poniedziałek, 17 marca 2014

Tragedia na Przełęczy Diatłowa

   W 1959 roku grupa radzieckich studentów Politechniki Uralskiej w Jekaterynburgu wybrała się na zimową wyprawę. Ich celem było zdobycie szczytu góry Otorten, znajdującej się w północnej części okręgu swierdłowskiego na Uralu. Miała to być przygoda ich życia. Jednak cena, którą za to zapłacili, była ogromna. Ich ciała znaleziono na zboczu sąsiedniej góry Cholat Sjakl, co w języku lokalnego ludu Mansów znaczy "Góra umarłych". Okoliczności ich śmierci od ponad 50 lat pozostają jedną z największych tajemnic Związku Radzieckiego.


   Przybyli na miejsce ratownicy odnaleźli pocięty namiot, z pozostawionymi w nim rzeczami osobistymi, oraz ślady stóp, prowadzące kilometr dalej w stronę lasu. Obrażenia ciał nie pozwoliły stwierdzić, co tak naprawdę stało się na przełęczy. Ustalono tylko, że członkowie wyprawy zostali przestraszeni przez coś lub przez kogoś tak bardzo, że pomimo ogromnego mrozu, podjęli decyzję o pośpiesznym opuszczeniu namiotu, będąc częściowo rozebranymi, boso lub tylko z jednym butem. Według oficjalnej wersji sowieckich władz śmierć członków wyprawy była skutkiem "działania nieznanej siły"...


MARZENIA O SZCZYCIE

Igor Diatłow.
23-letni przywódca wyprawy.
  Grupa liczyła 10 osób. Pomimo swojego młodego wieku, studenci byli doświadczonymi narciarzami i turystami górskimi. Każdy z nich wielokrotnie brał udział w podobnych wyprawach, więc zdobycie góry Otorten miało nie stanowić dla nich problemu, nawet mimo tego, że trasa ta należała do trzeciego (najwyższego) poziomu trudności, według klasyfikacji ówczesnych wypraw sportowych przyjętej w roku 1949. Wyprawie przewodził 23-letni student wydziału radiowego - Igor Diatłow. W skład grupy wchodzili również: Jurij Doroszenko (21 l.), Ludmiła Dubinina (21 l.), Jurij Judin (22 l.), Zinajda Kołmogorowa (22 l.), Rustem Słobodin (23 l.), Nikołaj Thibeaux-Brignolle (24 l.), Jurij Krywoniszenko (24 l.) i Aleksander Kolewatow (25 l.). Do studentów dołączył także doświadczony przewodnik górski, 37-letni Semjon Zołotarew.

   23 stycznia 1959 roku grupa wyruszyła pociągiem z Jekaterynburga, by po dwóch dniach dotrzeć do miasta Iwdiel (obwód swierdłowski). Już wtedy jeden z uczestników, Jurij Judin, zaczął skarzyć się na ból nogi. Kontynuował jednak wyprawę w nadziei, że ból minie. Nazajutrz studenci zapakowali sprzęt do wynajętej ciężarówki, którą dojechali do miasteczka Wiżaj - ostatniej zamieszkanej osady na ich trasie. 27 stycznia grupa na nartach wyruszyła w stronę góry Otorten. Konruzja Judina okazała się znacznie poważniejsza niż sądzono. Następnego dnia, z powodu zapalenia nerwu kulszowego prawej nogi, został on zmuszony do powrotu do Wiżaju. Przed swoim wyjazdem rozdał pozostałym swoje rzeczy i sprzęt, życząc wszystkim powodzenia. Jeszcze wtedy nie wiedział, że bolesna kontuzja uratuje mu życie...

Przełęcz Diatłowa. Miejsce tragicznych wydarzeń.

"GÓRA UMARŁYCH"

Jurij Judin żegna się z Dubininą.
Tego dnia widzieli się po raz ostatni. Po lewej
Igor Diatłow, po prawej Zołotarew.
   Dziennik wyprawy oraz aparat fotograficzny (znalezione na miejscu tragedii) pozwoliły ustalić przebieg ostatnich dni przed tragedią. Na początku wędrówka upłynęła bez żadnych incydentów. Trasa wiodła wzdłuż rzeki Łowzy, gdzie przy jej brzegu grupa rozbiła obóz. 31 stycznia studenci dotarli do Cholat Sjakl ("Góra umarłych"). W zalesionej dolinie pozostawiono nadwyżkę żywności i sprzętu na drogę powrotną, po czym przystąpiono do przygotowań wspinaczkowych. Sytuacja skomplikowała się następnego dnia, gdy warunki pogodowe pogorszyły się. Śnieżyca i silny wiatr ograniczyły widoczność, zmuszając grupę do zejścia z wyznaczonego szlaku. Kiedy zdali sobie sprawę, że oddalają się od planowanej trasy, Diatłow zarządził postój i nakazał rozbić obóz, by schronić się przed groźnym żywiołem. 1 lutego, gdy zaczął zapadać zmrok, studenci rozbili obóz w odległości około kilometra od zalesionego terenu. Drzewa miały ich uchronić przed ewentualnym zejściem lawiny. Wieczorem wszyscy zjedli kolację. Jak się później okazało - był to ich ostatni posiłek...

TELEGRAM, KTÓREGO NIE BYŁO...

Namiot studentów z widocznymi rozcięciami.
   Przed wyjazdem z Jekaterynburga uczestnicy wyprawy umówili się ze swoimi przyjaciółmi z uczelni, że gdy zdobędą szczyt i wrócą do Wiżaju, wyślą im telegram o swoim sukcesie. Miało to nastąpić najpóźniej do 12 lutego. Gdy do 20 lutego żadna wiadomość od studentów nie dotarła, Politechnika Uralska zawiadomiła rodziny uczestników. Wszczęto alarm i na wniosek rodzin wysłano na miejsce tragedii ekipę ratunkową. 26 lutego ratownicy dotarli na miejsce. Znaleźli zniszczony i przysypany śniegiem namiot. Wokół niego leżały porozrzucane ubrania i buty zaginionych studentów. Po oględzinach okazało się, że namiot został rozcięty od środka, co sugerowało, że ktoś próbował się z niego wydostać za wszelką cenę. Z namiotu w kierunku lasu prowadziły ślady. Były chaotyczne i urywane. Nie można było stwierdzić, czy ślady te były dziełem 8 czy 9 osób. Idąc ich tropem ratownicy doszli na skraj lasu, gdzie pod sosną znaleziono dwa ciała - Jurija Krywoniszenki i Jurija Doroszenki. Ofiary były bose i ubrane jedynie w nocną bieliznę. W pobliżu znaleziono resztki ogniska i połamane gałęzie cedru. Ktoś próbował wspiąć się na drzewo, być może po to, aby zobaczyć co dzieje się w obozie. Pomiędzy lasem a namiotem natrafiono na kolejne trzy ciała. Wszystko wskazywało na to, że próbowali oni wrócić do namiotu. Jednak ciała nie leżały w jednym miejscu. Najdalej zaszła Zina Kołmogorowa (ponad 600 metrów). Rustan Słobodin, mimo pękniętej czaszki (być może na skutek upadku z drzewa) przeszedł pół kilometra, a przywódca wyprawy Igor Diatłow zaledwie 300 metrów. Śledczy ustalili, że wszyscy troje zmarli z wyziębienia, a rany jakie odnieśli nie zagrażały bezpośrednio ich życiu. Akcja ratownicza nadal trwała, brakowało jeszcze czterech ciał...

"...ANI CZŁOWIEK, ANI ZWIERZĘ"

Radziecki śmigłowiec na miejscu tragedii.
   Poszukiwania pozostałych osób trwały ponad dwa miesiące i odnaleziono je dopiero w maju, pod grubą warstwą śniegu, w wąwozie, ponad 70 metrów od ogniska. Przy powierzchownych oględzinach nie stwierdzono żadnych obrażeń. Sensacją stały się jednak wyniki badania ciał w Swierdłowsku. Okazało się, że u trójki osób wewnętrzne obrażenia oznaczały definitywną śmierć na miejscu. Nikołaj Thibeaux-Brignoles miał rozbitą czaszkę. Dubinina miała złamanych 10 żeber. Jeden odłamek żebra przebił jej serce. Ponadto sekcja zwłok wykazała, że kobieta nie miała fragmentu twarzy. Brakowało jej także języka. Zołotarew miał 5 złamanych żeber. Zewnętrzne oględziny tego nie wykazały. Obrażenia takie powstają zazwyczaj w wypadku działania ogromnej ukierunkowanej siły, co potwierdził jeden z lekarzy (nie sposób dziś ustalić jego nazwisko) w swoim raporcie:
"(...)obrażenia wyglądały tak, jakby spowodował je wypadek samochodowy. Nie mógł ich spowodować ani człowiek, ani zwierzę"
Ciało Ziny Kołmogorowej odnalezione zostało
najbliżej porzuconego namiotu.
   Tego typu obrażenia nie powstają w wyniku upadku z wysokości kilku metrów. Dookoła było dużo kamieni i skał, jednak nie znajdowały się na trasie, którą poruszali się ludzie. Na powierzchni ciał nie było też żadnych krwiaków. Ustalono również, że tych troje nie umarło jednocześnie, a pomiędzy chwilą śmierci każdego z nich minęło wystarczająco dużo czasu, by pozostali zdążyli zabrać zmarłym część ubrań. Zołotarew umarł ostatni, gdyż miał na sobie płaszcz Dubininy, która swoją bosą stopę owinęła spodniami Kriwonoszenki. Nie odnotowano żadnych obrażeń zewnętrznych i śladów walki, co do dziś stanowi największą tajemnice tej tragedii. W raportach można za to przeczytać, że ciało jednego z uczestników wyprawy było napromieniowane, a pozostałe miały nietypowy, pomarańczowy kolor skóry. W maju 1959 roku śledztwo w sprawie dramatu na przełęczy umorzono. Według ustaleń organów śledczych, w tym czasie w rejonie przełęczy nie stwierdzono przebywania nikogo innego poza członkami ekspedycji. Według oficjalnej wersji, którą podano do opinii publicznej, przyczyną śmierci członków wyprawy było "działanie nieznanej siły". Wszystkie te dziwne szczegóły oraz brak racjonalnych wyjaśnień przyczyniło się do powstania legend, a fakt, że władze radzieckie utajniły szczegółowe wyniki śledztwa, doprowadził do zrodzenia niezliczonych teorii spiskowych.

MANSOWIE, LAWINA CZY WOJSKO?

Grupa Diatłowa na wynajętej ciężarówce
w drodze do miasteczka Wiżaj.
   Na początku podejrzewano, że morderstwa dopuścili się rdzenni mieszkańcy tych terenów - Mansowie, syberyjski lud zamieszkujący obszar między Uralem, a rzeką Ob. Przypuszczano, że Mansowie mogli wziąć turystów za intruzów, którzy wtargnęli na ich ziemię. Szybko jednak ta teza została obalona, gdyż na miejscu tragedii nie znaleziono krwi ani żadnych śladów walki. Nic nie wskazywało na obecność osób trzecich, a lekarze wykluczyli pobicie. Pomimo rozległych obrażeń wewnętrznych, tkanka miękka ofiar (m.in. skóra) była nieuszkodzona.

   Prawdopodobną teorią wydaje się lawina. Studenci doskonale wiedzieli, że huk w górach oznacza tylko jedno – schodzącą lawinę. Słysząc ten dźwięk mogli wpaść w panikę, a gdy ich namiot został zasypany rozcięli go, by móc się wydostać. Obrażenia jakie miały ciała również mogłyby na to wskazywać. W miejscu tragedii nie było jednak żadnych śladów, które świadczyłyby o zejściu lawiny. Poza tym Igor Diatłow jako doświadczony turysta górski rozbił obóz w bezpiecznym miejscu - osłoniętym, o małym nachyleniu. Teoria lawiny rodzi też kilka pytań. Zakładając nawet zejście lawiny, dlaczego uczestnicy wyprawy nie wrócili do namiotu po ustaniu hałasów, tylko niekompletnie ubrani spędzili 2 godziny na siarczystym mrozie? Dlaczego część grupy po śmierci swoich kolegów skierowała się w głąb lasu, a nie do obozu?

Ostatnie zdjęcie uczestników wyprawy.
  Najpoważniejsza teoria spiskowa obarcza wojsko winą za tragedię. Jej zwolennicy (wraz z rodzinami ofiar) uważają, że  turyści weszli na tereny wojskowe, na których testowano nową broń. Niedaleko miejsca tragedii znaleziono fragmenty "nieznanych" urządzeń. Jeden ze śledczych - W.I. Karatajew, który w 1959 roku pracował w Iwdelskiej prokuraturze, po latach wspomniał, że praktycznie od razu po tragedii odnaleziono kilku świadków wśród Mansów (mężczyzn o nazwisku Kurikow, Aniamow i Sanbujndałow), którzy twierdzili, że w dniu śmierci studentów widzieli na niebie ogniste kule, które nie tylko opisali, ale także naszkicowali. Później materiały te zostały wysłane do Moskwy, gdzie zaginęły w niejasnych okolicznościach. W radiogramie Maslennikowa z 2 marca 1959 roku znajduje się oświadczenie, że:

"(...)zagadką tej tragedii pozostaje przyczyna opuszczenia namiotu przez grupę. Jedyna rzecz oprócz czekana znaleziona na zewnątrz to chińska latarka, co potwierdza hipotezę o tym, że ktoś ubrał się i wyszedł z namiotu, a następnie dał znak wszystkim pozostałym do ucieczki. Przyczyną mogło stać się jakieś naturalne zjawisko, ewentualnie rakieta meteorologiczna. Jutro będziemy szukać dalej." 
Tajemnicza ostatnia klatka filmu z aparatu Krywoniszenki.
Do dziś trwają spekulacje co przedstawia zdjęcie.
Jedna wersja mówi, że zostało zrobione w namiocie,
na krótko przed tragedią.
  Ubranie należące do jednej z ofiar było napromieniowane, a osoby obecne na pogrzebie pierwszych pięciu studentów stwierdziły, że ich twarze miały mocno pomarańczową barwę. Fakty te pozwoliły wysunąć wniosek, że owe kule były wybuchami, które wystraszyły turystów. Niektórzy twierdzą, że wybuchy mogły być bezpośrednią przyczyną śmierci osób znalezionych w jarze.Władze Związku Radzieckiego stanowczo temu zaprzeczyły. Wydały oświadczenie, że nigdy na tych terenach nie testowano żadnego uzbrojenia. Wszystko wyjaśniono w "racjonalny" sposób. Do napromieniowania ubrań miało dojść już na Politechnice. Niezidentyfikowany sprzęt to pozostałości po starej wieży radarowej, a twarze ofiar uległy poparzeniom słonecznym(!). Wyjaśnienia te wydają się dość naiwne, a sama teoria wojskowa dużo bardzie skomplikowana niż to się może wydawać. Wojsko wszystkiemu zaprzeczyło, jednak w aktach śledztwa widnieje informacja, że śledztwo wszczęto 16 lutego 1959 roku, czyli 4 dni przed powiadomieniem o zaginięciu studentów i wysłaniem na miejsce tragedii ekipy ratunkowej. Ponadto na miejscu śledczy wojskowi nie stwierdzili obecności osób trzecich, jednak Jurij Judin (jedyny ocalały z wyprawy) rozpoznając przedmioty z miejsca tragedii, wskazał kilka z nich, które nie należały do żadnego z uczestników wyprawy. Były to między innymi gogle narciarskie, para nart i fragment materiału, który mógł pochodzić z wojskowego płaszcza. Jeśli faktycznie wojsko nie chciało niczego ukryć, to dlaczego cały teren zamknięto aż na 3 lata, a akta sprawy zostały utajnione?

Czworo uczestników wyprawy. Od lewej:
Thibeaux-Brignolle, Dubinina, Zołotarew i Kołmogorowa.
   Ciekawą hipotezę wysnuł Aleksiej Ratikin w swojej książce "Death in the Footsteps" (2013). Według niego troje uczestników wyprawy było tajnymi agentami KGB, a ich misją było nawiązanie kontaktu z agentami CIA. Zołotarew, Kolewatow i Krywoniszenko mieli dostarczyć Amerykanom (udającym inną grupę turystów) próbki radioaktywne (co tłumaczyłoby napromieniowanie jednego z nich), a następnie sfotografować ich w celu dekonspiracji jako agentów obcego wywiadu. Według Ratikina coś poszło nie tak podczas wymiany. Agenci CIA mieli wtedy odkryć zamiary Sowietów. W obawie przed odkryciem zabili całą grupę i upozorowali wszystko tak, by wyglądało to na działanie owej "nieznanej siły". Radziecki wywiad w obawie przed odkryciem prowokacji miał zatuszować prawdę, a akta śledztwa utajnić. Ratikin całkowicie podważa w swojej książce oficjalną wersję wydarzeń, twierdząc, że na przełęczy grupa Diatłowa nie była sama.

   Od wielu lat pojawiają się również inne teorię, jak na przykład silny wpływ infradźwięków, czyli fal dźwiękowych niesłyszalnych przez ludzkie ucho. Ich źródłem mogą być silne wiatry, lawiny, wybuchy atomowe, rakiety lub przelatujące odrzutowce. Wpływ tych fal na człowieka nie jest do końca potwierdzony, mimo wszystko niektórzy naukowcy i badacze są zdania, że mogą one powodować głębokie stany depresyjne i poczucie nagłej paniki, co w skrajnych przypadkach może doprowadzić nawet do szaleństwa lub śmierci. Jest to prawdopodobne, jednak trzeba pamiętać, że fale te z całą pewnością nie połamały im żeber i czaszek.

Ekipa ratunkowa w trakcie pracy na przełęczy Diatłowa.
   W roku 1967 dziennikarz Jurij Jarowoj napisał książkę "Najwyższy stopień trudności", zbierając przy tym ogromną ilość materiałów dowodowych i zeznań świadków. Jarowoj nie poprzestał na tej publikacji i w dalszym ciągu padał prawdziwe przyczyny śmierci grupy Diatłowa. Gdy w roku 1980 zginął, po tym jak jego samochód na pustej drodze uderzył w drzewo, a z jego mieszkania zniknęły wszystkie materiały dotyczące tragedii na przełęczy - dla zwolenników teorii spiskowych stało się jasne, że ktoś nie chce, aby o tej sprawie zrobiło się głośno.

  Miłośnicy i badacze zjawisk paranormalnych często próbują powiązać tragedię na Przełęczy Diatłowa z doniesieniami o UFO lub nawet yeti. O ile niektóre teorie wydają się bardziej lub mniej prawdopodobne, to spotkanie z istotami pozaziemskimi czy z "człowiekiem śniegu" trzeba chyba włożyć między bajki...



NIE TYLKO "DIATŁOWCY"

Pomnik poświęcony pamięci
 zmarłych studentów.
   Tragedia ta sprawiła, że obszar wokół Góry Umarłych okrył się złą sławą. Wiele osób do dziś twierdzi, że występują tam niewytłumaczalne zjawiska. Co więcej, w późniejszym okresie również dochodziło do bardzo podobnych przypadków. Także i one nigdy nie zostały wyjaśnione. W 1961 roku na północy Uralu podobny los spotkał grupę studentów-geologów z Petersburga. Ludzie w panice wyskoczyli z myśliwskiej chaty i rozbiegli się w różnych kierunkach. Wszyscy zginęli w równej odległości od chaty.

  Na Cholat Sjakl ("Góra umarłych") w roku 1964 grupa geologów wracała do bazy po przeprowadzonych w okolicy badaniach. Uczestnik grupy, niejaki Polakow, nagle doznał niewytłumaczalnego uczucia strachu i paniki. Wydawało mu się, że coś strasznego zbliża się w jego kierunku. Odczekał jakiś czas w ukryciu, a gdy wrócił do kolegów okazało się, że wszyscy nie żyją. Namiot palił się owinięty wokół jednej z ofiar, a kierownik grupy leżał twarzą do ziemi z wystrzelonym pistoletem. Trzecie ciało leżało obok drzewa, po czwartym geologu nie było śladu. Później sprawa została zamknięta. Sowieci stwierdzili, że do tragedii doszło po zjedzeniu zepsutych konserw. W tym samym miejscu, kilka miesięcy później, na przełęczy Purlachtyn-Sori ("Przełęczy, która przynosi ofiary") znaleziono troje martwych turystów z Petersburga. Wszyscy leżeli twarzą do ziemi, a kolor ich skóry był jaskrawożółty.

POSTSCRIPTUM...

9 marca 1959 roku. Pogrzeb członków
grupy w Jekaterynburgu.
   Jurij Judin, student ekonomi, który dzięki swojej kontuzji przeżył wyprawę - zmarł 27 kwietnia 2013 roku. Zgodnie z jego ostatnią wolą, pochowano go w Jekaterynburgu na Michajłowskim cmentarzu, w miejscu gdzie spoczywają ciała wszystkich uczestników wyprawy. Pogrzeb Judina odbył się 4 maja.

  Władze Związku Radzieckiego postanowiły upamiętnić miejsce, w którym zginęli wszyscy uczestnicy wyprawy dowodzonej przez Igora Diatłowa. To właśnie na jego cześć obszar ten znany jest dzisiaj jako "Przełęcz Diatłowa".

35 komentarzy:

  1. Jak zawsze rewelacyjny wpis. Mnie najbardziej przekonuje wersja przypisująca winę za tragedię wojsku. Być może chodziło o przetestowanie jakiejś nowej broni. I to broni skutecznej, trudnej do wykrycia, a nawet zdefiniowania jej charakteru. A fakt, że do dzisiaj nie udało się chociażby w niewielkim stopniu zbliżyć do rozwiązania zagadki świadczy o wysokim stopniu konspiracji. Zresztą nie takie eksperymenty Związek Radziecki przeprowadzał na niewinnych osobach. Z kolei teoria o spotkaniu agentów KGB i CIA jakoś mnie nie przekonuje. Trudno bowiem wyobrazić sobie mniej nadające się do takiego spotkania miejsce niż Ural - góry wprost naszpikowane bazami i zakładami wojskowymi jeszcze z czasów II wojny światowej, praktycznie geograficzne centrum świata komunistycznego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ural i góry są ogromne i zajmują dużą przestrzeń, i patrząc realnie nie ma tam dużo ba, wręcz nie ma ba, są osrodki badawcze i fabryki ale nie w miejscu gdzie doszło do tragedii. Do najbliższego lotniska z miejsca gdzie doszło do tragedii było ponad 600 km, w terenie gdzie przebywali studenci nie mogly poruszać się ciężarówki czy inne pojazdy naziemne.

      Usuń
    2. Teoria wyjasniająca
      http://www.planetagor.pl/articles/entry/Tajemnica-tragedii-na-prze-czy-Diat-owa-cz-II-rekonstrukcja

      Usuń
  2. Bardzo ciekawy wpis.. są na świecie rzeczy o których nie śniło się filozofom :)

    OdpowiedzUsuń
  3. ,, Góra umarłych" zasłużyła na swoja nazwę. Ciekawy wpis, zawitam jeszcze na bloga:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak było naprawdę to chyba nigdy się nie dowiemy. Zbyt duża sila propagandy. Zbyt duży kraj do ogarniecia w inny sposób.

    OdpowiedzUsuń
  5. Masakra. Podejrzewam, że wojsko testowało nowy rodzaj broni - służący do samozagłady. Dlaczego ludzie tak się nienawidzą, że chcą sie zabijać nawzajem?

    OdpowiedzUsuń
  6. Ostatnie zdjęcia pochodzą prawdopodobnie z 2 lutego godzina 17.Śledztwo rozpoczęto już 6 lutego !!! według akt .20 lutego zgłoszono zaginięcie studentów a dopiero 26 rozpoczęto poszukiwania.Co znalazło wojsko można tylko domniemać.Masa informacji jest na blogu który prowadził Jurij Judin

    OdpowiedzUsuń
  7. pomyślcie chwilkę, kto testuje broń w miejscu, gdzie nawet wojsku trudno jest dotrzeć? mało jest poligonów na stepach i Syberii????

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ktoś kto nie chce by o tej broni mówiono.

      Usuń
    2. może na ludziach chcieli przetestować...... w końcu w górach ktoś czasami ginie, gubi się.....

      Usuń
    3. Dobrze piszesz, na Syberii komuniści mieli całe miasta, ośrodki tak tajnie, że nawet nie istniały na mapach. O niektórych dowiedziano się dopiero po rozpadzie ZSRR. Kto jak kto, ale Rosjanie naprawdę mieli mnóstwo terenów do tajnych eksperymentów. A chyba nigdzie i nigdy nie było tak jak w ZSRR jeśli chodzi o paranoję na punkcie tajności i ochrony przed szpiegostwem. I nagle gdzieś na głębokim pustkowiu Uralu wojsko robi tajne eksperymenty - zero infrastruktury! Przecież wtedy nawet porządnych śmigłowców nie było ( transportowych) No mogła spaść tam jakaś rakieta. Tyle, że to niczego nie tłumaczy - byłby jakiś lej, pozostałości wybuchu a nie to co tam odnaleziono. Sprawdźcie na Google Earth - daleko od jakichkolwiek baz wojskowych. Ten scenariusz był analizowany. A jakby chcieli na kimś przetestować broń to ... mój boże! Toż Oni tam jeszcze mieli dziesiątki gułagów na Syberii pod koniec lat 50-tych. Po kiego grzyba mieli zabijać swoją elitę intelektualną - studentów. W tamtych czasach student to była rzadkość. Mieli mnóstwo ludzi w obozach, których mogli zabić i nikt by się o tym nie dowiedział. A o grupie Diatlowa świat się nie dowiedział! I to właśnie jest dla mnie koronny argument ( choć trochę pokrętny) gdyby to faktycznie był wojskowy eksperyment - to nigdy by się nikt o tym nie dowiedział, może dopiero w czasach pierestrojki A tam afera wybuchła od razu. A to, że wszystko utajniono to dla kogoś kto choć trochę znał specyfikę tego systemu jest oczywiste - zetknęli się z czymś co sami nie potrafili wyjaśnić ( albo wyjaśnienie było zbyt szokujące aby to ujawnić) to utajnili. Sto razy bardziej błahe rzeczy utajniano w ZSRR. Oni mieli fioła na punkcie tajności. Aby nie szerzyć dziwnych teorii - utajniono wszystko i już.

      Usuń
    4. To był rok 1959. Okres eskalacja „zimnej wojny”, rozłam z Chinami. Nie ma co się dziwić, że wojsko zainteresowało się tajemniczą śmiercią 9 studentów. Czego się wystraszyli i uciekli z namiotu? W tamtych czasach naprawdę mogli się przestraszyć wielu rzeczy, które teraz na nas nie zrobią najmniejszego wrażenia. Żeby zrozumieć, warto zapoznać się z historią UFO. Dlaczego CIA działając z polecenia rządu USA było zainteresowane i łożyło pieniądze w propagowanie „zielonych ludzików”.

      Usuń
    5. Oczywiście, że nikt nie chciał zbijać tych studentów. Przypadek bierzesz pod uwagę? W tym rejonie wojsko miało tajne poligony, i kręciły się tam grupy studentów i naukowców. O wypadek nie trudno, a wojsko nigdy do niczego się nie przyznaje, nawet w obliczu oczywistych faktów.

      Usuń
  8. Diatlow, śmie twierdzić, ze to nazwisko, które przynosi pecha. czytając artykuł przypomniał mi sie inny Diatlow, jedna z kluczowych postaci awarii czarnobylskiej elektrowni, jej naczelny inżynier Anatolij Diatlow. Interesujący blog.

    OdpowiedzUsuń
  9. moim zdaniem Igor Dyatlov i jego grupa zagineła w lesie (wszyscy) a tubylcy przyciągneli cała w oreślonych miejscach i punktach

    OdpowiedzUsuń
  10. Wg mnie na tej ostatniej fotografii z aparatu Krywoniszenki mogą być dwie sytuacje: 1. Jak ktoś stoi po prawo od tego światła. 2. Ktoś zrobił sobie selfie.
    Jak się mylę to przepraszam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mężu owcy! Selfie w 1959r? Pewnie jeszcze ze smartfona. Skończ najpierw gimnazjum.

      Usuń
    2. A Ty przedszkole. Przed smartfonami też ludzie robili zdjęcia, także sobie samym.

      Usuń
  11. Obrażenia ofiar zdają się być podobne do opisywanych dla ofiar bomb paliwowo-powietrznych.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ostrzelanie terenu pociskami termobarycznymi tłumaczyłoby obrazenia ofiar i panike. Natomiast trochę dziwne byłoby miejsce i pora eksperymentów, no i czas - ponad 2 godziny ostrzału??? Szybkie ukrecenie sledztwa mówi jednak samo za siebie. Sporo także dezinformacji i "ustaleń" na wyrost pod sledztwo. Ciekawe np jak stwierdzono, że namiot rozcięto od wewnątrz?

    OdpowiedzUsuń
  13. wg.mnie przyczyną paniki i ucieczki z bezpiecznych miejsc [wnętrze statku,chata myśliwska,namiot] były na 99% pioruny kuliste.Zjawisko nie wyjaśnione ale istniejące

    OdpowiedzUsuń
  14. https://www.google.pl/search?q=%D0%BF%D0%B5%D1%80%D0%B5%D0%B2%D0%B0%D0%BB+%D0%B4%D1%8F%D1%82%D0%BB%D0%BE%D0%B2%D0%B0&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ved=0ahUKEwi_2uKUiKLKAhXp_XIKHfumDMAQsAQINA&biw=1280&bih=923#tbm=isch&tbs=rimg%3ACd0gPDBzxkruIjBg17d6zXU07nIhHKe769CcixF0SZAiIUwyraQBVHmQvDJiAGSqZc_11uCt99rNGi4sqEglg17d6zXU07hHWWiu5KYxnoCoSCXIhHKe769CcEfXZ55S3rtE1KhIJixF0SZAiIUwRp5wakJuFGtYqEgkyraQBVHmQvBFIGujY4cuPtSoSCTJiAGSqZc_11EeBjqw3hLi_1nKhIJuCt99rNGi4sRTJk-P8iMdE4%3D&q=%D0%BF%D0%B5%D1%80%D0%B5%D0%B2%D0%B0%D0%BB%20%D0%B4%D1%8F%D1%82%D0%BB%D0%BE%D0%B2%D0%B0

    OdpowiedzUsuń
  15. bylo ich 9-cioro, w tym 2 dziewczyny, tutaj ciekawa teza, polecam , http://www.obltv.ru/news/society/itogi_nedeli_tajna_perevala_datlova_raskryta/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. witam trafiłem na jakąś rosyjską stronę mountain rus.czy coś takiego i są tam fajne współczesne zdjęcia miejsc np.tych dwóch sosen z ogniskiem z roku 1959 i z czasów obecnych jest też dużo do poczytania ale nie umiałem przetłumaczyć polecam ciekawskim

      Usuń
  16. W/g wielu zeznań wokół miejsca zdarzenia nie było żadnych śladów poza śladami pobytu i panicznej ucieczki. Nigdy nie będzie jednoznacznej opinii "jak było", takich wydarzeń w historii ludzkiej było mnóstwo które my -nie wiadomo dlaczego nazywamy "paranormalnymi"Ludzie mają skłonność do nadawania takich etykietek zjawiskom których nie są w stanie zrozumieć i które mają miejsce od zawsze... No i najważniejsze jest w tym wszystko świadectwo tubylców mieszkających tam od dawna- którzy nie bez powodów nazwali "NIE CHODŹ TAM"...

    OdpowiedzUsuń
  17. zdecydowanie najbardziej przekonuje to:

    http://www.planetagor.pl/articles/entry/Tajemnica-tragedii-na-prze-czy-Diat-owa-cz-II-rekonstrukcja

    OdpowiedzUsuń
  18. też mnie przekonuje ta teoria ale gdzieś czytałem któreś z nich niemiało języka i oczów

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to prawda jedna z ofiar ta bez języka podobno żyła gdy ją ,go pozbawiono stwierdzono to na podstawie obecności krwi w żołądku ,kiedyś czytałem o tym w jakimś artykule i nie sądzę abyśmy kiedykolwiek poznali całą prawdę jest jakaś tam oficjalna wersja ale jak to w Rosji, każdy wie jak jest może ufo,może yeti albo CIA lub died maroz ale artykuł bardzo ciekawy i obszerny

      Usuń
    2. W jakimś "artykule", zapewne jak w większości przypadków bardzo rzetelnym. Otóż, oprócz języka Dubinina nie posiadała także nosa, ust, policzka, części podniebienia. Po prostu ciało wykazywało ślady rozkładu http://murders.ru/Dyatloff_group_366_dybinina.jpg
      W żołądku nie było krwi, tylko mazista masa koloru ciemnoczerwonego, podobnie jak w zołądkach innych członków grupy (którym języka nie brakowało). Nie róbmy z ruskich patologów ignorantów, którzy nie potrafią rozróżnić krwiaka/krwotoku od mazistej masy.

      Usuń
  19. Bardzo ciekawy wpis, dzięki za kilka ważnych dla mnie porad i czekam na kolejne z niecierpliwością :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Możecie uznać mnie za psychika ale w ostatniej klatce filmu Krywoniszenki widzę twarz Stalina...chodzi mi o ten jaśniejszy obszar zdjęcia nie o plamę obok.Wyraznie od dołu broda,wąsy,nos,lewe zamknięte oko.Moze zwariowane lecz...

    OdpowiedzUsuń
  21. Ta teoria lawiny trzyma się kupy... gdyby nie to, że ma oczywiste dziury. Gdyby zeszła lawina, zniosłaby namiot i część przedmiotów, natomiast wszystko było na miejscu. Zolotariow miał ze sobą aparat fotograficzny - zdążył go zabrać skoro lawina polamala mu zebra? Dubinina miała przeklute złamanym zebrem serce i szła 1,5 km pod cedr? A potem jeszcze dalej? Hmmmm

    OdpowiedzUsuń
  22. Jeżeli chcecie się dowiedzieć jak było naprawdę to polecam ten film:
    https://youtu.be/wCPGg6wzpCY
    Naprawdę świetnie wykonany, podają racjonalne wyjaśnienie i wiele faktów

    OdpowiedzUsuń