poniedziałek, 22 czerwca 2015

Mary Celeste i zagadka zaginionej załogi

   Historycy i badacze morskich tragedii od ponad 140 lat starają się rozwikłać zagadkę "Mary Celeste" - owianego złą sławą okrętu, który 4 grudnia 1872 roku został odnaleziony około 600 mil morskich na zachód od Gibraltaru. Brygantyna dryfowała samotnie po oceanie. Na pokładzie nie było nikogo. Kapitan statku, jego żona i córka, a także ośmioosobowa załoga - wszyscy przepadli bez śladu. Doprowadziło to do powstania niezliczonej ilości teorii spiskowych, próbujących wyjaśnić, co tak naprawdę wydarzyło się na pokładzie "Mary Celeste" tamtego feralnego dnia...


   Do legendy przeszły opowieści o tym, co znaleziono na pokładzie porzuconego frachtowca - susząca się bielizna, niedopalone fajki, niedopita herbata, ledwie naruszone, jeszcze ciepłe posiłki na talerzach oraz brak śladów jakiejkolwiek walki miały wskazywać, że statek opuszczono nagle i tylko na chwilę, z zamiarem szybkiego powrotu. Los zaginionej załogi stał się jedną z największych zagadek w historii morskich katastrof. Od ponad wieku miłośnicy tajemnic prześcigają się w wymyślaniu coraz to innych hipotez. Trójkąt Bermudzki, wiry wodne, bunt załogi, piraci, potwory morskie, a nawet UFO - to tylko niektóre próby rozwiązania tej zagadki. Jak się okazuje - przyczyna zaginięcia 10 osób może być całkiem prozaiczna i nie taka tajemnicza, jak się to może wydawać...


PECHOWE POCZĄTKI

"Amazon" na obrazie z roku 1861.
   "Mary Celeste" została zbudowana w roku 1861 na kanadyjskiej wyspie Spencer's w Nowej Szkocji. Początkowo statek o wyporności 206 ton otrzymał nazwę "Amazon", a jego właścicielami było ośmiu inwestorów oraz konstruktor brygantyny Joshua Devis i jej budowniczy William H. Bigalow. Zarejestrowanemu w porcie Parrsboro statkowi od samego początku towarzyszył pech. Pierwszy kapitan "Amazonu", Robert McLellan, po tygodniu od przejęcia statku zachorował na zapalenie płuc i zmarł podczas swojego pierwszego rejsu. Kolejny kapitan, John N. Parker wskutek swojego błędu doprowadził do zderzenia z kutrem rybackim. Powstałe uszkodzenia spowodowały, że "Amazon" nie nadawał się do dalszej żeglugi, więc rozpoczęto remont. Jednak nawet w stoczni pech nie omijał brygantyny. Nieuwaga robotników przyczyniła się do wybuchu pożaru, co znacznie opóźniło remont. Odnowiony statek wyruszył w swoją kolejną podróż. Po bezpiecznym przepłynięciu Oceanu Atlantyckiego, w pobliżu Dover na kanale La Manche, doszło do zderzenia z inną jednostką. Po tym incydencie zmieniono kapitana. Gdy "Amazon" przez kolejne lata unikał morskich katastrof i zaczął przynosić spore zyski swoim właścicielom, wydawało się, że limit nieszczęść został już wyczerpany. Jednak nie na długo...

NOWA NAZWA, NOWE NADZIEJE

"Mary Celeste" wyrzucona na brzeg.
  Na początku 1867 roku ogromny sztorm nawiedził port na wybrzeżu Nowej Szkocji. Źle zabezpieczony "Amazon" został wyrzucony na brzeg i pozostał tam przez kolejnych dziesięć miesięcy, kiedy to w listopadzie postanowiono odprowadzić statek do Nowego Jorku. Uszkodzoną jednostkę wystawiono na sprzedaż. Z racji tego, że naprawa musiałaby pochłonąć ogromne środki, cenę statku znacznie obniżono. Podczas publicznej licytacji wrak "Amazona" kupił Richard Haines za kwotę 1750 dolarów. Po kapitalnym remoncie dokonano kilku znacznych zmian w konstrukcji kadłuba, dołożono też nowe olinowanie i żagle. Według zachowanych do dziś rachunków naprawa kosztowała Hainesa 8825 dolarów i 3 centy. Po remoncie wyporność wzrosła do 282 ton, a niewielki statek mierzył teraz 31 metrów (103 stopy) długości. Nowy właściciel postanowił też zmienić nazwę odnowionej brygantyny. Do rejestru wpisano zatem nową nazwę - "Mary Celeste". Dlaczego wybrał akurat taka nazwę? Nigdy tego nie zdradził...

   Pieniądze zainwestowane w generalny remont zwróciły się dość szybko. Kolejni kapitanowie bezbłędnie pełnili swoją funkcję, więc wydawało się, że wszelkie nieszczęścia nie będą już psuć reputacji "Mary Celeste". 29 października 1872 roku brygantyna kolejny raz zmieniła właściciela. Akt własności podzielony został na cztery osoby. Nowymi właścicielami zostali James H. Winchester, Sylvester Goodwin, Daniel T. Sampson i kapitan Benjamin Spooner Briggs. Ten ostatni otrzymał 33 procent udziałów i został dowódcą nowo zakupionego statku. Nie wiedział jeszcze, że już za kilka tygodni jego frachtowiec na trwałe zapisze się w historii morskich legend i tajemnic...

MIŁE ZŁEGO POCZĄTKI...

Kapitan Benjamin S. Briggs.
   Kapitan Benjamin S. Briggs przyszedł na świat 24 kwietnia 1835 roku w miasteczku Wareham, w stanie Massachusetts. Jego przodkowie wywodzili się w prostej linii od pielgrzymów, którzy przybyli do Ameryki na pokładzie "Mayflower". Z racji tego, że jego rodzina ściśle związana była z żeglugą, sam Benjamin już od najmłodszych lat postanowił poświęcić się morskiej karierze. Pływał na przeróżnych okrętach. Rok przed zakupem "Mary Celeste" chciał co prawda porzucić morskie rzemiosło, jednak szybko zmienił zdanie (głównie za sprawą namowy jego ojca). Niewiele osób wiedziało, że kapitan Briggs był członkiem Loży Masońskiej Św. Jana na Gibraltarze.

Sarah Briggs, żona kapitana, oraz
ich syn Arthur. Chłopiec nie mógł
popłynąć w rejs, ponieważ w tym
czasie chodził do szkoły.
   5 listopada 1872 roku wszystko było gotowe do wypłynięcia "Mary Celeste" na Atlantyk. Kapitan Briggs dokonał ostatnich oględzin swojego żaglowca. W ładowni znajdowało się 1701 beczek spirytusu, który trafić miał do portu we włoskiej Genui. Na pokładzie kapitanowi towarzyszyła jego 30-letnia żona Sarah i 2-letnia córeczka Sophia Mathilda. Przygotowano dla nich specjalną kajutę o podwyższonym standardzie. Na statku zameldowali się również członkowie załogi - pierwszy oficer Albert G. Richardson (28 l.), drugi oficer Andrew Gilling (25 l.), a także 23-letni kucharz Edward W. Head. W skład załogi wchodziło również czterech niemieckich marynarzy - bracia Boz (23 l.) i Volkert (29 l.) Lorenzen, Martens Arian (35 l.) oraz Gottlieb Goodschaad (23 l.).

Sophie Mathilda Briggs.
   Niesprzyjające warunki pogodowe i brak wiatru sprawiły, że kapitan postanowił opóźnić wypłynięcie z portu o dwa dni i rankiem 7 listopada 1872 roku "Mary Celeste" opuściła Nowy Jork, kierując się na wschód. Na podstawie zebranych przez badaczy informacji, opierających się w głównej mierze na dzienniku pokładowym kapitana Briggsa, można ustalić jak wyglądały pierwsze dni rejsu. Przez dwa tygodnie, które minęły od wypłynięcia, "Mary Celeste" płynęła przy dość silnym, lecz korzystnym wietrze. Każdej doby statek pokonywał około 150 mil. Kapitan nie zanotował żadnych anomalii pogodowych. Dni upływały załodze na rutynowych obowiązkach. Nie było kłótni, nikt nie czuł się źle. 23 listopada 1872 roku brygantyna znalazła się w pobliżu Wysp Azorskich, położonych około 1500 km od wybrzeży Półwyspu Iberyjskiego. Następnego dnia pierwszy oficer zanotował w dzienniku dokładną pozycję - 36°56’ szerokości północnej i 29°20’ długości zachodniej, czyli około 227 mil morskich na zachód od wyspy Santa Maria. Prędkość statku określono na 8 węzłów. Dzień później, 25 listopada o godzinie 8 rano, kapitan Briggs dokonał kolejnego wpisu. Nic nadzwyczajnego - okręt płynął w kierunku południowo-wschodnim ze stałą prędkością. Żadnych wzmianek o jakichkolwiek zagrożeniach lub problemach. Był to ostatni wpis w dzienniku pokładowym podczas tego rejsu i właśnie w tym miejscu historia się urywa...

"MOKRY BAŁAGAN", CZYLI GDZIE SIĘ PODZIAŁA ZAŁOGA?

Okręt "Dei Gratia" w sycylijskim porcie.
Obraz Giuseppe Coli z roku 1873.
    4 grudnia (niektóre źródła podają datę 5 grudnia) statek "Dei Gratia", znalazł się w odległości około 600 mil na zachód od Gibraltaru. Sternik John Johnsen, pełniący właśnie służbę na okręcie, zauważył dryfujący, lekko przechylony na bok żaglowiec. Kapitan David Morehouse domyślił się, że załoga znalezionego okrętu może mieć jakieś problemy, więc postanowił podpłynąć bliżej. Gdy oba statki zbliżyły się do siebie na odległość kilkuset metrów, Morehouse spostrzegł, że tym żaglowcem jest "Mary Celeste". Znał ten okręt doskonale, znał też kapitana Briggsa, z którym spotkał się w jednej z tawern na krótko przed wypłynięciem. O godzinie 13:00 kapitan "Dei Gratia" zanotował w swoim dzienniku położenie statku i opisał całe wydarzenie. W tym czasie jego załoga podjęła próbę nawiązania łączności z napotkanym frachtowcem. Nieskutecznie... Szybko podjęto decyzję o wysłaniu szalupy z pierwszym oficerem Olivierem Dereau i dwoma marynarzami (Johnson i Wright). Gdy ci weszli na pokład, od razu spostrzegli, że jeden z żagli jest podarty, a na pokładzie nie ma nikogo. Zaczęli przeszukiwać każdy zakamarek statku. To, co ujrzeli wprawiło ich w osłupienie. "Mary Celeste" była w dość dobrym stanie. Miała, co prawda, lekkie uszkodzenia, jednak nie mogły mieć one wpływu na to, że statek nie byłby zdolny do kontynuowania swojego rejsu. Sytuację na statku określili jako "mokry bałagan". W ładowni znajdowała się woda do wysokości jednego metra, wejście do niej było wyrwane. Znaleziono również zniszczony kompas i niedziałający zegar okrętowy. Odkryto brak przyrządów nawigacyjnych i dokumentów okrętowych, a także kilku książek potrzebnych do nawigacji. Łóżko kapitana było kompletnie przemoczone. Pomimo śladów wskazujących na niedawną burzę i sztorm, ubrania sztormowe członków załogi były suche. Nie znalezione jednej łodzi ratunkowej. Do relingu przywiązana była gruba lina, której poszarpany koniec znajdował się w wodzie. Część żagli była przymocowana prawidłowo, jednak reszta była zwinięta, co mogło sugerować, że załoga była w trakcie ich stawiania, gdy wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Oficer Dereau zwrócił również uwagę, że ciężki, żelazny piec do gotowania posiłków został przesunięty, a podpórka, do której powinien być przymocowany została wyrwana z podłogi. Zgromadzone zapasy wody i jedzenia były w idealnym stanie i wystarczyłyby załodze na sześć miesięcy.
Pierwszy oficer na pokładzie "Dei Gratia",
Olivier Dereau, jako pierwszy oglądał
pokład odnalezionej "Mary Celeste".

   Zauważono również rzecz najważniejszą. Koło sterowe nie zostało prawidłowo zablokowane, tak jak się to powinno robić w przypadku opuszczenia statku, by ustawić go na dryfowanie. Dodatkowo w miejscu, gdzie znajdowała się szalupa ratunkowa były dziwne ślady - tak jakby część przymocowań została porąbana tasakiem, by łódź można było szybko zwodować. W żadnym pomieszczeniu nie stwierdzono śladów walki. Jednak pod łóżkiem kapitana Briggsa znaleziono szablę z widocznymi na niej czerwonymi plamami. Wyglądały one na ślady krwi...

   Ustalono również, że z nieznanych przyczyn "Mary Celeste" zboczyła ze swojego kursu o 60 mil, tak jakby kapitan chciał płynąć bliżej wyspy Santa Maria (jednej z wysp Azorów).

   Tyle zawierają raporty sporządzone podczas późniejszego dochodzenia. Nigdzie nie ma natomiast wzmianki o tym, co przeszło do legendy i stanowiło największą zagadkę. Słynne stały się fantastyczne opowieści, jakoby na pokładzie odkryto suszącą się, jeszcze wilgotną bieliznę, niedopitą kawę i ledwie rozpoczęty posiłek. W niektórych relacjach pojawiał się nawet kot, który samotnie błąkał się po pustym statku. Brak wiarygodnych relacji na temat tych znalezisk sprawia, że trzeba traktować takie rewelacje jako czystą fikcję. Nie zmienia to jednak faktu (jak zauważył Olivier Dereau), iż wszystko wskazywało na to, że załoga opuściła statek w nagłym pośpiechu, zostawiając swoje rzeczy osobiste i kosztowności...

Fotografia przedstawiająca uszkodzoną "Mary Celeste" krótko po dopłynięciu do portu na Gibraltarze.


SPISKOWE TEORIE PROKURATORA FLOODA

Prokurator generalny Gibraltaru
Frederick Solly Flood.
   Porzucony okręt odprowadzono do Gibraltaru, gdzie dotarł 13 grudnia. Kapitan Morehouse liczył na to, że zgodnie z panującym zwyczajem armator wypłaci mu nagrodę za sprowadzenie znalezionego statku i ładunku bezpiecznie do portu. Łączna wartość "Mary Celeste", wraz z przewożonym towarem, wynosiła 46.000 dolarów. Właściciele statku (firma "J. H. Winchester & Co.") nie tylko odmówiła zapłaty, ale jednocześnie oskarżyła załogę "Dei Gratia" o akt piractwa i wymordowanie załogi w celu przywłaszczenia sobie morskiej zdobyczy. Sprawą zainteresował się Scotland Yard, a prokurator generalny Gibraltaru, Frederick Solly Flood, prześcigał się w wymyślaniu coraz to nowych teorii spiskowych. Przesłuchano wszystkich członków załogi "Dei Gratia", po czym specjalna komisja ponownie przeszukała cały okręt i zabezpieczyła wszystkie ślady. Okazało się wtedy, że w ładowni znajduje się 9 pustych beczek, w których powinien znajdować się spirytus. Nie udało się jednak znaleźć jakichkolwiek dowodów, że na pokładzie "Mary Celeste" zostało popełnione przestępstwo.

   Prokurator Flood uznał, że raport jest nic nie warty, gdyż tylko on wie, co tak naprawdę wydarzyło się na porzuconym okręcie. Zawzięcie forsował swoją tezę, jakoby załoga "Dei Gratia" podstępem przejęła statek, wymordowała załogę i teraz próbuje wymusić wypłatę nagrody. Kiedy podważono taką hipotezę, Flood szybko zmienił zdanie i stwierdził z całkowitym przekonaniem, że na statku doszło do buntu załogi, która włamała się do ładowni, a po opróżnieniu 9 beczek spirytusu wpadła w szał, po czym zamordowała kapitana Briggsa, jego zonę i córkę, a ciała wyrzuciła za burtę. Aby uniknąć schwytania, buntownicy zwodowali szalupę i odpłynęli w nieznanym kierunku. Adwokaci jednak podważyli i tą teorię, dowodząc, że alkohol przewożony w beczkach nie nadawał się do konsumpcji, gdyż był to tak zwany "alkohol denaturowany", który można pić dopiero po odpowiedniej obróbce, której załoga nie była w stanie dokonać podczas rejsu. Marynarze po wypiciu zawartości choćby jednej beczki prędzej śmiertelnie by się zatruli niż kogokolwiek zamordowali.

Kapitan "Dei Gratia"
David Morehouse.
   Niezrażony kolejną porażką Flood wymyślił kolejne wytłumaczenie - otóż, to kapitan Briggs wraz z kapitanem Morehouse'em mieli zawiązać spisek, mający na celu wyłudzenie odszkodowania. Jako dowód przedstawił zeznania świadków, którzy widzieli obu kapitanów w jednej z tawern w Nowym Jorku, dzień przez wypłynięciem "Mary Celeste". Według Flooda to właśnie Briggs miał wymordować swoją załogę, a potem razem z żoną i córką czekać na Morehouse'a w pobliżu Azorów. Świadczyć o tym miały ślady krwi na kapitańskim mieczu. Miecz od razu został poddany dokładnej analizie, a jej wynik wprawił w osłupienie samego prokuratora generalnego. Stwierdzono ponad wszelką wątpliwość, że ciemnoczerwone ślady na klindze miecza nie są śladami krwi, lecz cytrynianem żelaza, który powstał po wyczyszczeniu rdzy sokiem z cytryny.

   Sędziowie byli coraz bardziej nieufni prokuratorowi. Niektórzy nawet jawnie twierdzili, że Flood postradał zmysły. Prokuratora oskarżono o nadużycie prawa, a załogę "Dei Gratia" oczyszczono z postawionych im zarzutów. W marcu 1873 roku sąd, któremu przewodniczył Sir James Cochran, przyznał jednogłośnie, że nie jest w stanie stwierdzić, co spowodowało zaginięcie całej załogi "Mary Celeste". Jednocześnie udzielono pochwały za poświęcenie całej załodze "Dei Gratia" i wypłacono nagrodę w wysokości 8.300 dolarów, którą pomniejszono o koszty sądowe i wydatki, które pochłonęło długie śledztwo.

GDY WYOBRAŹNIA TWORZY FAKTY...

Pisarz Arthur Conan Doyle. To głównie
jego wyobraźnia przyczyniła się do
powstania wielu teorii spiskowych o
wydarzeniach na pokładzie "Mary Celeste".
 Zakończenie procesu nie zakończyło jednak zainteresowania zagadką zaginionej załogi. Zarówno kolejne komisje, jak i osoby prywatne, na własną rękę próbowały odkryć, co tak naprawdę wydarzyło się na pokładzie "Mary Celeste". Doprowadziło to do powstania niezliczonych teorii, które przybierały jednak coraz to bardziej groteskowe i fantastyczne wytłumaczenia...

   Przez kolejne lata opinia publiczna była bombardowana opowieściami o tym, że za zaginięcie załogi odpowiadają najróżniejsze siły. "Trójkąt Bermudzki", potwory morskie (np. legendarny Kraken), zemsta oceanu, klątwa, która wisiała na pechowym okręcie - należą do tych najbardziej sensacyjnych. Do tego doszły wszelkiego rodzaju tajemnicze wibracje morza, powodujące powstanie dźwięku o niskich częstotliwościach, doprowadzając tym samym członków załogi do ataku nagłej paniki. Kolejni badacze wskazywali na grad meteorytów lub nagłą, zbiorową psychozę spowodowaną zatruciem pokarmowym...

Pierwsza strona artykułu (opowiadania)
"Oświadczenie J. Habaku Jephsona".
   Gdy w styczniu 1884 roku popularne czasopismo "Cornhill Magazine" opublikowało artykuł pod tytułem "Oświadczenie J. Habaku Jephsona" ("J. Habakuk Jephson’s Statement") wszyscy badacze wstrzymali oddech... Oto miał bowiem pojawić się naoczny świadek wydarzeń na "Mary Celeste", który na łożu śmierci postanowił podzielić się ze wszystkimi swoją historią i raz na zawsze wyjaśnić co spotkało kapitana Briggsa i jego załogę. Twierdził, że był lekarzem i jednym z pasażerów okrętu "Maria Celeste". Oprócz niego na pokładzie znajdowało się jeszcze dwóch mężczyzn, którzy podobnie jak on, nie zostali odnotowani w spisie pasażerów. Owymi pasażerami mieli być - agent ubezpieczeniowy o nazwisku Harton i murzyn Septimus Goring. Jephson twierdził, że pewnego słonecznego dnia żona kapitana wraz z córeczką zaginęły. Kapitan Briggs przeświadczony, że kobiety wypadły za burtę, z żalu popełnił samobójstwo. Gdy dowództwo nad statkiem objął pierwszy oficer, na pokładzie doszło do buntu murzynów z Goringiem na czele. Biali członkowie załogi zostali zamordowani, a sam Jephson przeżył, gdyż miał przy sobie amulet, podarowany mu kiedyś przez szamankę z afrykańskiego plemienia. Buntownicy popłynęli do Afryki, gdzie Jephson był honorowym więźniem. Po kilku latach udało mu się jednak uciec i dotrzeć do Londynu...

   Po ukazaniu się tych wspomnień, w Londynie wybuchła sensacja. Czytelnicy żądali wysłania żołnierzy do Afryki i ukarania morderców załogi "Mary Celeste". Nikt nawet nie zwrócił uwagi, że wiele podanych przez Jephsona faktów mijało się z prawdą. Już sam fakt przekręcenia nazwy statku ("Maria" zamiast "Mary") oraz nazwiska pasażerów niemożliwe do potwierdzenia przez dokumenty, mógł zasiać wątpliwości w głowach czytelników. Tak sie jednak nie stało. Nie pomogły nawet wyjeśnienia redakcji, że artykuł jest tylko fikcyjnym opowiadaniem młodego pisarza Artura Conan Doyle'a (późiejszego twórcy postaci detektywa Sherlocka Holmesa) luźno inspirowanym wydarzeniami na "Mary Celeste". Ludzie wiedzieli swoje i jeszcze długo wierzono, że informacje opublikowane w czasopiśmie są całkowitą prawdą.

WSZYSTKIEMU WINNY DĄB?

Pomnik upamiętniający kapitana Briggsa,
jego żonę i córeczkę., znajdujący się
na cmentarzu Evergreen w mieście
Marion, w stanie Massachusetts, USA.
  Co tak naprawdę wydarzyło się podczas tego feralnego rejsu w roku 1872? Najbardziej prawdopodobną hipotezą wydaje się być ta najprostsza... Kapitan Briggs był bardzo doświadczonym żeglarzem, jednak nie ma dokumentów potwierdzających fakt, że kiedykolwiek wcześniej przewoził na swoim statku alkohol. Mógł nie wiedzieć, jak niebezpieczne mogą być opary ulatniające się z nieszczelnych beczek. 9 beczek wykonanych było z dębu czerwonego (łac. Quercus rubra), reszta z dębu białego (łac. Quercus alba). Dąb czerwony ma bardziej porowatą strukturę, dlatego ciecz dużo łatwiej przez niego przecieka, również w formie oparów. To właśnie w tych beczkach stwierdzono brak spirytusu. Nagromadzone w ładowni opary miały tak silny zapach, że ktoś z członków załogi wyczuł je natychmiast po otwarciu ładowni. Wiedział, że przypadkowa iskra może spowodować wybuch i zniszczenie statku, doprowadzające nawet to jego zatonięcia. Komisja nie stwierdziła śladów ognia, więc do eksplozji nie doszło. Kapitan postanowił przewietrzyć ładownie, a ze względów bezpieczeństwa rozkazał wszystkim chwilowe opuszczenie brygantyny. Postanowiono przeczekać w zwodowanej szybko łodzi ratunkowej, którą za pomocą grubej liny przywiązano do okrętu. Spodziewano się szybko powrócić na pokład, więc nikt nie zabrał zapasów wody i żywności. W pośpiechu źle jednak zabezpieczono koło sterowe (zauważył to Dereau), co uniemożliwiło statkowi bezpieczne dryfowanie. Z powodu pogorszenia się pogody i silnego wiatru żaglowiec zaczął wykonywać niekontrolowane manewry, ciągnąc za sobą łódkę pełną pasażerów. Napięta lina nie wytrzymała i zerwała się, pozostawiając w szalupie 10 osób na pewną śmierć w obliczu zbliżającego się sztormu. Nigdy nie dowiemy się jak wyglądały ostatnie chwile życia ludzi dryfujących na małej łódce pośrodku oceanu. Czy mieli jeszcze szansę na dopłynięcie do najbliższej wyspy? Być może się modlili, może mieli jeszcze nadzieję... A może wielka fala od razu przewróciła łódź i wszyscy w jednej chwili stali się częścią oceanu?

   Wiadomo tylko, że kilka miesięcy później (na początku 1873 roku) na hiszpański brzeg fale wyrzuciły dwie szalupy. W jednej znajdowały się zwłoki mężczyzny owinięte w amerykańską flagę. W drugiej pięć trupów, których nie można było zidentyfikować. Na pewno nie było wśród nich małego dziecka. Przypuszczano, że mogą to być ofiary z "Mary Celeste", jednak żadne badania nigdy tego nie potwierdziły. W tamtym okresie na morzu znajdowano wiele statków pozbawionych załogi - często dochodziło do buntów lub pirackich napadów. Medycyna XIX wieku nie miała wystarczających narzędzi ku temu, by móc ponad wszelką wątpliwość stwierdzić, z którego okrętu pochodzą odnalezione zwłoki...

Tak dzisiaj wyglądają pozostałości wraku "Mary Celeste".


POSTSCRIPTUM...

Znaczki wydane na Gibraltarze w roku 1997,
upamiętniające tragiczny rejs "Mary Celeste".
   Przez kolejnych 13 lat brygantyna "Mary Celeste" zmieniała swojego właściciela aż 17 razy, a jej stan z każdym rokiem pogarszał się coraz bardziej. Kapitan Gilman C. Parker został jej ostatnim właścicielem. Od samego początku jego plany były jasno określone - zarobić na okręcie tak dużo, jak tylko się da. Statek stał jednak w porcie i bez powodzenia czekał na kolejne towary, które mógłby dostarczyć. Chętnych nie było, pieniędzy na kosztowny remont również. Wtedy Parker wpadł na znakomity (jego zdaniem) plan. 3 stycznia 1886 roku załadował na pokład złom i najróżniejsze śmieci, po czym celowo skierował żaglowiec na rafę Rochelais w okolicach Port-au-Prince na Haiti. Przed rejsem ubezpieczył ładunek na kwotę 30.000 dolarów, licząc na odszkodowanie. Przeliczył się jednak bardzo, gdyż pech znowu zawitał pod pełnymi żaglami. Okręt po rozbiciu się o rafę nie zatonął całkowicie. W celu zatarcia śladów oszustwa podpalono wystający z wody fragment jednostki. Bez skutku. Zniszczeniu uległa jedynie niewielka część pokładu. Niestety, ogień strawił oryginałny dziennik kapitana Briggsa. Kapitan Parker po tym incydencie został aresztowany i postawiony przed sądem. Przed skazaniem uchroniło go kilku wpływowych przyjaciół, jednak już do końca życia (zmarł 3 miesiące później) pozostał bankrutem. Postanowiono nie wydobywać wraku "Mary Celeste", ponieważ uznano, że jego naprawa pochłonęłaby zbyt duże środki. Z czasem pozostałości okrętu w całości zapadły się pod wodę i przez długie lata bezskutecznie starano się je odnaleźć.

   Udało się to dopiero 9 sierpnia 2001. Dokonał tego producent telewizyjny John Davis i pisarz Clive Cussler, założyciel organizacji "National Underwater and Marine Agency", zajmującej się poszukiwaniami zaginionych wraków. Archeolog morski James P. Delgado potwierdził to odkrycie na podstawie rozmiaru i sposobu budowy kadłuba oraz śladów ognia na drewnianych belkach, pochodzących z pokładu. Obecnie niewiele już zostało po słynnej brygantynie. Nie ma również planów wydobycia ostatnich szczątków "Mary Celeste" na powierzchnię...

8 komentarzy:

  1. Super artykuł!

    OdpowiedzUsuń
  2. Naprawdę ciekawy artykuł...ale niestety jest w nim dużo literówek :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Wszystko w wersji z wietrzeniem trzyma się kupy poza jednym - skoro zostawili prawie wszystko, nie wzięli żadnych zapasów pokarmu i wody, to czemu ze statku zginęły przyrządy do nawigacji i dokumenty okrętowe? Pomijając już kwestię zalanej ładowni, wyrwanych drzwi do niej prowadzących oraz potopu na kapitańskim łóżku. Czemu zostawili kosztowności, rzeczy osobiste itp.? To jest zastanawiające i moim zdanie wersja z wietrzeniem, choć wydaje się na pierwszy rzut oka najbardziej wiarygodna, także nie jest prawdziwym rozwiązaniem tej zagadki.

    OdpowiedzUsuń
  4. A może załoga statku uciekła do szalupy ratunkowej ratując się przed burzą? Kiedy zauważono czy raczej wywąchano opary alkoholu zbliżała się burza,więc bezpieczniej było przeczekać w szalupie. Oczywiście nie spodziewano się, że lina łącząca ze statkiem urwie się. . A przyrządy nawigacyjne i dokumentacja są najważniejsze dla statku, więc kapitan zabrał je ze sobą. Nie zabrano jedzenia, rzeczy osobistych jak i kosztowności gdyż planowano powrócić na pokład statku.Pech dał o sobie znać ponownie i nie pozwolił szczęśliwie zakończyć podróży.Teraz można snuć domysły, próbując odgadnąć przeszłość i pisząc legendy ciąg dalszy..
    A tak poza tym, to bardzo fajny blog.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ciekawy art.Danuta

    OdpowiedzUsuń
  6. Aż miałam dreszcze czytając tę historię. Swietnie napisane.

    OdpowiedzUsuń
  7. Niesamowicie dobrze napisany artykuł... Pochłonął mnie bez reszty!

    OdpowiedzUsuń