poniedziałek, 3 czerwca 2013

Czarownice z Kolska - polskie Salem

  Drewniana szubienica i kołyszące się na wietrze stryczki lub rozpalony, buchający płomieniami stos - to bardzo częste zjawisko w Europie między XV a XVIII w. Cel był tylko jeden: tak miała skończyć każda czarownica! Najbardziej znanym przypadkiem masowych egzekucji jest amerykańskie miasteczko Salem w stanie Massachusetts, gdzie w roku 1692 życie straciło łącznie 21 osób. Gorączka fanatycznych polowań na wiedźmy nie ominęła również ziem, należących dzisiaj do Polski. Przyjęła jednak bardziej krwawy obrót niż w Salem - w Kolsku ofiar było bowiem dwa razy więcej...

   
   Polowanie na czarownice i przynajmniej 40 udokumentowanych spaleń na stosie – tak wyglądały mroczne dzieje XVII-wiecznego Kolska. Na takie sensacyjne dokumenty natrafił niedawno Tomasz Zygmuntowicz, sympatyk historii z Kolska. Informacje w nich zawarte, na pierwszy rzut oka, wydały się nieprawdopodobne. Po przetłumaczeniu okazało się, że karty historii Kolska są splamione krwią wielu niewinnych osób. Nie dość, że wojna 30-letnia (1618-1648) przyczyniła się do znacznych zniszczeń, to okres ten przyniósł także... procesy o czary. Co więcej, dokumenty mówią, że na stosach w Kolsku spłonęło najwięcej osób w całym historycznym Śląsku. Procesy te niemal zawsze kończyły wyrokami śmierci. Czy w Kolsku i okolicach żyły czarownice? Ówcześni mieszkańcy nie mieli żadnych wątpliwości a procesy o czary z lat 1664 - 1669 miały to udowodnić...
   
PAN NA WŁOŚCIACH

Herb rodu von Kittlitz.
   W latach procesów o czary właścicielem Kolska i okolic był Johann Christoph von Kittlitz. Powszechnie lubiany i szanowany właściciel ziemski, człowiek bardzo majętny. Ten typowy szlachcic, żyjący na Dolnym Śląsku za panowania Habsburgów, dochody czerpał z uprawy ziemi i zarządzania majątkiem, obejmującym kilka wsi. Po wojnie trzydziestoletniej (1618-1648), która spustoszyła te rejony, nadeszły dla niego ciężkie czasy, w których należało zacisnąć pasa. Jego żona, pochodzącą z rodu von Posadowsky, nie cieszyła się sympatią miejscowej ludności, więc raczej nikt się nie zmartwił, gdy rozeszła się wieść, że Pani zaniemogła. Zachowane opisy każą przypuszczać, że cierpiała na suchoty. Karen Lambrecht, która badała procesy o czary na Śląsku, w swojej książce „Hexenverfolgungen und Zaubereiprozesse in den schlesischen Territorien” twierdzi, że o pomoc szlachciance poproszono zielarki. 

   Do chorej Pani przybyła zielarka Anna Villborn z pobliskiej Jesiony (Jeschane). Kobieta robiła, co tylko mogła ale stan chorej zamiast się poprawić, znacznie się pogorszył. Gdy po okolicy rozeszła się wieść, że choroba to nie dzieło Boga, lecz Szatana, postanowiono poszukać jego sług. Szybko powołano trybunał mający wytropić winnych choroby. Zgodę na jego zawiązanie wydał sam von Kittlitz.

GADULSTWO NIE POPŁACA

   Adam Kubisch, woźnica z Jesiony, nazywany przez innych "doboszem" (Päucker), znany był z tego, że uwielbiał plotki i sensacje, a przy tym był wielkim gadułą. Ściągnęło to na niego uwagę wójta z Kolska i ławników sądowych, którzy po konsultacji z Urzędem Ławniczym w Lwówku Śląskim (Lewenbergu), postanowili go przesłuchać. Kubisch przed Trybunałem milczał, więc postanowiono zmusić go do mówienia. W aktach sądowych zanotowano:
 "(...) mając na względzie, że wymieniony Päucker, przesłuchiwany przez kilka godzin, o różnych porach, trwał w swojej krnąbrności i łagodne przesłuchanie nie dało najmniejszego rezultatu, zdecydowano przekazać go katu.”
   Wystarczyło zwykłe pociągnięcie batem, by przesłuchiwany wszystko sobie przypomniał:
 "(...) żona jego, nieboszczka, przed ośmioma laty, zwróciła się do niego mówiąc: "Drogi mężu, chodź ze mną, chcę tobie pokazać coś pięknego” (...) tak trafił na sabat na górze, gdzie na krześle zasiadł obok ich króla i królowej. (...) przez osiem lat nocą, we wszystkie nowe czwartki i w zapusty, udawał się na wspomnianą górę, gdzie przygrywał czarownicom. W zamian dostawał gotówkę, ale gdy do domu wracał, okazywało się, że w plewy się zmieniała."
   Sabatowy grajek w celu uniknięcia dalszej chłosty, wymyślał zeznania, byleby tylko przypodobać się Trybunałowi. Stwierdził między innymi, że w pląsach brało udział kilkaset osób. Nie wszystkie znał, ale rozpoznał wśród nich niejaką Specht-Michel, o której mówiono, że chciała zakopać kości zmarłych pod progiem izby, aby Łaskawa Pani zachorowała. O stara Schmidändel powiedział, że:
"Tańczyła z czarnym jegomościem i jeździła na brunatnawym koniu, jak też pod drzwi dworu chciała w brązowym wywarze z ziół zakopać substancje, żeby Łaskawa Pani, dostała choroby i uschła.” 
 
 Stara Pfeifferhanßen, według Kubischa, także tańczyła ze "Złym", razem z Schäfer Girgen. Ponadto smocze zioła chciała zakopać przy krużganku we dworze. Dostało się też Annie Villborn, która miała ukryć zioła pod progiem izby, gdyż pani von Kittlitz nie dała jej wynagrodzenia na pracę. Według zeznań, miał także poznać samego Szatana, który przemówił do niego słowami:
„Mój przyjacielu, jeśli chcesz być u nas, to musisz temu, któremu dotąd służyłeś i w którego wierzyłeś, odmówić, bowiem na przyszłość będziesz miał innego, o wiele wspanialszego króla we mnie.”
   Mężczyzna liczył pewnie na to, że oskarżając innych, sam uniknie śmierci. Sąd wyższej instancji z Lwówka Śląskiego był innego zdania i 11 grudnia wydał wyrok, nakazujący spalenie go na stosie. Adama Kubischa pogrążyły zeznania kobiety, którą oskarżył. Niejaka Theil Christoph opowiedziała bowiem o spisku na życie żony von Kittlitza, w którym miał wziąć udział pechowy grajek… pod postacią kocura(!).

Kolsko. Widok z lotu ptaka.

ŻYWOT ANNY

   Pierwsze udokumentowane spalenie kobiet nastąpiło 18 grudnia 1664 roku. W jego wyniku okrutną śmierć w płomieniach poniosło sześć kobiet. Według zachowanych do dzisiaj akt, jako pierwsza spłonęła Anna Villborn, zielarka z pobliskiej Jesiony. Znała się na ziołach, umiała leczyć i ulżyć w cierpieniach, przez co stała się sławna w całej okolicy. Z całą pewnością budziła tym zarówno zazdrość jak i strach wśród zwykłych mieszkańców. Przybyła na dwór szlachecki, by ratować żonę Kittlitza. Zamiast zapłaty, została oskarżona, gdyż wcześniej torturowani świadkowie wskazali ją jako uczestniczkę sabatów. Anna w trakcie transportu do Kolska próbowała zbiec, co tylko utwierdziło sąd w słuszności swoich podejrzeń. Polecenie przesłuchania Anny wydała sama chora pani von Kittlitz. Przesłuchanie to trwało kilka godzin. Villborn do niczego się nie przyznała i pozostawała nieugięta. Poddano ją wtedy kilku sesjom tortur.

   Tortury, co jest oczywiste, przyniosły zamierzony skutek. W mękach, kobieta przyznała się do rzucenia uroku na panią von Kittlitz. Wyjaśniła także tajemniczą śmierć dziecka wójta zaangażowanego w proces. Przyznała, że ze swoją siostrą Kuners otruły je w odwecie za śmierć poprzednio spalonych kobiet, co jasno wskazuje, że pierwszy stos zapłonął przed 18 grudnia.

MIOTŁA ZAMIAST ŻONY

Lipka. Tutaj miały się odbywać sabaty.
   Po siostrach Villborn przyszedł czas na "królową czarownic" – spalono pracującą dla proboszcza kobietę z Jesiony. Oskarżono ją także o udział w sabacie. Te same zarzuty pojawiały się również w związku z innymi kobietami. Wszystkie "czarownice" opisywały spotkanie na górze pod krzyżem. Jeden z zachowanych dokumentów mówi bezsprzecznie o górze w miejscowości Lipka. Ten niewielki pagórek, został opisany przez kobiety jako miejsce ich spotkań z diabłem. Ursula Funffken w swoich zeznaniach opowiedziała o podróży konnej na górę. Tam została przyjęta przez "czarnego Pana". Opisując sabat opowiedziała o zjedzeniu z nim uczty i tańcach. Na koniec, aby przypieczętować pakt z "czarnym Panem", wyparła się Boga. Funffken przyznała się również do tego, że:
 "We wszystkie nowe czwartki i zapusty kładła mężowi miotłę do łóżka, by ten nie zorientował się, że jej nie ma, a sama udawała się konno na wzgórze."
 Widziała tam zawsze wielu ludzi, wymieniła aż 25 osób mieszkających w okolicy. Anna Theil zeznała natomiast, że:
"(...) czarny Pan uciął się w palec, a potem jej imię i nazwisko własną krwią wpisał do czarnego rejestru."
ZEZNANIA Z PIEKŁA RODEM

   Sędziowie zapewniali w protokole z całą gorliwością, że przesłuchania były prowadzone tak, aby ustalić, czy nazwiska osób oskarżonych nie są podawane z zawiści. Przez to zmuszali podejrzanego do wielokrotnego powtarzania odpowiedzi, aby wyeliminować zmyślenia. Byli pewni winy, mimo że przesłuchiwani zapewniali, że ani oni, ani ich bliscy na nikim nie uprawiali czarów... Eksperci z Lwówka, po przeczytaniu zapisów procesu, orzekali zazwyczaj, że oskarżeni zasłużyli na stos. Zwłaszcza że mniej więcej w tym samym czasie Ursula Funffken zeznała, jakoby:
Strona z akt procesowych, zawierająca spisane
ręcznie zeznania kobiet oskarżonych o czary.
 "Wszyscy będący w więzieniu, przybyli jednak w minioną noc Bożego Narodzenia jak zwykle na górę, a więziony Päucker (Adam Kubisch) przygrywał tak jak dawniej."
 Na tę jedną noc "Zły" miał swoje sługi uwolnić. Wkrótce po tym Kubisch został ponownie poddany torturom, podczas których przyznał się do wszystkiego. Nawet do... sypiania z szatanem(!).

   Hierarchię i porządek sabatowych spotkań można odtworzyć dzisiaj dość dokładnie na podstawie akt procesowych i zeznań zarówno oskarżonych, jak i świadków. Zapisywano nawet umaszczenie koni, na których przybywali uczestnicy. Proces wciąż trwał, ale mimo to, według zeznań, uwięzionym Spät-Bartheln, Baraßen, Specht-Micheln, starej i młodej Daschiken, Schäfergirgen, Christophn Theilß i człowiekowi zwanemu w dokumentach "Wechsler Pferde" ("zmieniacz koni") z Konotopu, udało się zbliżyć do Łaskawej Pani von Kittlitz, która była niezbyt dobrze chroniona. Na dodatek kolskiemu naczelnikowi, który zajmował się aktami czarownic, postanowili:
"(...) nalać trochę ziół, żeby podczas odwiedzin Łaskawej Pani, choroba przeszła na niego. Oskarżone czarownice wykorzystały także truciznę, ażeby sędziego w Grünwaldt sparaliżowało i pokręciło, a siostrę Petera, przysięgłego ławnika sądowego w Kolzig (Kolsku), dotknęło ciężkie kalectwo."
 
Skan oryginalnego listu Johanna Christopha von Kittlitza,
opisującego wydarzenia w Kolsku
 Lektura tych zeznań mogłaby się wyglądać całkiem zabawnie, gdyby nie świadomość, że wszyscy podejrzani powędrowali na stos. Za co? Oto kolejna część zeznań:
"Korzyści z mleka miała Schäfer Girgen od jej brata w Töpperbude (...) Wysmarowawszy się maścią szatana, zamieniła się w myszkę, pobiegła do Töpperbude i wydoiła krowy brata (...) na dodatek mazidłem wysmarowała dwa cielaki, które potem padły. Przyjętą komunię, wraz z innymi substancjami, które przyniósł szatan, zakopała pod progiem domu, wskutek czego w tym czasie padło kilka sztuk bydła."
   Z kolei Christopha Bartschen, żona chłopa w Kolsku, poznała pewnego czarnego pana o imieniu Peter, który: 
"(...) żeby było przyjemnie, tańczył z nią, a potem jej krwią, z nosa wziętą, zapisał w wielkiej czarnej księdze jej nazwisko i imię. Po czym ona na polecenie Szatana, bo on to był we własnej osobie, trzykrotnie wyparła się Boga. Po tym zdarzeniu niewiasta Christopha Bartschen we wszystkie nowe czwartki i zapusty na swoim czarnym koniu bywała na sabacie. Szatan miał z nią do czynienia pięć razy (...)"
 SPISKOWCY W PŁOMIENIACH

   Stos z Kubischem i innymi zaangażowanymi w „spisek na życie pani von Kittlitz” zapłonął w lutym 1665 roku. Nie był to jednak ostatni stos, gdyż liczba oskarżonych stale rosła. Ujawniły się wszelkie animozje wśród mieszkańców. Sąsiad oskarżał zarówno sąsiada, który nie oddał pożyczonych wideł, jak i sąsiadkę, która odważyła się odmówić mu cielesnych uciech na wiejskim festynie. Nie chodziło już tylko o spowodowanie tajemniczej choroby łaskawe Pani, ale o wszelkie nieszczęścia trapiące mieszkańców Kolska i okolic. Co więcej, zaczęto oskarżać najbliższe rodziny czarownic już spalonych. Tak właśnie na stos trafiła Ursula Funfkin (córka Anny Villborn) zadenuncjowana przez Kubischa i własną matkę. Podczas przesłuchania wykazała ten sam upór co Anna, więc również i ją spotkały tortury. Akta procesowe wspominają, że zadane jej cierpienia były dotkliwe. Umęczona kobieta nie wytrzymała bólu i w końcu potwierdziła, że brała udział w sabatach, na których odbyła intymne stosunki z samym diabłem.

Majątek von Kittlitza, gdzie prawdopodobnie
więzione były osoby oskarżone o czary.
Fotografia z początku XX wieku.
   Sąd już nawet nie musiał prowadzić śledztwa, bo tortury załatwiały wszystko. Oskarżeni przyznawali się do najrozmaitszych, wymyślonych czynów: do smarowania się maścią szatana, do przemieniania się w mysz i dojenia krów sąsiadów, do świętokradczego traktowania komunii świętej i do powodowania śmierci bydła. Samooskarżano się poza tym o klęski nieurodzaju, o wszelkie choroby dotykające lokalną społeczność i o sprowadzanie złej pogody. 

  Mijały kolejne krwawe lata. Stosy płonęły z różną częstotliwością, zabierając ze świata kolejnych mieszkańców Kolska i okolic. Pomimo oczyszczenia sąsiedztwa z "czarownic", żona von Kittlitza nie wracała jednak do zdrowia. To stawiało szlachcica w trudnej sytuacji. Liczba ofiar rosła, a efektów wciąż nie było. Drastycznie malała za to liczba kobiet na rządzonym przez niego terenie. Badaczka Karen Lambrecht sugeruje, że von Kittlitza mogły wtedy dopaść wątpliwości. Dlatego jako gorliwy protestant konsultował się listownie z Wittenbergą, pytając czy prawdziwie żałującym za grzechy można darować życie. Nie wiadomo czy dostał jakąkolwiek odpowiedź ale rozlew krwi przerwała dopiero odważna, niepiśmienna 30-letnia Katharina Kunert.

TEATR JEDNEJ AKTORKI

   Zarówno matka Kathariny Kunert, jak i jej ciotka (Anna Villborn) spłonęła 5 lat wcześniej, jako dwie pierwsze ofiary "Procesu czarownic". Skazano także jej siostry. Kwestią czasu było zatem to, że i ona zostanie zatrzymana. Zwłaszcza, że mieszkała w Jesionie, skąd pochodziła słynna „królowa czarownic”. Sprytnej kobiecie nie pozostawało zatem nic innego jak postawienie wszystkiego na jedną kartę. 6 kwietnia 1669 roku wyznała swojemu mężowi, że także jest czarownicą. Małżonek po nieprzespanej nocy, udał się następnego dnia do państwa von Kittlitz i wyjawił sekret. Opowiedział, że w nocy czuwał przy żonie, a ich dom otaczało mnóstwo czarownic. Według jego słów Katharina często omdlewała a czarownice chciały ją zabrać na sabat... 

 
Aby nie spłonąć na stosie Katharina Kunert
postawiła wszystko na jedną kartę w iście
teatralnym stylu. 
 Kunert pozwolono przyjechać do Kolska, by osobiście złożyła zeznania przed von Kittlitzami, sędziami i całym zgromadzeniem. Kobieta żywo opowiadała o dręczących jej serce sprawach i o Szatanie, którego widziała zarówno nocami, jak i teraz w drodze na przesłuchanie. Przerażeni tymi wyznaniami zebrani (niektórzy ze strachu opuścili sąd) rozpoczęli żarliwe modły. Katharina widowiskowo mdlała i traciła mowę na dźwięk imienia Jezus, a całość zaczęła przypominać egzorcyzmy. Ze wsi zaczęli przybywać mieszkańcy, by przyglądać się temu spektaklowi. Według protokołu z przesłuchania, kobieta na trzy kwadranse straciła przytomność i myślano nawet, że umarła.

   Zanim Katharina straciła przytomność zdążyła jednak prosić o modlitwę, by Szatan ją opuścił. Po żarliwych modłach wszystkich zebranych Kunert cudownie „ożyła” i oświadczyła, że Szatan odszedł:
 "Kiedy ponownie zaczęła się modlić, zaraz znowu traciła mowę, robiła się czarna i tak żałośnie krzyczała, że słychać ją było we wsi całej. Odnowiła jednak przymierze z Panem naszym Jezusem Chrystusem. Od tego czasu, po powrocie, dzięki Bogu, nie odczuwała już więcej żadnych pokus.”
  Po wszystkim opisała dokładnie poprzednie zeznania, o jakich od lat wiedzieli mieszkańcy Kolska. Przesłuchanie zrobiło tak ogromne wrażenie na zgromadzonych, że postanowiono odesłać Katharinę do proboszcza, by wyspowiadała się z grzechów i ostatecznie zerwała przymierze z diabłem. Ten iście pomysłowy i teatralny spektakl uratował kobiecie życie...

GDY PŁOMIEŃ ZGASŁ...

   "Występ" Kathariny Kunert sprawił, że procesy o czary w Kolsku nagle utraciły swój impet i roku 1669 wygasły. Rok ten był z jeszcze jednego powodu decydujący dla wszystkich procesów o czary na Śląsku. Cesarz w Pradze wydał bowiem zakaz organizowania yakich sądów bez jego wiedzy i zgody.

Współczesny widok pałacu
od strony ul.Piastowskiej.
   Dokumenty z 1670 roku zawierają postanowienia wrocławskiego sądu o uwolnieniu jednej z oskarżonych. Kittlitz jako jedyny ostro temu protestował. Mimo jego kampanii terroru trwającej już przeszło pięć lat, jego żona nie czuła się lepiej, a choroba nie znikała.W procesach w Kolsku uwagę zwraca także silny wątek rodzinny. Ofiarami były matki, córki, mężowie i ich dzieci. Padali ofiarami podejrzeń często wywoływanymi rodzinnymi waśniami i nieporozumieniami. O skali zbrodni może świadczyć fakt, iż w tamtych czasach w samym Kolsku żyło około 200 mieszkańców.


   Same procesy odbywały się na zamku w Kolsku, który prawdopodobnie znajdował się w miejscu obecnego XIX wiecznego pałacu (siedzibie szkoły). W siedzibie von Kittlitza torturowano i być może także więziono oskarżonych. Miejscem spaleń był tzw. "Tanzplatz", zwyczajowe miejsce zabaw mieszkańców Kolska. Jego historyczny opis pozwala stwierdzić, że mógł się znajdować najprawdopodobniej tam, gdzie plac na dzisiejszej ul.Rynek w Kolsku.

CZAROWNICE Z TRZECIEJ RZESZY

Oryginalny dokument
sporządzony przez
H-Sonderkommando
dotyczący Kolska.
Akta H-Sonderkommando.
   Procesami o czary w Kolsku zainteresowali się również naziści. Zajmowała się nimi specjalna jednostka SS. Powołana z polecenia Hitlera komórka od września 1935 roku do stycznia 1944, zbierała wszystkie materiały o procesach w Europie i na świecie. H-Sonderkommando (H od niem. Hexen – czarownica), miało swoją siedzibę w Berlinie. Pracami tej specjalnej komórki kierował dr Rudolf Levin. Wraz ze swoim ośmioosobowym zespołem zajął się także sprawą Kolska i Konotopu. Jego podwładni szukali w zachowanych aktach śladów prastarej kultury i wierzeń germańskich. Interesował się także sposobem prowadzenia śledztwa, metodami i narzędziami tortur. Wraz z końcem wojny wszelkie akta wywieziono. Odnaleziono je w 1946 roku w Sławie. Dziś akta z procesów o czary w Kolsku znajdują się w Archiwum Państwowym w Poznaniu.

OFIARY OGNIA

   Na podstawie materiałów źródłowych udało się odtworzyć prawdopodobną listę ofiar procesów. Są to osoby wskazane przez współoskarżonych, jako winne "czarostwa" i udziału w sabatach, które zostały odnotowane w odnalezionych aktach procesowych. Przypuszcza się, że faktycznych ofiar może być znacznie więcej. Imiona, przydomki i nazwiska pochodzą z epoki:
Spis osób skazanych na śmierć w płomieniach.

  1. Anna Villborn
  2. Kunerden (Kuners, siostra Anny Villborn)
  3. Pfarerin (Proboszczowa, "Królowa Czarownic")
  4. Daschicken (stara)
  5. Daschicken (młoda)
  6. Schimonin
  7. Adama Kuffel (lub Adena Knifel)
  8. Albießen (pochodziła z dzisiejszego Uścia)
  9. Ursula Funffken (córka Anny Villborn)
10. Specht-Micheln
Lipka, góra pod krzyżem. Czarownice miały przybywać
na nią konno. Miotły zostawiały w domu...
11. Pferd-Endern
12. Kretschmern
13. Spat-Bartheln
14. Adam Kubisch (Päucker)
15. Wintzkern
16. Christopha Bartschin
17. Girgin (młoda)
18. Baraßen (stara)
19. Baraßen (młoda)
20. Schäfer-Girgen
21. Baltazarn
22. Buschken
23. Pfeiffern (stara)
24. Weitzlerin
25. Christopha Tzschirmin
26. Pfeiffer Hanßen
27. Schmidandel (średnia)
Pałac w Kolsku. Fotografia z początku XX wieku.
28. Schmidandel (stara)
29. Pauckerin
30. Reilorthe
31. Theilin (Anna Theil)
32. Mullerin (młynarzowa)
33. Ketzoren (Kotzoren)
34. Bruncken
35. Wascheken
36. Urthe Peuker
37. Mertten
38. Pfeiffer Eva
39. Metzschens Mertten
40. Schäffer Christoph

POSTSCRIPTUM...

  Niektórzy historycy twierdzą, że pani von Kittlitz nie cierpiała na suchoty a prawdziwym powodem złego stanu zdrowia mogła być choroba weneryczna - prezent od męża, Johanna von Kittlitza. Możliwe jest, że utrzymywał on kontakty pozamałżeńskie z kobietami z okolicy a choroba, którą zaraził się od kobiet, zaatakowała żonę. Możliwe także, że chcąc usunąć niewygodnych świadków, oskarżył kobiety o czarną magię, wykorzystując wiarę swojej żony w to, że jej zły stan zdrowia spowodowany jej rzuceniem na nią uroku. Tym bardziej, że w tamtych czasach oskarżenia o kontakty z diabłem były "w modzie". Tortury natomiast sprawnie zapewniały przyznanie się oskarżonych do zarzucanych im win. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie on wyraził zgodę na rozpętanie procesów o czary, co doprowadziło do masowych morderstw w majestacie ówczesnego prawa.

13 komentarzy:

  1. Przerażające....

    OdpowiedzUsuń
  2. "Polskie Salem"? - Co te wydarzenia mają wspólnego z Polską?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opisywane wydarzenia miały miejsce na terenach obecnie znajdujących się w Polsce. Kolsko (bez względu na historię i przynależność tego miasta w XVII wieku) jest dziś miastem polskim, więc stwierdzenie "polskie Salem", pomimo całej swej przewrotności, wydaje się być na miejscu. Całkiem podobnie rzecz ma się z amerykańskim (obecnie) miasteczkiem Salem. W XVII wieku Salem nie było miastem amerykańskim, gdyż nie istniały jeszcze Stany Zjednoczone. Nie zmienia to jednak faktu, że dziś w kulturze popularnej często można się spotkać ze stwierdzeniem, iż procesy o czary z roku 1692 miały miejsce w "amerykańskim mieście Salem". Co więcej - wydarzenia te, są częścią historii właśnie USA, a nie Wielkiej Brytanii, która w tamtym wieku sprawowała faktyczną zwierzchność nad stanem Massachusetts.

      Jednym słowem - "polskie Salem" ma tyle wspólnego z Polską, co "amerykańskie Salem" ze Stanami Zjednoczonymi.

      Pozdrawiam:)

      Usuń
    2. W ten sam sposób można mówić o "polskich obozach zagłady", bo przecież leżą na terenie Polski...

      Usuń
    3. Jasne - to ta sama logika co w przypadku "polskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz"

      Usuń
    4. Niezupełnie.

      Zwrot "polskie Salem" zostało użyte przeze mnie wyłącznie do określenia obecnej(!) przynależności państwowej Kolska, a nie do wydarzeń, które się w nim rozegrały, zanim stał się polski. Innym określeniem (może bardziej pasującym) mogłoby być również "śląskie Salem".

      Całkiem inaczej jest natomiast z obiektami (budowlami, zabytkami), znajdującymi się na terenie danego państwa. Takim obiektem jest obóz koncentracyjny. Został założony (zbudowany) przez nazistów i nazwa "nazistowski obóz" jest jedyną poprawną. Podobnie jak nikt nie nazwie Koloseum budowlą włoską, ponieważ zostało zbudowane przez Rzymian (nie przez Włochów) i bez znaczenia jest to, że obecnie znajduje się na terenie Włoch.

      Usuń
  3. czy w Polsce są czarownice teraz bo bardzo bym chciała wiedzieć jak nawiązać kontakt to ważne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, nie ma czarownic, skończyły się. Zostały same wilkołaki i jeden wampir, przykro mi...

      Usuń
    2. +nie każdy powinien być pewien tego czy są czarownice nadal istnieja ja mam inne zdanie ...

      Usuń
    3. Uważaj bo jakaś ci odpisze w e-mailu 😂

      Usuń
  4. Mieszkam kilkanaście kilometrów od tych wiosek i słyszałem o sabatach na górce w lipce. Z tym większym zainteresowaniem czytałem Twój artykuł. Jedyna rzecz jaka mi nie pasuje to ten Śląsk, No bo dziś jest to jednak woj. Lubuskie a najbliższą miejscowością która dzisiaj jest na śląsku (dolnym) to Grochowice oddalone o ponad 40km

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację. Jednak w XVII wieku obszar Śląska znacznie różnił się od dzisiejszego, a miejscowość Kolsko (niem. Kolzig) znajdowała się wtedy w obrębie Śląska właśnie. Warto jeszcze zaznaczyć, że w latach 1975-1998 administracyjnie Kolsko należało do województwa zielonogórskiego.

      Usuń
  5. Przepraszam, najkrótsza droga (nieasfaltowa) to 26km google map podało mi trasę dla samochodu, a ja bezmyślnie przepisałem.

    OdpowiedzUsuń