niedziela, 16 listopada 2014

Isandlwana - zagłada "czerwonych kurtek"

   Bitwa pod Isandlwana, stoczona 22 stycznia 1879 roku w Afryce Południowej pomiędzy Brytyjczykami i Zulusami, była jedną z najbardziej spektakularnych porażek brytyjskiej armii w bitwach na kontynencie afrykańskim. Całkowite zlekceważenie słabszego przeciwnika, niedocenienie jego ogromnej woli walki, brak odpowiedniego zabezpieczenia obozu oraz błędne decyzje generała Chelmsforda doprowadziły do największej, w historii kolonializmu, klęski nowoczesnej armii w starciu z gorzej uzbrojonymi i słabiej wyszkolonymi tubylcami.



   Pod koniec XIX wieku ziemie należące do plemienia Zulusów stały się celem brytyjskiej ekspansji kolonialnej. Plan był prosty - pokonać miejscowych tubylców, korzystając z nowoczesnego uzbrojenia i lepiej wyszkolonych żołnierzy. Przewaga broni palnej nad włóczniami miała zapewnić Europejczykom łatwe i szybkie zwycięstwo. Historia pokazała jednak, że nawet najgorzej uzbrojony przeciwnik może być groźny, jeśli się go zlekceważy. Brytyjczycy popełnili ten błąd i zapłacili za niego najwyższą cenę...


PO ZŁOTO I DIAMENTY

Członkowie plemienia Zulusów.
   W 1843 roku Wielka Brytania miała w południowej Afryce dwie kolonie: Kraj Przylądkowy i Natal. W latach 60. XIX wieku odkryto tam bogate złoża złota i diamentów. Spowodowało to, że Biuro Kolonialne kierowane przez lorda Carnarvona postanowiło przekształcić całe południe w brytyjską konfederację. Oznaczało to zabór terytoriów dotychczas niezależnych takich, jak Transwal czy królestwo Zulusów - Zululand. W 1877 roku anektowano Transwal. Następnym celem ekspansji miała być ziemia Zulusów. Wykorzystując kilka drobnych zatargów granicznych, Brytyjczycy przedstawili królowi Zulusów Cetshwayo listę żądań, które miały być warunkiem utrzymania pokoju. Jednym z nich było rozwiązanie zuluskiej armii, liczącej ponad 60000 wojowników. Cetshwayo odmówił, co dla Brytyjczyków było wspaniałym "casus belli" (pretekstem do wypowiedzenia wojny). Głównodowodzący wojskami brytyjskimi w Afryce - Frederic Augustus Thesiger lord Chelmsford, wydał rozkaz ataku. Brytyjska armia inwazyjna, na którą składały się trzy oddzielne kolumny, wkroczyła na terytorium Zulusów.

JAK DAWID Z GOLIATEM

Lord Chelmsford (1827-1905).
   Inwazja miała się rozpocząć na początku stycznia 1879 roku. Wybór tej właśnie daty nie był przypadkowy. Właśnie wtedy Zulusi rozpoczynali żniwa. Lord Chelmsford, uznał, że odciągając tubylców od prac polowych, utrudni zbieranie plonów i zdemoralizuje ludność. W tym samym czasie wypadał również okres pory deszczowej, więc pokryte trawą bezdroża Zululandu, stały się wyśmienitym pokarmem dla zwierząt pociągowych oraz kawaleryjskich koni. Generał nie przewidział jednak innych następstw swojej decyzji. Padające deszcze rozmyły bowiem i tak marne już drogi, a do tego podniosły poziom wód w rzekach, utrudniając przeprawę. Nie wiedział jeszcze jednej rzeczy - na początku roku Zulusi odbywali wielkie uroczystości, związane właśnie ze żniwami. Z tego powodu wszyscy wojownicy w pełnym uzbrojeniu zjawiali się w stolicy swojego kraju, przez co zuluski król Cetshwayo już na samym początku inwazji dysponował znacznymi siłami.

   Zgodnie z planem, wkroczenie do Zululandu nastąpiło 11 stycznia 1879 roku. Oddziały brytyjskie przebyły rzekę Buffalo, oddzielającą Natal od Zululandu, posyłając najpierw oddziały tubylcze, które od razu przystąpiły do przeszukiwania okolicy, biorąc do niewoli kilku zuluskich wojowników obserwujących całą przeprawę. Następnie na drugi brzeg dostały się oddziały regularne armii brytyjskiej oraz tabor całej kolumny inwazyjnej. Cała przeprawa przebiegła spokojnie i bez kłopotów, co według Chelmsforda miało być pierwszym znakiem łatwego i szybkiego podboju.

   Następnego dnia, po krótkiej walce, Brytyjczycy zdobyli i spalili zuluską wioskę Sokexe. Ten epizod dał znać królowi Cetshwayo, że to właśnie kolumna generała Chelmsforda jest najbardziej niebezpieczna i powinna zostać zniszczona jako pierwsza. 17 stycznia posłał przeciwko nim swoje doborowe pułki. Zgrupowanie bojowe Zulusów, które ruszyło przeciwko kolumnie generała, liczyło 25000 wojowników. Jego dowódcą był doświadczony i zaprawiony w bojach wódz, Ntshingwayo kaMahole.

Król Zulusów - Cetshwayo.
   W tym samym czasie kolumna brytyjska posuwała się w stronę Ulundi, wioski będącej siedzibą Cetshwayo i stolicą Zululandu. Marsz był jednak powolny. Brak dróg i padające nieustannie deszcze sprawiły, że ciężkie wozy taborowe bez przerwy grzęzły w gęstym błocie, a żołnierze musieli toczyć ciężkie boje, by je z niego wydostać. Chelmsford był wściekły, zarówno z powodu wolnego marszu swojej kolumny, jak i całkowitego braku oporu ze strony Zulusów. Wszystkie napotkane wsie były zamieszkane wyłącznie przez starców, kobiety i dzieci. To oznaczało, że wojownicy musieli się już gdzieś zebrać. Pomimo tego, Chelmsford nie miał oporów przed paleniem bezbronnych wiosek oraz grabieniem bydła. Brytyjczycy patrzyli także z przyzwoleniem na wyczyny wojowników z oddziałów tubylczych, którzy od dawna mieli zatargi z Zulusami.

   W przeciwieństwie Brytyjczyków, armia zuluska nie miała problemów z marszem. Zulusi, od dziecka szkoleni i ćwiczeni na wojowników, przebywali dziennie około 15 km. Mogli maszerować trzy razy szybciej, ale zgodnie z rozkazami króla - nie spieszyli się. Dzięki temu, w razie przypadkowego starcia, mieli być wypoczęci i pełni sił do walki. Cetshwayo chciał w ten sposób pokazać wrogom że nie spieszy się do walki, mając nadzieję na podjęcie negocjacji pokojowych.

OBÓZ BEZ OCHRONY

Brytyjski piechur w
pełnym umundurowaniu.
   Po czterech dniach marszu armia zuluska przybyła pod wzgórze Siphezi, leżące około 20 km na wschód od góry Isandlwana. Tam, po kilku dniach walki z błotem i deszczem, przybyli również Brytyjczycy, którzy postanowili założyć tu swój obóz. Został on rozbity zgodnie z wojskowym regulaminem, a dookoła niego wystawiono posterunki piesze i konne. Wkrótce żołnierze jednej z wart pojmali zuluskiego wojownika, który poinformował ich, że niedaleko zebrała się duża i silna armia jego rodaków. Nie dość, że żołnierze zignorowali to ostrzeżenie, to nawet nie przekazali go swoim przełożonym. Była to pierwsza zaprzepaszczona przez Brytyjczyków szansa, na wyjście obronną ręką z nadchodzącej bitwy.

   Zaniedbano także jedną z najważniejszych spraw, czyli przygotowanie do obrony. Brytyjczycy nie okopali się, nie otoczono obozu kręgiem obronnym, stworzonym z wozów taborowych, nie zbudowano szańców wzniesionych z kamieni. Były to standardowe procedury w takich sytuacjach, jednak Chelmsford nie widział sensu w fortyfikowaniu obozu. Uważał go wyłącznie za tymczasową siedzibę, z której i tak wkrótce wyruszy na spotkanie z armią Zulusów.

ZLEKCEWAŻONE MELDUNKI

Zuluski wojownik.
   21 stycznia generał Chelmsford wysłał część oddziałów na zwiad. Miały one dokonać rozpoznania terenów leżących na południe od obozu, gdyż to z tamtej strony spodziewał się nadejścia Zulusów. Oddział zwiadowczy podzielił się na dwie grupy. Pierwszej z nich, którą dowodził komendant Lonsdale, udało się pojmać dwóch młodych wojowników zuluskich, którzy pod wpływem tortur wyjawili, że na zachód od obozu, w pobliżu wzgórz Siphezi, zebrała się silna zuluska armia. Żołnierze poinformowali o tym swojego generała, jednak to ostrzeżenie również zostało zlekceważone. 

   W tym czasie druga grupa, dowodzona przez majora Charlesa Dartnella, natknęła się na oddziały jednego z wodzów, który miał za zadanie odwrócić uwagę Brytyjczyków i odciągnąć ich jak najdalej od Isandlwana. Wojownicy wymachiwali włóczniami, lub uderzali nimi o tarcze, wznosząc wojenne okrzyki. Nie atakowali jednak. Chcieli jedynie, by Brytyjczycy skupili na nich swoją uwagę. Żołnierze brytyjscy dostali rozkaz do ataku, został on jednak zlekceważony. Uznano, że wojownicy dysponowali olbrzymią przewagą liczebną i jakakolwiek walka z nimi byłaby samobójstwem.

   Stacjonujący pod wzgórzem Isandlwana Chelmsford nawiązał kontakt z okolicznym wodzem, pragnącym poddać się Brytyjczykom. Rozmowy zakończyły się fiaskiem, ale wódz ostrzegł generał przed zuluską armią, która miała zebrać się niedaleko obozu. Była to kolejna cenna informacja, która Europejczycy zignorowali.

   Sytuacja majora Dartnella uległa pogorszeniu, gdyż siły Zulusów jeszcze bardziej wzrosły. Oficer (przekonany, że natknął się na główne siły nieprzyjaciela) wysłał meldunek do obozu, żądając posiłków, z którymi byłby w stanie zaatakować wroga. Postanowił także, że wraz ze swoim oddziałem pozostanie na miejscu, obserwując wroga.

Ppłk. Anthony William Durnford (1830-1879).
   Meldunek ten dotarł do obozu około godziny pierwszej w nocy. Chelmsford wydał rozkaz przygotowania się do wymarszu. Łącznie zabrano 2000 żołnierzy, wspartych czterema działami. Nie wiadomo, czy generał zdawał sobie sprawę z tego, że są to zbyt małe siły do pokonania zuluskiej armii, liczącej 10 razy więcej wojowników. Wcześniejszy brak oporu ze strony tubylców oraz łatwość z którą zdobyto niebronione osady dały Brytyjczykom zbyt dużą pewność siebie. Wezwano oddział podpułkownika Durnforda, przebywającego w okolicach stacji misyjnej Rorkes Drift, by wzmocnić obronę obozu. Chelmsford rozkazał mu przybyć z posiłkami, jednak nie określił, czy Durnford ma objąć dowództwo, czy też wyłącznie dołączyć do generała z dodatkowymi żołnierzami. Rozkazy nie były wydane wprost, a podpułkownik spodziewał się, że po przybyciu otrzyma konkretne polecenia.

   Jeden z oficerów sztabowych, major Francis Clery, miał rzekomo przekazać rozkazy podpułkownikowi Pulleine'owi, który pozostał w obozie. Major Clery twierdził później, że przekazał podpułkownikowi rozkaz objęcia dowództwa nad obozem, jednak w świetle późniejszych wydarzeń, ten fakt budzi pewne wątpliwości. 

   Podpułkownik Henry Pulleine od 8 lat służył w 24. pułku, ale większość czasu spędził zajmując się sprawami kwatermistrzowskimi oraz organizacyjnymi, przez co nie miał  doświadczenia bojowego. Dla Chelmsforda nie miało to znaczenia, gdyż nie spodziewał się ataku na obóz. Nie przypuszczał nawet, że w odległej od nich o 14 km dolinie Ngwebeni, skoncentrowały się główne siły armii Zulusów, gotowe w każdej chwili zaatakować europejskich najeźdźców.

W POGONI ZA WROGIEM

Odznaka 24. Pułku.
   Około godziny 4:30, 22 stycznia 1879 roku, Chelmsford opuścił obóz wraz z żołnierzami. Mieli oni wesprzeć grupę majora Dartnella. Ponieważ miało dojść do bitwy, żołnierzom zabroniono zabierania większej ilości ekwipunku. Każdy z nich miał wziąć 70 sztuk amunicji (przewidziane w regulaminie), manierkę oraz raję żywności. Płaszcze, koce i plecaki pozostawiono w obozie. Nawet oficerowie nie mogli zabrać swoich rzeczy osobistych.

   Gdy oddział dotarł na pozycję majora Dartnella, Brytyjczycy byli przekonani, że właśnie tutaj stoczą walkę z Zulusami. Jednak tubylcy opuścili to miejsce pod osłoną nocy, przenosząc się do doliny Ngwebeni. Chelmsford był rozwścieczony całą sytuacją, postanowił więc ruszyć w pościg, licząc że Zulusi zaprowadzą go głównych sił. Pogoń trwała kilka godzin i zakończyła się fiaskiem, ponieważ wojownicy unikali walki, bez przerwy się cofając.

Działo 7-funtowe. Dwa takie działa broniły obozu.
   O godzinie 9:30 Chelmsford otrzymał wiadomość z obozu. Pulleine informował w niej generała, że w okolicy zbierają się ogromne siły Zulusów. Dowódca zbagatelizował tą informację, po czym nakazał zwinąć obóz i czekać na dalsze rozkazy. Dla pewności Chelmsford wysłał jednak porucznika Archibalda Berkeleya Milne'a na pobliskie wzgórze, z zadaniem sprawdzenia, czy obóz aby na pewno nie jest atakowany. Milne uznał, że nie ma żadnego zagrożenia. Chwilę później podpułkownik Harness usłyszał odgłosy artyleryjskich eksplozji. Natychmiast wysłał zwiad, aby sprawdzić, co się dzieje w obozie. Okazało się, że Brytyjczycy zostali zaatakowani przez Zulusów. Podpułkownik od razu ruszył na odsiecz, powiadamiając o tym Chelmsforda. Gdy meldunek dotarł do generał, ten odesłał gońca z powrotem, nakazując Harnessowi odwrót. Uznał bowiem, że obóz dysponuje wystarczającą siłą do obrony przed tubylcami. Nie wiedział, jak bardzo się mylił...

GDY WRÓG PRZYCHODZI O ŚWICIE...

Kolumna brytyjskich żołnierzy w marszu.
   Gdy obóz budził się do normalnego, żołnierskiego życia, wysunięte posterunki przyniosły wiadomość o krążących w pobliżu oddziałach wroga. Mimo, że ogłoszono alarm, spodziewany atak nie nadchodził. Postanowiono go więc odwołać. Podpułkownik Pulleine nie przypuszczał, by w pobliżu znajdowało się jakieś większe ugrupowanie nieprzyjaciela. W jego mniemaniu było ono ścigane przez generała Chelmsforda. Sądził ponadto, że z oddziałem 1250 żołnierzy, który znajdował się pod jego dowództwem, bez trudu odeprze każdy atak. 

   O 10:30 do obozu przybył podpułkownik Durnford, przyprowadzając ze sobą oddział liczący około 500 żołnierzy. Wbrew obawom Pulleine'a, Durnford nie był zainteresowany przejęciem dowództwa. Chciał wziąć udział w walce, a nie zajmować się administracją obozu. 

   Z obozu wysłano oddział tubylczej jazdy (pod dowództwem kapitana Georgea Shepstone'a), by oczyścił z Zulusów pobliskie wzgórza Nyoni, położone na północ od Isandlwana. W pobliżu zauważyli oni duży oddział tubylców. Podążali w stronę Chelmsforda. Meldunki wystawionych wcześniej posterunków także donosiły, że w okolicy pojawia się coraz więcej zuluskich wojowników. Zwiadowcy których wysłano na wzgórze błędnie stwierdzili, że wróg wycofuje się z okolicy.

Broń palna Zulusów. Pod Isandlwana około kilku tysięcy wojowników dysponowało
 głównie przestarzałymi karabinami kapiszonowymi lub muszkietami skałkowymi.

Wódz Ntshingwayo (siedzi) - zwycięzca spod Isandlwanay.
   Wobec takiej sytuacji Durnford postanowił (na czele czterech oddziałów tubylczej jazdy) ruszyć za nimi w pościg, uważając że nie można pozwolić, by na tyłach sił generała krążyły gromady Zulusów. Dodatkowo zażądał wsparcia dwóch kompanii piechoty jednak Pulleine odmówił. Wsparcie miała im zapewnić jedynie bateria rakiet, dowodzona przez majora Russella. Pomiędzy dwójką oficerów wywiązała się niewielka kłótnia, po której Pulleine obiecał, że w razie potrzeby ruszy mu na pomoc. Wysłał też wiadomość do Chelmsforda, informując go o zaobserwowaniu oddziałów zuluskich w okolicy. Moment, w którym Durnford opuścił obóz,  zbiegł się w czasie z chwilą, gdy zuluska armia opuściła swoje stanowiska w dolinie Ngwebeni. Zwiadowcy wodza Ntshingwayo poinformowali go bowiem, że główne siły dowodzone przez Chelmsforda tracą czas gdzie indziej. Plan wyciągnięcia z obozu większości sił brytyjskich powiódł się, a jego własne oddziały nie zostały wykryte. Wódz uznał, że nadszedł odpowiedni czas na do ataku.

Wojownicy zuluscy na tle swojej chaty.
   Pełni chęci do walki wojownicy nie mogli się już doczekać rozkazu do wymarszu. W końcu, około południa, wreszcie go usłyszeli. Na znak Ntshingwayo wojownicy podnieśli się na nogi i ruszyli w stronę wroga. Przemieszczali się truchtem i w milczeniu, powoli formując się w swój tradycyjny szyk "głowy byka". Pułki uMcijo i uMbonambi tworzyły front całej formacji. "Lewy róg" składał się z pułków uVe i iNgobamakosi, zaś "prawy" z pułków uDududu, iSangqu, iMbube i uNokhenke. W tyle maszerowały pułki uThulwana, iNdluyengwe, iNdlondlo oraz uDloko, które stanowiły odwód całego ugrupowania.

   W tym samym czasie oddział kapitana Georgea Shepstone'a, który patrolował całą okolicę, zaczął ścigać przypadkowo napotkaną grupę Zulusów. Wyjechał prosto na ugrupowanie bojowe wodza Ntshingwayo, które podążało w stronę brytyjskiego obozu. Shepstone, zaskoczony tym nagłym pojawieniem się nieprzyjaciela, przekazał dowodzenie kapitanowi Williamowi Bartonowi, polecając mu, aby opóźniał marsz nieprzyjaciela. Sam zaś popędził galopem, chcąc uprzedzić wszystkich o dużych siłach nieprzyjaciela. Niestety, z działań opóźniających Bartona nic nie wyszło, gdyż jego żołnierze, po krótkim ostrzelaniu Zulusów, wpadli w panikę i uciekli.

"GŁOWĄ BYKA" W BRYTYJCZYKÓW

Żołnierzom odciętym w obozie nie pozostawało nic
innego, jak walczyć do końca i godnie umrzeć.
   Oddział podpułkownika Durnforda natychmiast skierował się w tamtą stronę i natknął się na zuluskie pułki uVe i iNgobamakhosi. Na rozkaz dowódcy żołnierze uformowali tyralierę. Padły dwie karabinowe salwy, które zadały wprawdzie wojownikom straty, ale nie zatrzymały ich marszu. Bateria rakiet majora Russela próbowała zająć pozycję ogniową na szczycie wzgórza. Żołnierze nie mieli jednak dostatecznie dużo czasu, aby w pełni przygotować się do walki. Zdążyli oddać tylko jedną salwę, która nie zadała Zulusom żadnych strat. Ostrzelani wojownicy odpowiedzieli ogniem, z posiadanych przez siebie karabinów. Salwa przetrzebiła szeregi obsługi, zabijając także majora Russela. Ci których nie dosięgły kule, rzucili się natychmiast do ucieczki. Ocalił ich oddział jazdy tubylczej, dowodzony przez porucznika Williama Francisa Cochranea, który miał zapewnić osłonę baterii rakiet. Natychmiast ruszył do ataku. Zulusi jednak nie podjęli walki, wycofując się w stronę swoich głównych sił.

Karabin Martini-Henry, standardowe uzbrojenie brytyjskich żołnierzy.
   Podpułkownik Harness usłyszał odgłosy artyleryjskich eksplozji. Natychmiast wysłał zwiad z zadaniem sprawdzenia, co się dzieje w obozie. Gdy okazało się, że Brytyjczycy zostali zaatakowani, natychmiast ruszył na odsiecz, powiadamiając o tym Chelmsforda. Meldunek dotarł do generał, ten jednak odesłał gońca z powrotem, nakazując Harnessowi odwrót. Uznał, że siły obozowe wystarczą, by odeprzeć atak źle uzbrojonych i niezorganizowanych tubylców, a odsiecz jest zbędna i niepotrzebna. Nieświadomy swojego błędu wydał na swoich rodaków wyrok.

   Podpułkownik Pulleine (także słyszący wystrzały) zaczął przygotowywać się do obrony.  Cieszył się z nadchodzącej walki, uważając ją za świetną okazją do wykazania się. Ufał w ogniową siłę podległych mu żołnierzy. Przygotowania do obrony zostały jednak na chwilę zakłócone, gdy do obozu przybył kapitan Alan Gardner z rozkazem od Chelmsforda, nakazujący Pulleine'owi zwinięcie obozu. Zaskoczony takim rozkazem, początkowo zamierzał go wykonać. Zmienił zdanie, gdy pojawił się kapitan Shepstone z wiadomością o nadchodzących siłach wroga i powrócił do przygotowań do obrony. Jednak na skutek braku doświadczenia bojowego oraz niedoceniania Zulusów, popełnił karygodne błędy. Nie złożono bowiem namiotów, co z jednej strony ułatwiłoby obserwację terenu, a z drugiej powiedziałoby każdemu obserwującemu, że obóz jest pod atakiem. Nie ustawiono również wozów amunicyjnych bliżej linii obronnych i nie ufortyfikowano obozu, mimo, że było na to dostatecznie dużo czasu. Co gorsza, zamiast skupić żołnierzy w ochronnym czworoboku (co stanowiło najlepszą ochronę przed zuluskim atakiem) Pulleine rozciągnął ich w długim, na ponad półtora kilometra, dwuszeregu wysuniętym na pół kilometra przed namiotami. Regulamin brytyjskiej armii nakazywał właśnie takie postępowanie w wypadku ataku tubylców. Nikt jednak nie przewidział zaciekłości i szybkości, z jaką Zulusi zaatakują.

Ppłk. Henry B. Pulleine (1838-1879).
   Dowodzący zuluską "głową byka" wódz Ntsingwayo spodziewał się, że broń palna Brytyjczyków zada im poważne straty, wierzył jednak w przewagę liczebną swoich wojowników.

   Na lewym skrzydle brytyjskiego ugrupowania pozycję zajęła kompania E 1. batalionu 24 pułku, pod dowództwem porucznika Charles Cavaye'a. W ich kierunku podążali zuluscy wojownicy uNokhenke. Pozostałe pułki - iSangqu, iMbube i uDududu - okrążały Brytyjczyków z zamiarem wyjścia na jego tyły. Wkrótce kompania E została wzmocniona przez kompanię F, dowodzoną przez kapitana Mostyna. Skoncentrowany ostrzał dwóch kompanii nie odniósł większych sukcesów, więc Brytyjczycy cofnęli się i połączyli z kompanią C kapitana Younghusbanda. Wspólnie uformowano szyk obronny, otworając ogień, który zatrzymał atak wojowników z uNokhenke. Zulusi zaczęli się wycofywać. Żołnierze kapitana Younghusbanda przenieśli się wtedy na wyższe stanowisko, dzięki czemu poprawili swoje pole ostrzału. Bateria dwóch dział 7-funtowych majora Stuarta Smitha zajęła pozycję na lewym skrzydle. Artylerzystów wspierały kompanie A i H. Kompanią H dowodził kapitan Wardell, natomiast tożsamość dowódcy kompanii A do dziś budzi kontrowersje. W zależności od źródeł, był nim kapitan Degacher lub porucznik Porteous. Ich pozycję atakowały pułki uMcijo, uMxhapho i iNgobamakhosi, w szeregach których zniszczenie siały szrapnele wystrzeliwane z dział, które eksplodując w zbitym tłumie Zulusów, raziły odłamkami we wszystkich kierunkach, zbierając straszliwe żniwo. Ta  sytuacja pokazuje jak skuteczną bronią były brytyjskie karabiny Martini-Henry, których szybkostrzelność wynosiła nawet dwanaście pocisków na minutę. Przez to, że Zulusi atakowali w zbitym tłumie, żołnierze nie musieli nawet szukać sobie celów. Strzelali na oślep w ich stronę, wiedząc, że każdy pocisk w kogoś trafi.

   Na południowym krańcu brytyjskiego ugrupowania zajęła pozycję kompania G, dowodzona przez porucznika Pope'a, która była jedyną kompanią z 2. batalionu 24 pułku pozostałą w obozie. Żołnierzom, wspartym przez wojowników z tubylczej piechoty, udało się stawić skuteczny opór przeciwnikom. Zuluska jazda podpułkownika Durnforda zajęła pozycję z przodu, w wyschniętym korycie rzeki Nyokana. Mając pod swoim dowództwem około 150 żołnierzy, Durford próbował powstrzymać atak "lewego rogu". Tutaj również skoncentrowane salwy karabinowe okazały się na tyle skuteczne, że zatrzymały atak Zulusów. Szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Brytyjczyków. Na wszystkich odcinkach pola walki Zulusi zalegli pod gęstym i celnym ogniem, który skutecznie ostudził ich bojowy zapał. Jednak bitwa wciąż jeszcze była nierozstrzygnięta.

Włócznia "isijula", używana przez Zulusów jako broń miotana.

"USUTHU! USUTHU!"

Wyrzutnia rakiet typu Hale.
Tego typu baterią dowodził major Russel.
   Zmasowany ostrzał, który prowadzili Brytyjczycy, zaczął szybko słabnąć. Wpływ na to miało kilka czynników. Każdy żołnierz dysponował 70 sztukami amunicji, a w skutek dużej szybkostrzelności karabinu Martini-Henry, w ładownicach żołnierzy szybko zaczęły pokazywać się pustki, a częstotliwość ognia wyraźnie spadła. Ponadto po kilkunastu strzałach lufa karabinu Martini-Henry nagrzewała się tak mocno, że trudno ją było utrzymać, a silny odrzut i ciągłe strzelanie siniaczyło ramiona żołnierzy, co uniemożliwiało pewny chwyt broni. Wydawanie naboi utrudnił panujący chaos. Nie można było nawet ustalić, gdzie znajdują się wozy amunicyjne. Legenda mówi również, że problemem były skrzynie z amunicją, które trudno było otworzyć. Podobno kwatermistrzowie mieli również odmawiać wydawania amunicji tym żołnierzom, którzy nie pochodzili z ich oddziałów. Prawdopodobnie opowieści te są tylko wymysłem, jednak jeszcze długo po bitwie pojawiały się takie plotki. Po chwili oddział Durnforda porzucił swoją pozycję i wycofał się. Powodemodwrotu był nie tylko brak amunicji, ale również fakt, że Zulusi zaczęli obchodzić jego oddział, wychodząc na tyły brytyjskiego obozu.

   Kompanie A i H oraz bateria dział przerwały ogień i również zaczęły odwrót. Zulusi, widząc to, rzucili się do walki z bojowym okrzykiem "uSuthu!". Był to kluczowy moment bitwy.

CEL: ZGŁADZIĆ "CZERWONE KURTKI"!

Rysunek przedstawiający wygląd i
umundurowanie oddziałów tubylczych.
Czerwone opaski noszone przez nich na głowach
były znakiem, że walczą oni po stronie Brytyjczyków.
   Kiedy artylerzyści wycofywali swoje działa, niespodziewanie dopadli ich Zulusi. Większość Brytyjczyków od razu została zabita. Major Smith chciał początkowo zając nową pozycję ogniową, ale kiedy zobaczył panujący w obozie chaos, postanowił wycofać się na południe. Do ucieczki rzuciła się także tubylcza piechota, która uznał, że do ich obowiązków należał zwiad oraz różne funkcje pomocnicze, a nie walka z zaprawionymi w bojach zuluskimi wojownikami. Kompanie A i H próbowały odeprzeć atak pułku uMbonambi. Kompanii H udało się wyrwać i ruszyć za baterią majora Smitha, jednak kompania A została sama przeciwko nacierającym tubylcom. Starano się przeformować, lecz gwałtowność uderzenia uMbonambi zepchnęła ich w stronę obozu. Zulusi nie mieli kłopotów z rozgromieniem oddziału. Po chwili było już po wszystkim, a upojeni pierwszym zwycięstwem wojownicy ruszyli szukać sobie nowego celu.

   Klęska brytyjskiego ugrupowania centralnego postawiła w złej sytuacji kompanię G. Odwrót oddziału Durnforda jeszcze to pogorszył, gdyż pułk uVe dołączył do pułku iNgobamakosi i ruszył prosto na oddział porucznika Pope'a, który prawdopodobnie nie miał już wtedy złudzeń, co do wyniku zbliżającej się walki. Według legendy - kiedy zobaczył, że nie ma szans na połączenie się z pozostałymi oddziałami, wydał pamiętny rozkaz:
"Bagnet na broń i ginąć jak na brytyjskich żołnierzy przystało!"

Topór. Była to broń zarezerwowana wyłącznie dla wodzów, jako oznaka ich statusu.

Zuluska tarcza "isihlangu".
   Brytyjczycy nie mieli jednak zamiaru szybko zginąć. Zebrali się w małych, kilkuosobowych grupach, które stawiły niezwykle zaciekły opór. Nie przeszkodziło to jednak Zulusom w  rozgromieniu kompanii G. Gdy upadł bitewny kurz, ziemię pokrywało morze martwych, brytyjskich ciał.

   W północnej części obozu, kompania C próbowała powstrzymać atak pułków uThulwana i uNokhenke. Jednocześnie, atakowane przez Zulusów kompanie E i F zaczęły się cofać w stronę swoich namiotów. Żołnierzom kończyła się amunicja, gdy pojawił się uMbonambi, który kilka chwil wcześniej wyrżnął kompanię A. Żołnierze zatrzymali się i sformowali czworobok, do którego dołączali wszyscy, którzy byli zdolni do walki: woźnice, służba, kucharze, chorzy, członkowie orkiestry i pozostali cywile.

   Początkowo utrzymali Zulusów na dystans, jednak gdy tylko skończyły sie naboje, tubylcy ruszyli do decydującego ataku. Udało im się rozbić brytyjski szyk i pomiędzy namiotami doszło do zaciekłej, brutalnej walki wręcz. Zulusi wpadli w istny szał mordowania. Zabijali każdego, kto wpadł im w ręce. Nie oszczędzili nawet koni, wołów pociągowych i bezpańskich psów, które towarzyszyły Brytyjczykom. W tym samym czasie kompania C cofnęła się wyżej, w kierunku szczytu góry Isandlwana. Tam, kryjąc się za głazami, żołnierze skutecznie odpierali ataki Zulusów.

Ucieczka Brytyjczyków przez rzekę Buffalo.
   Gdy w obozie trwały zacięte walki, zuluskie uDududu i uNokhenke zablokowały Brytyjczykom drogę odwrotu do Natalu, przez co uciekinierzy musieli skorzystać z trudniejszej ścieżki, prowadzącej przez południowo-zachodnią stronę wzgórza Isandlwana, którą nazwano potem "Ścieżką Uciekinierów" (ang. "Fugitive Drift"). Nie było tam jednak żadnego szlaku, a uciekinierzy musieli przedzierać się przez gęste zarośla i wyschnięte strumienie. Jedynie ci, którym udało się zdobyć konia, mieli jakąś szansę na przeżycie. Piechurzy w grubych mundurach i ciężkich butach błyskawicznie padali ofiarą szybkich i zwinnych Zulusów.

   Wycofująca się kompania H natknęła się na jeden z porzuconych wozów amunicyjnych. Żołnierze wzięli tyle nabojów, ile tylko mogli unieść. Następnie ruszyli w stronę wschodniej części przełęczy. Tam zaatakował ich iNgobamakosi. Wojownicy, pełni animuszu po wcześniejszych zwycięstwach, odważnie ruszyli do ataku. Żołnierze dzielnie odpierali atak wroga bagnetami oraz strzelali do Zulusów ponad głowami swoich kolegów. Wojownicy cofnęli się i z odległości kilku metrów otworzyli ogień ze zdobycznych karabinów, dodatkowo rzucając włóczniami. Straty Brytyjczyków zaczęły rosnąć, a gdy zostało ich zaledwie kilkunastu, Zulusi ruszyli do ponownego ataku, bez trudu gromiąc resztki kompanii H.

   Tymczasem major Smith próbował wyprowadzić z walki swoją poddział, podążając "Ścieżką uciekinierów". Wszyscy jednak zostali dogonieni przez zwinnych Zulusów i zabici na miejscu. Majorowi Smithowi i porucznikowi Curlingowi, dzięki temu że dosiadali koni, udało się uciec i dotrzeć do rzeki Buffalo, za którą leżał już brytyjski Natal. Po drodze natknęli się na porucznika Coghilla, który poinformował ich, że cała obrona się załamała, a podpułkownik Pulleine zginął. Wkrótce potem do Coghilla dołączył porucznik Melville, który próbował ocalić sztandar pierwszego batalionu.

Plan bitwy pod Isandlwana.
   Rzeka Buffalo, która stanęła na drodze większości uciekinierom, była trudną do przebycia przeszkodą. Padające ostatnio deszcze sprawiły, że jej wody wezbrały, a nurt stał się silniejszy. Sytuacji nie poprawiały strome brzegi oraz wąskie, zatłoczone przejście. Tutaj Zulusi również dotarli, urządzając rzeź uciekinierom. Wśród ich ofiar znalazł się także major Smith. Dla Zulusów rzeka nie stanowiła trudnej przeszkody. Wielu z nich przeprawiło się na drugi brzeg, spodziewając się kolejnych uciekających Brytyjczyków.

   Ucieczka nie powiodła się porucznikom Coghillowi i Melvillowi, którym przypisuje się próbę ratowania sztandaru. Warto wiedzieć, że każdy brytyjski batalion piechoty miał 2 sztandary. Pierwszy z nich nazywał się "Queens Colours" ("Barwy Królewskie"). Ta flaga brytyjska z numerem pułkowym była symbolem związku oddziału z Imperium Brytyjskim. Drugi to "Regimental Colours" ("Barwy Pułkowe"), który przeważnie był jednolitego koloru (sztandar 1. Batalionu był zielony), z godłem pułku i jego numerem.

   Uważa się powszechnie, że Melville opuścił obóz na rozkaz Pulleine'a. Miał ze sobą zrolowany sztandar, okryty skórzanym pokrowcem. Sztandar otaczano wielkim szacunkiem i nie chciano dopuścić, aby wpadły w ręce wroga. To właśnie dlatego porucznik Melville chciał go ocalić. Niektórzy brytyjscy historycy twierdzą wprost, że próba ratunku sztandaru była dla oficera jedynie wymówką, mającą usprawiedliwić jego ucieczkę z pola bitwy. Melville i Coghill dotarli do rzeki Buffalo, przez którą z trudem się przeprawili, ale sztandar wpadł do wody i przepadł w jej odmętach. Stracili także konie, przez co dalej musieli uciekać na piechotę. Nie zaszli zbyt daleko. Natknęli się bowiem na oddział Zulusów, który polował na uciekających niedobitków. Po krótkiej i nierównej walce -  zginęli.

Oryginalny sztandar, który próbowali ocalić porucznicy Meville i Cogill.
Dzisiaj znajduje się w katedrze Brecon, w Walii.
   "Królewskie Barwy" 1. Batalionu, które utonęły w rzece, zostały później odnalezione przez jeden z brytyjskich patroli, który również znalazł i pochował ciała obu poruczników. Losy pozostałych sztandarów, które pozostały w obozie są nieznane. Prawdopodobnie zostały zniszczone przez Zulusów, którzy plądrowali obóz. 

   Z całego brytyjskiego zgrupowania spod Isandlwany, liczącego 1762 ludzi, przeżyło tylko 405 osób - 55 białych żołnierzy i 350 tubylców. Z życiem uszło zaledwie 5 oficerów zawodowych, z czego tylko jeden, porucznik Curling z artylerii, wziął udział w walce w pierwszej linii. Reszta z nich podczas bitwy pełniła służbę w obozie. Starcia nie przeżył żaden oficer 24. pułku. Ciekawostką jest również fakt, że niemal wszyscy którzy przeżyli, byli ubrani w granatowe lub niebieskie kurtki mundurowe. Żołnierze w czerwonych mundurach bardziej rzucali się w oczy, a poza tym Cetshwayo przykazał swoim wojownikom, że kiedy dojdzie do bitwy, to mają pozabijać wszystkie "czerwone kurtki" (ang. "Red Coat"). O innych kolorach mundurów rozkaz wodza nic już nie mówił.

   Tylko dwa oddziały tubylczej jazdy uniknęły rozbicia. Wycofały się potem nad rzekę Buffalo i przeprawiły na drugi brzeg. Tam osłaniali odwrót uciekinierów, ratując życie wielu z nich. Żołnierze, których odcięto w obozie, walczyli do końca. W zasadzie nie mieli innego wyboru, gdyż Zulusi nie mieli w zwyczaju brania jeńców.

Żołnierze 24.Pułku. Zdjęcie wykonano kilka dni przed atakiem Zulusów.
   Jednym z ostatnich punktów oporu były resztki kompanii C, które walczyły na południowo-wschodnim zboczu wzgórza Isandlwana. Żołnierze, ukryci za głazami, skutecznie stawiali opór Zulusom. Dzięki temu, że zajęli wysoko położoną pozycję, mieli dobrze widoczne pole ostrzału. Nieliczni wojownicy, którzy do nich dotarli, zostali natychmiast zabici ciosami bagnetów, co pozwalało oszczędzać naboje. W końcu żołnierzom skończyła się jednak amunicja. Wtedy ich pozycja okazała się być śmiertelną pułapką. Za plecami mieli bowiem strome zbocze, po którym nie daliby rady wspiąć się wyżej. Dowodzący kompanią C kapitan Younghusband podjął więc męską decyzję i postanowił, że poprowadził swoich żołnierzy do frontalnego ataku na bagnety. Miał nadzieję, że uda mu się przebić przez Zulusów i dołączyć do innych oddziałów. Na jego rozkaz żołnierze poderwali się z miejsc i ruszyli do ataku. Początkowo Zulusów zdumiało takie zachowanie, jednak szybko otrząsnęli się i z włóczniami w dłoniach (oraz bojowym okrzykiem "uSuthu!") ruszyli do kontrataku. Brytyjczycy zostali zatrzymani i zabici na miejscu. Podpułkownik Durnford (wraz z resztkami swojego oddziału) zorganizował słabą obronę po zachodniej stronie przełęczy. Okoliczności jego śmierci są jednak nieznane. Ludzie, którzy widzieli go jako ostatni twierdzili potem, że miał szansę uciec. Nie skorzystał jednak z tej okazji i postanowił pozostać ze swoimi ludźmi. Do jego grupy dołączyły też niedobitki oddziałów, które uniknęły dotąd śmierci. Zulusi bez trudu rozgromili także ich.

   Nie wiadomo również w jakich okolicznościach zginął podpułkownik Pulleine. Po raz ostatni widziano go w pobliżu swojego namiotu, kiedy Durnford opuścił swoją pozycję na lewym skrzydle. Powszechnie uważa się, że poległ wkrótce po tym, jak Zulusi wdarli się do obozu. Jego ciało, nawet jeśli je odnaleziono, nigdy nie zostało zidentyfikowane.

Fotografia przedstawiajaca górę Isandlwana, wykonana kilka miesięcy po bitwie.
Na zdjęciu tym wciąż są widoczne szczątki ludzi i zwierząt oraz porzucone wozy taborowe.

ŁUPY NALEŻĄ DO ZWYCIĘZCÓW...

Osobiste rzeczy brytyjskich żołnierzy odebrane Zulusom w roku 1910.
   Po rozgromieniu Brytyjskich żołnierzy, Zulusi ochoczo przystąpili do plądrowania zdobytego obozu. Najcenniejszym ich łupem było około tysiąca nowoczesnych karabinów Martini-Henry oraz duże zapasy amunicji. Zdobyli także dwa działa oraz wyrzutnie rakiet. Nie potrafili jednak obsługiwać tej broni, więc nie stanowiła ona dla nich praktycznie żadnej wartości poza tym, że stanowiła zwycięskie trofeum. W ręce wojowników dostało się także całe zaopatrzenie kolumny inwazyjnej, w tym duże zapasy żywności, namioty, rzeczy osobiste oficerów i żołnierzy, sprzęt obozowy, koce oraz wozy transportowe. Nie wszystkie łupy zostały jednak zabrane. To, co nie stanowiło dla Zulusów wartości, zostało zniszczone lub porzucone. Pozostawione wozy transportowe zostały później ponownie przejęte przez Brytyjczyków. Młodzi wojownicy przebijali także włóczniami zwłoki poległych wrogów, aby mieć dowód tego, że "obmyli włócznię krwią". Do rytuałów pobitewnych należało również patroszenie martwych ciał, które odbywało się poprzez rozcięcie podbrzusza. Zulusi wierzyli bowiem, że dzięki temu uwięziona w martwym ciele dusza zostaje uwolniona i może rozpocząć życie pozagrobowe. Zwyczajem wojennym tubylców było również założenie fragmentu ubrania zabitego wroga. Na pole bitwy wkroczyli także szamani. Fragmenty ciał zabitych wrogów były bowiem cennym składnikami talizmanów oraz leków.

   Późnym popołudniem zuluscy wojownicy zaczęli się wycofywać w stronę doliny Ngwebeni, gdzie znajdował się ich obóz. Przed odejściem pogrzebali część swoich poległych towarzyszy. Niektórych z nich przykryto jedynie tarczami i pozostawiono. Lekko ranni zostali zabrani do obozu, ciężej rannych dobito, ze względu na poważne obrażenia które odnieśli, a których szamani nie byli w stanie wyleczyć. Straty Zulusów są trudne do oszacowania.  Przypuszcza się, że zabitych i rannych wojowników było łącznie nie mniej niż 2000... Zginęli także dwaj synowie wodza Ntshingwayo.

SPÓŹNIONA ODSIECZ

Krajobraz po bitwie u stóp dóry Isandlwana.
   Gdy pod Isandlwaną trwał dramat 24. Pułku, generał Chelmsford wciąż bezowocnie poszukiwał zuluskiego zgrupowania.. W końcu zirytowany postanowił powrócić do obozu. Około godziny 15:00 dotarły do niego meldunki o ataku na obóz. W drodze natknął się na wysłane wcześniej patrole, które poinformowały go o masakrze, jaka miała miejsce. Chelmsford zebrał więc swoje siły i ruszył na odsiecz. Pomimo ogromnego zmęczenia jego żołnierze ochoczo ruszyli. Liczyli, że wreszcie wezmą udział w walce.

   Wieczorem oddziały generała Chelmsforda przybyły wreszcie pod Isandlwanę, gdzie przywitał ich ponury widok. Obóz, który rano opuścili, nie istniał. Wszędzie dookoła leżały obdarte do naga i okaleczone zwłoki ich poległych kolegów. Chelmsford nie zawrócił od razu do Natalu, postanowił spędzić noc na pobojowisku. 

   Dla Brytyjczyków była to ciężka noc. Zostawione w obozie namioty i koce wpadły w ręce Zulusów, więc musieli spać pod gołym niebem, na śliskiej od krwi trawie. Pogoda była bezwietrzna, co sprawiło, że dookoła unosił się przykry zapach zwłok. W oddali, na wzgórzach, były widoczne ogniska, z których dolatywały odgłosy wojennych pieśni - to Zulusi świętowali swoje zwycięstwo. Natomiast od strony Natalu dobiegały odgłosy karabinowych salw, a niebo po tamtej stronie było czerwone od ognia. Oznaczało to, że tubylcy atakują kolejną brytyjską kolonię. Wczesnym rankiem (jeszcze przed świtem) generał Chelmsford wydał rozkaz do wymarszu. Chciał przyjść z pomocą ciągle walczącym obrońcom stacji Rorkes Drift, a jednocześnie oszczędzić swoim żołnierzom widoku zmasakrowanego obozu, który zobaczyliby w świetle dziennym.

Góra Isandlwana dzisiaj. Stosy ułożonych kamieni oznaczają masowe groby poległych tam żołnierzy brytyjskich.

POSTSCRIPTUM...

Zuluski weteran bitwy pod Isandlwana. Zdjęcie
wykonano w latach 30. XX wieku. Na jego szyi
widoczne są "paciorki odwagi", które król
Cetshwayo przyznał wojownikom za wdarcie się
do brytyjskneiego obozu i zabicie przynajmniej
jednego wroga w "czerwonej kurtce".
   Według większości historyków winę za masakrę żołnierzy ponosi generał Chelmsford. Zbyt pochopnie opuścił obóz, zabierając ze sobą większość sił i zlekceważył ostrzeżenia o zagrożeniu ze strony Zulusów. Dodatkowym powodem porażki była arogancja oficerów, którzy zlekceważyli przeciwnika oraz nie do końca sprecyzowane rozkazy Chelmsforda, który nie określił wprost, który z dwóch oficerów (Pulleine czy Durnford) ma objąć dowództwo nad obozem.

   Widok zboczy Isandlwany zasłanych trupami ludzi i zwierząt, pozostał jeszcze przez kilka miesięcy najbardziej charakterystyczną cechą okolicy. Chelmsford nie spieszył się z wysłaniem na pole walki ludzi, mających za zadanie pogrzebać poległych. Było to spowodowane kilkoma czynnikami. Podstawowym powodem był fakt, że teren ten znajdował się na terytorium wroga. Był jednak jeszcze inny, mniej chwalebny powód - generał liczył na to, że im dłużej pole bitwy zostanie wystawione na pastwę padlinożerców, szabrowników oraz warunków atmosferycznych, tym większa będzie szansa na to, że dowody świadczące o jego niekompetencji ulegną zniszczeniu. Jego zamysł nie do końca się powiódł, ale i tak Chelmsford nie poniósł nigdy kary za przyczynienie się do klęski Brytyjczyków.

   Mimo, iż bitwa pod Isandlwana była wielkim zwycięstwem Zulusów, to paradoksalnie okazała się początkiem końca istnienia ich państwa. Pół roku później, w bitwie pod Ulundi (4 lipca 1879 roku) brytyjska armia dowodzona przez generała Chelmsforda rozbiła główne siły Zulusów, kładąc kres niepodległości ich królestwa i czyniąc ich samych jednym z wielu ludów podległych brytyjskiej królowej Wiktorii...


Autor artykułu:
MJG

1 komentarz: