano go "największym z buntowników", "mścicielem z Kalifornii" i "meksykańskim Robin Hoodem". Jako Zorro stał się symbolem walki z niesprawiedliwością społeczną, choć jako Murrieta wcale z nią nie walczył. Jego banda siała postrach w XIX-wiecznej Kalifornii. On sam chętnie kradł, napadał, podpalał i mordował, a mimo to na trwałe zapisał się w historii popkultury XX wieku. Gdzie kończy się prawda o Murriecie, a zaczyna legenda o Zorro? Czy Joaquin Murrieta zasłużył na miano szlachetnego mściciela?

poniedziałek, 9 listopada 2015

Olive Oatman - Indianka z wyboru

  Wizerunek złych Indian, jaki wykreowały amerykańskie westerny, nie pozostawia złudzeń. "Czerwonoskórzy" wojownicy mieli tylko jeden cel - zabić i oskalpować miłujących pokój, białych osadników. Kogo nie zabili - porywali. Uprowadzano głównie kobiety, które zostawały niewolnicami lub jeńcami. Tak do plemienia Mohave trafiła Olive Oatman, która została nawet adoptowana przez samego wodza. Jako znak przynależności do Indian jej ramiona i brodę zdobił rytualny, niebieski tatuaż plemienny. Otrzymała nowe imię i wiodła szczęśliwe życie wśród swoich współplemieńców. Jednak wbrew własnej woli, została oswobodzona i siłą przywieziona z powrotem do "cywilizowanego" świata białych ludzi. Wróciła, chociaż nie chciała...


   Wrogość Indian wobec europejskich osadników to nie wyłącznie wymysł propagandy rodem z westernów. Faktem jest, że zarówno na odległych preriach Dzikiego Zachodu, jak i na znacznie bezpieczniejszym, wschodnim wybrzeżu, wrogo nastawieni tubylcy dopuszczali się czasami krwawych ataków na amerykańskich pionierów. Uprowadzone podczas takich napadów kobiety zwykle wracały jednak do swoich domów i rodzin. Olive Oatman nie chciała nawet słyszeć o powrocie. Podczas swojego pobytu wśród Indian Mohave poznała ich kulturę, tradycję i obyczaje. Pokochała indiański świat. Pragnęła do końca swoich dni pozostać jedną z Mohave. Nie pozwolono jej na to. Oto historia kobiety, która nawet po uwolnieniu z indiańskiej niewoli, nigdy nie przestała być Indianką...

poniedziałek, 7 września 2015

Ludożercy z Tsavo

   Gdy pod koniec XIX wieku Brytyjczycy postanowili wybudować w Afryce linię kolejową, łączącą Mombasę z Ugandą, byli świadomi trudności, z którymi przyjdzie im się zmierzyć. Jednak wydarzeń z roku 1898 nie mógł przewidzieć nikt. Przez dziewięć miesięcy dwa lwy-ludojady siały strach i panikę wśród robotników budujących most na rzece Tsavo. Aby zapobiec opóźnieniom w pracach budowlanych, Brytyjczycy wysłali jednego człowieka. Podpułkownik John Henry Patterson chciał szybko rozwiązać problem. To co miało być dla niego łatwym polowaniem na dzikie koty, okazało się najtrudniejszą walką, okupioną wieloma ofiarami, po której brytyjski inżynier został okrzyknięty lokalnym bohaterem i przeszedł do legendy jako samotny wyzwoliciel Tsavo.


   Ludzie od najdawniejszych czasów polowali na lwy. W Tsavo role się jednak odwróciły. To lwy stały się łowcami, a ludzie ofiarami. Drapieżne bestie w trakcie swoich krwawych, nocnych polowań zabiły i zjadły 135 osób. Ludojady zręcznie unikały pułapek, forsowały ogrodzenia, niszczyły zabezpieczenia i bardzo długo nie dawały się pokonać, a swoje zdobycze wyciągały wprost z namiotów. Udowadniając, że były Panami Tsavo, na stałe zapisały się w mrocznej historii brytyjskich prac przy budowie linii kolejowej na Czarnym Lądzie...

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Mary Celeste i zagadka zaginionej załogi

   Historycy i badacze morskich tragedii od ponad 140 lat starają się rozwikłać zagadkę "Mary Celeste" - owianego złą sławą okrętu, który 4 grudnia 1872 roku został odnaleziony około 600 mil morskich na zachód od Gibraltaru. Brygantyna dryfowała samotnie po oceanie. Na pokładzie nie było nikogo. Kapitan statku, jego żona i córka, a także ośmioosobowa załoga - wszyscy przepadli bez śladu. Doprowadziło to do powstania niezliczonej ilości teorii spiskowych, próbujących wyjaśnić, co tak naprawdę wydarzyło się na pokładzie "Mary Celeste" tamtego feralnego dnia...


   Do legendy przeszły opowieści o tym, co znaleziono na pokładzie porzuconego frachtowca - susząca się bielizna, niedopalone fajki, niedopita herbata, ledwie naruszone, jeszcze ciepłe posiłki na talerzach oraz brak śladów jakiejkolwiek walki miały wskazywać, że statek opuszczono nagle i tylko na chwilę, z zamiarem szybkiego powrotu. Los zaginionej załogi stał się jedną z największych zagadek w historii morskich katastrof. Od ponad wieku miłośnicy tajemnic prześcigają się w wymyślaniu coraz to innych hipotez. Trójkąt Bermudzki, wiry wodne, bunt załogi, piraci, potwory morskie, a nawet UFO - to tylko niektóre próby rozwiązania tej zagadki. Jak się okazuje - przyczyna zaginięcia 10 osób może być całkiem prozaiczna i nie taka tajemnicza, jak się to może wydawać...

poniedziałek, 16 lutego 2015

Tajemnica księdza Saunière'a

   Gdy pod koniec XIX wieku do małej francuskiej wsi Rennes-le-Château przybył Bérenger Saunière, był tylko ubogim księdzem, który z wielkim trudem starał się wiązać koniec z końcem. Podczas prac remontowych w swoim kościele odkrył jednak coś, co sprawiło, że w krótkim czasie stał się jednym z najbogatszych ludzi w południowej Francji. Biedny ksiądz nagle zaczął wydawać miliony, zbudował okazałą rezydencję oraz nawiązał kontakty z przedstawicielami francuskich elit. Jego życie obrosło wieloma legendami, a jedna z nich mówi wprost, że skarb, który odnalazł, mógł podważyć całą naukę Kościoła i doprowadzić do jego upadku.



   Wydarzenia w Rennes-le-Château spowija tajemnica, w której trudno jest oddzielić prawdę od fikcji, a historia księdza Saunière'a to jedna z największych zagadek przełomu XIX i XX wieku. Próby jej rozwiązania od wielu dziesięcioleci podejmują się nie tylko historycy, ale również tropiciele sensacji i łowcy skarbów. Swój sekret Bérenger zdradził tylko gosposi, z którą nocami, w tajemnicy rozkopywał miejscowy cmentarz. Czy prawdziwa jest opowieść o tym jak Watykan za jego milczenie gotowy był zapłacić bardzo wiele, a sam Saunière miał posunąć się nawet do morderstwa, by tylko ochronić swój sekret?

niedziela, 16 listopada 2014

Isandlwana - zagłada "czerwonych kurtek"

   Bitwa pod Isandlwana, stoczona 22 stycznia 1879 roku w Afryce Południowej pomiędzy Brytyjczykami i Zulusami, była jedną z najbardziej spektakularnych porażek brytyjskiej armii w bitwach na kontynencie afrykańskim. Całkowite zlekceważenie słabszego przeciwnika, niedocenienie jego ogromnej woli walki, brak odpowiedniego zabezpieczenia obozu oraz błędne decyzje generała Chelmsforda doprowadziły do największej, w historii kolonializmu, klęski nowoczesnej armii w starciu z gorzej uzbrojonymi i słabiej wyszkolonymi tubylcami.



   Pod koniec XIX wieku ziemie należące do plemienia Zulusów stały się celem brytyjskiej ekspansji kolonialnej. Plan był prosty - pokonać miejscowych tubylców, korzystając z nowoczesnego uzbrojenia i lepiej wyszkolonych żołnierzy. Przewaga broni palnej nad włóczniami miała zapewnić Europejczykom łatwe i szybkie zwycięstwo. Historia pokazała jednak, że nawet najgorzej uzbrojony przeciwnik może być groźny, jeśli się go zlekceważy. Brytyjczycy popełnili ten błąd i zapłacili za niego najwyższą cenę...

sobota, 6 kwietnia 2013

Smoki - legenda czy fakt?

 Każdy z nas zna opowieści o tych tajemniczych stworzeniach, pojawiających się w kulturze masowej od zarania dziejów. Smoki, bo o nich właśnie mowa, na trwałe zapisały się w świadomości każdego niemal człowieka na świecie. Wiemy jak wyglądały, wiemy jak groźne były i wiemy, że nie istniały... Czy aby na pewno to tylko mit?


   Z gawędami, bajkami czy legendami o smokach spotkać się można w pismach wielu narodów Europy i Azji już od najdawniejszych czasów - opowiadali o nich Sumerowie, Asyryjczycy, Persowie i Hindusi. Występują w mitach o stworzeniu świata, pojawiają się w dziejach dawnych Słowian i Germanów. W europejskiej symbolice smok ucieleśniał zło, nieszczęście, grozę i cierpienie. Zgoła inaczej natomiast przedstawiano je we wschodniej Azji - smok do dziś uchodzi za symbol szczęścia, sprawiedliwości i urodzaju. Pochodzenie smoków jako mitycznych stworzeń okrywa nadal tajemnica. Zadziwia podobieństwo między opisami i wizerunkami smoków a odnalezionymi szczątkami prehistorycznych gadów. Jednak nie istnieje między nimi żaden związek - pierwszych ludzi od ostatnich dinozaurów oddzielają przecież miliony lat. Pochodzenia ich zatem trzeba szukać gdzie indziej - ale czy na pewno tylko i wyłącznie w ludzkiej wyobraźni i fantazji...?