sobota, 9 grudnia 2017

Nazino - wyspa śmierci

   W roku 1933 ponad 6 tysięcy przypadkowych osób zostało aresztowanych na ulicach Moskwy i Leningradu, a następnie wysiedlonych na małą syberyjską wyspę Nazino. Jako „niepożądany element społeczny” mieli ciężko pracować ku chwale Związku Radzieckiego, aby odkupić swoje wszystkie winy. Bez dachu nad głową, bez ciepłej odzieży, bez pożywienia i narzędzi do pracy. Pozostawieni na łasce sadystycznych strażników walczyli o przetrwanie. Nieludzkie warunki życia, desperacja więźniów oraz panujący tam niewyobrażalny głód – to wszystko doprowadziło na wyspie do przerażających aktów barbarzyństwa i kanibalizmu. Tylko jeden człowiek odważył się zbadać pogłoski o tej tragedii, jednak władze ZSRR przez kilkadziesiąt lat robiły wszystko, aby historia wyspy Nazino nigdy nie ujrzała światła dziennego…


   Wyspa Nazino zwana była początkowo przez miejscowy lud Ostiaków „wyspą śmierci”. Po wydarzeniach z maja 1933 roku zaczęto na nią mówić „wyspa kanibali”. Gdyby nie jeden człowiek – Wassilij Arseniewicz Wieliczko – instruktor partyjny, propagandzista i korespondent lokalnej gazety w obwodzie Aleksandrowskoje, świat nigdy nie usłyszałby o tym, co wydarzyło się na syberyjskiej wyspie. Prawda o Nazino wyszła na jaw dopiero pod koniec lat 80. XX wieku, gdy Imperium chyliło się już ku upadkowi, a drzwi tajnych archiwów radzieckich otworzyły się dla badaczy i historyków. Kim byli ludzie zesłani na „wyspę kanibali”? I co tak naprawdę stało się z tymi, którzy cudem ocaleli?


OFIARY STALINOWSKIEJ KOLEKTYWIZACJI

Józef Stalin (1878-1953).
   W roku 1929 Józef Stalin rozpoczął realizację programu szybkiego uprzemysłowienia Związku Radzieckiego. Wszystkie większe projekty tamtego okresu okazały się bardzo pracochłonne i kosztowne. Ratunek starano się znaleźć w rolnictwie, które zaczęto obciążać coraz wyższymi normami obowiązkowych dostaw. Nawet wtedy, gdy zbiory zaczęły być coraz słabsze. Wkrótce, oprócz pieniędzy, zaczęło brakować w kraju rąk do pracy. Zapotrzebowanie na siłę roboczą wzrosło i nagle pojawił się problem. Skąd wziąć ludzi do pracy?

   Ponownie zwrócono się w stronę kułaków, czyli zamożnych chłopów posiadających własne gospodarstwa rolne. Zostali oni nazwani „wrogiem klasowym”. Ich majątki skonfiskowano, a ludzi deportowano na Syberię. Następnie podobny terror został skierowany wobec chłopów średniorolnych i małorolnych, których również przesiedlono wraz z całymi rodzinami. To nie rozwiązało jednak problemów kraju. Poczyniono więc wiele starań, by zasoby ludzkie przenieść z sektora rolniczego do przemysłowego. Proces ten nazwano „kolektywizacją”. Niemalże za darmo państwo przejęło od chłopów ogromną część produkcji rolnej. Środki te posłużyły do kontynuowania industrializacji kraju.

   Coraz wyższe normy i słabe plony sprawiły, że nastał okres głodu. W znacznej części Związku Radzieckiego brakowało żywności. Ludzie mieszkający na obszarach wiejskich mieli do wyboru dwa wyjścia – umrzeć z głodu lub wyemigrować do miast w poszukiwaniu jakiejkolwiek pracy. W roku 1930 rozpoczęła się masowa emigracja ludności wiejskiej, niespotykana do tej pory na tak wielką skalę. W ciągu następnego roku, swoje rodzinne wsie opuściło ponad 10 milionów osób. Plan Stalina na szybkie uprzemysłowienie Rosji był zagrożony. Dyktator nie miał wątpliwości – wszyscy chłopi byli kontrrewolucjonistami. Ten problem można było rozwiązać tylko w jeden sposób…

POZBYĆ SIĘ „PASOŻYTÓW”

Gienrich Grigorjewicz Jagoda (1891-1938),
Pierwszy zastępca przewodniczącego OGPU.
To właśnie jemu Stalin zlecił zadanie
oczyszczenia miast z „pasożytów”
.
   W miastach zrobiło się tłocznie jak nigdy wcześniej. Nowi przybysze nie znajdowali wymarzonej pracy. Nie mieli także pieniędzy na zapewnienie sobie podstaw niezbędnych do życia. Przybywało nie tylko bezdomnych, ale również i przestępców. Ulice miast przestały być bezpieczne. Przemoc, kradzieże i rozboje stały się codziennością. Taki stan rzeczy godził w obraz idealnego socjalistycznego porządku. Władze postanowiły coś z tym zrobić.

   W dniach od 7 do 12 stycznia 1933 roku odbyły się w Moskwie obrady kierownictwa partii Związku Radzieckiego. Stalin stwierdził, że głównym zagrożeniem dla wzorowego socjalizmu są wszelkie dewiacje społeczne oraz coraz wyższa przestępczość w kraju. Aby system zatriumfował, trzeba zniszczyć klasę ludzkich wyzyskiwaczy i „pasożytów społecznych”. „Niepożądany element” miał zniknąć z ulic rosyjskich miast. I to wszelkimi możliwymi sposobami.

   Mocą tajnej dyrektywy, podpisanej 22 stycznia 1933 roku, Józef Stalin rozkazał ówczesnemu pierwszemu zastępcy przewodniczącego OGPU (Zjednoczony Państwowy Zarząd Polityczny), Gienrichowi Grigorjewiczowi Jagodzie, powstrzymanie dalszego napływu „elementów społecznie szkodliwych” – głównie z terenów Ukrainy i północnego Kaukazu. Wkrótce na drogach i dworcach pojawiły się specjalne patrole, które przechwytywały wiejskich uciekinierów. Większość zatrzymanych osób zgodziła się dobrowolnie wrócić do swoich rodzinnych domów. Tych, którzy się opierali postanowiono wysłać do pracy na Syberię lub do Kazachstanu. Mieli oni w niedostępnych dotąd rejonach Związku Radzieckiego zakładać nowe osady, budować drogi i przygotowywać nieprzyjazne tereny do dalszej eksploatacji.

   Główną rolę w zagospodarowaniu nowych terenów odgrywał Gułag – system obozów pracy przymusowej, w którym więźniami byli zarówno zwykli kryminaliści, jak i osoby uznane przez państwo za „społecznie niepożądane” lub „politycznie szkodliwe”. Do Gułagów trafiły też ofiary „oczyszczania” miast, za które odpowiadał Gienrich Jagoda. Nie tylko bezdomni i zwykli bandyci musieli zniknąć z ulic. Wywożono również byłych carskich urzędników, rentierów, prywatnych handlowców, rzemieślników oraz chłopów, którzy do miast uciekli przed głodem wywołanym kolektywizacją. Jednym słowem – wszyscy ci, których komunistyczne władze określały mianem „pasożytów” i „ludzi zdeklasowanych”.

DROGA BEZ POWROTU

   Rozpoczęło się wielkie polowanie na ludzi. Zarząd Polityczny otrzymał od władz normy, które musiał wykonać. Z każdego miasta musiano deportować określoną ilość osób. Efektem tego stały się wielkie uliczne „łapanki”. Każdy mógł zostać zatrzymany i deportowany. Do wiosny 1933 roku aresztowano ponad 800 tysięcy ludzi.

Specjalne patrole przechwytywały uciekinierów z głodujących wsi.
Chłopi, którzy się opierali trafiali na Syberię lub do Kazachstanu.
   Aby ograniczyć zatrzymania osób niewinnych, władze wprowadziły nowe paszporty dla mieszkańców miast. Nowy dokument otrzymało, w ciągu jednego roku, blisko 27 milionów „porządnych” obywateli. 70 tysięcy mieszkańców Moskwy, którym odmówiono wydania paszportu musiała opuścić miasto. Specjalne jednostki milicji wyłapywały osoby nieposiadające paszportu. W samej tylko Moskwie i Leningradzie aresztowano ponad 150 tysięcy „elementów niebezpiecznych dla dzieła komunizmu”. Ludzie ci zostali wysłani na odległe pustkowia kraju. Liczba osób przesiedlonych szybko przekroczyła milion. Władze wiedziały, że zdecydowana większość tych ludzi nie przeżyje zesłania. Liczono jednak na to, że przed śmiercią ludzie ci przygotują niegościnną tajgę pod uprawę roli i wybudują nowe miasta.

   Kolejną wielką czystkę na moskiewskich i leningradzkich ulicach rosyjskie władze postanowiły przeprowadzić pod koniec kwietnia 1933 roku, przed zbliżającym się „świętem pracy”, przypadającym na dzień 1 maja. Milicja otrzymała zadanie pozbycia się „niepożądanego elementu” w trybie natychmiastowym. Ze swojego zadania wywiązała się nad wyraz skutecznie. 1 maja 1933 roku blisko 6 tysięcy aresztowanych osób zostało skierowanych do obozu przejściowego w Tomsku (ponad 3600 km na wschód od Moskwy), przeznaczonego dla „osadników specjalnych na Syberii”. Stamtąd przewieziono ich 800 km na północ – na wyspę Nazino. Historia o tych wydarzeniach była tak przerażająca, że nigdy miała nie ujrzeć światła dziennego. Tylko nieustępliwa postawa jednego z partyjnych propagandzistów sprawiła, że świat poznał historię Nazino, którą miejscowy lud Ostiaków, przez następne dziesięciolecia, nazywał „wyspą Śmierci” lub „wyspą kanibali”.

WINNI BEZ WINY

Matwiej Dawydowicz Berman (1898-1939).
Naczelnik Zarządu komunistycznych obozów
koncentracyjnych Gułag NKWD w okresie
od czerwca 1932 do sierpnia 1937.
   Przygotowując się do obchodów „święta pracy”, służby odpowiedzialne za oczyszczenie miasta z „elementów wrogich socjalizmowi” otrzymały konkretną normę ilościową. Do obozu w Tomsku trafić miało 6 tysięcy osób. Czas uciekał, więc rozpoczęto akcję kompletowania grupy ludzi objętych przymusową deportacją.

    W pierwszej kolejności do transportu skierowano więźniów skazanych wcześniej na karę do 5 lat pracy w obie oraz wyznaczeni przez władze miast „ciężcy kryminaliści”. W rzeczywistości byli to drobni przestępcy, sądzeni głównie za kradzieże i przemyt. Potem zaczęły się aresztowania włóczęgów oraz rozkułaczonych chłopów, którzy po opuszczeniu swoich wiosek nie znaleźli zatrudnienia w miejskich fabrykach. Oni wszyscy nie mieli dokumentów, pozwalających pozostać im na terenie Moskwy i Leningradu.

   Posiadanie paszportu, wbrew pozorom, nie uchroniło niektórych ludzi przed aresztowaniem. W pierwszym transporcie do Nazino znalazło się wiele osób, które ten paszport posiadały – o ich losie przesądził tylko fakt braku tego dokumentu przy sobie w momencie kontroli. Zatrzymywano wszystkich bez wyjątku, zarówno wzorowych członków komunistycznej partii, jak i osoby, które w Moskwie i Leningradzie znalazły się jedynie przejazdem. Nazwiska tych nieszczęśników zachowały się w moskiewskim archiwum…

   Władimir Nowożyłow, trzykrotny przodownik pracy w moskiewskiej fabryce „Kompriesor” pracował jako kierowca. Miał żonę i dziecko. Cała rodzina była prawidłowo zameldowana w Moskwie. Pewnego dnia wybierał się z żoną do kina. Gdy kobieta przygotowywała się do wyjścia, Władimir wyszedł kupić papierosy. Sklep był niedaleko, więc paszport zostawił w domu. To był błąd – został natychmiast aresztowany i deportowany. Podobny los spotkał Nikołaja Wolkina, członka partii komunistycznej i robotnika w fabryce „Czerwony tkacz”. On również był przodownikiem pracy. Nie miał przy sobie paszportu, gdy szedł na stadion obejrzeć mecz piłkarski. Igor Masłow, członek partii i pracownik miejskiej gazowni organizował w domu imprezę urodzinową, na którą zaprosił swojego szwagra oraz kolegę z pracy. Gdy skończyła im się zakąska, wyszli do sklepu. Wszyscy trzej nie zabrali paszportów. Aresztowani, trafili najpierw do Tomska, potem na wyspę Nazino.

Mapa obwodu tomskiego z zaznaczoną wyspą Nazino.
   Wśród ludzi z transportu byli też obywatele radzieccy, którzy swój paszport posiadali, a w Moskwie pojawili się tylko przejazdem podczas podróży służbowej. NKWD zatrzymywało wszystkich bez wyjątku. Mieli wykonać plan, więc go wykonywali bez zbędnych sentymentów. Ich ofiarami padały również dzieci. Pewna 12-letnia dziewczynka podróżowała ze swoją matką pociągiem. Podczas postoju na dworcu w Moskwie matka wysłała córkę, aby ta kupiła coś do jedzenia. Już nie wróciła, a jej nazwisko znalazło się na liście z Nazino. Podobnie było z 13-letnią Różą Rachamietsanową. Na peronie w Leningradzie czekała na pociąg do Moskwy. Jej matka oddaliła się tylko na chwilę, kupić chleb na dalszą podróż. Gdy wróciła, po Róży nie było już śladu. Dziewczynka została aresztowana za włóczęgostwo i przewieziona do Tomska.

   Zły los nie oszczędził nawet żony wysoko postawionego oficera wojskowego. Galina Gorgunowa, żona komendanta i rezerwisty z krążownika „Aurora” została aresztowana, gdy przejeżdżała przez Moskwę, w drodze do swojego domu w Leningradzie. Miała paszport i ważny bilet. Była w ciąży. Nie pomogły płacze i tłumaczenia. Czy Galina Gorgunowa straciła swoje dziecko, czy urodziła na wyspie Nazino? Tego już nigdy się nie dowiemy…

Zdjęcie satelitarne przedstawiające wyspę Nazino (kolor żółty). Na północ od wyspy znajduje się obecnie wieś Naziono.
W roku latach 30. XX wieku wieś znajdowała się po drugiej stronie, na południe od wyspy.


DYLEMATY NACZELNIKA CEPKOWA

Wyspa Nazino na fotografii z pierwszej połowy XX wieku.
   Wszystkich zatrzymanych, których zamierzano skierować na wyspę Nazino, po krótkim pobycie na specjalnie wyznaczonym posterunku przewieziono specjalnymi konwojami to obozu przejściowego w Tomsku. Zatrzymanym nie pozwolono nawet zawiadomić najbliższej rodziny. Tych, którzy mieli odwagę protestować, uspokajano mówiąc, że wszystkiego dowiedzą się na miejscu i właśnie w Tomsku ich przypadek zostanie wyjaśniony.

   Deportowanym natychmiast zarekwirowano wszystkie dokumenty. Niektórym obywatelom udało się jednak je ukryć i zachować. Nie na długo. Wkrótce, pod groźbą pobicia (a nawet śmierci), musieli je oddać zwykłym kryminalistom, którzy wyrywali z dokumentów kartki papieru i robili z nich papierosy.

   Pierwszą informację o przybyciu transportu z więźniami do Nazino odebrano w komendanturze Aleksandro-Wachowskaja już w lutym 1933 roku, a więc na 3 miesiące przed planowaną akcją masowych aresztowań. Już wtedy władze radzieckie znały dokładną liczbę osób będących dopiero zatrzymanych. Pierwszy transport miał dotrzeć w lipcu i składać się z kilku tysięcy „elementów zdeklasowanych” z Tomska oraz dwóch tysięcy przymusowych osadników, skazanych za „przestępstwa dyscyplinarne”.

   Komendantura Aleksandro-Wachowskaja położona była na północy kraju. Kompletne odludzie nie było nawet w najmniejszym stopniu przygotowane na przyjęcie osób deportowanych. Brakowało wszystkiego. Nawet pracownicy komendantury całą księgowość spisywali na kawałkach kory brzozowej, ponieważ brakowało papieru.

Zachodnie wybrzeże wyspy Nazino. Prawdopodobnie w tym miejscu
przybiły do brzegu barki z zesłańcami w roku 1933.
   Wszelkie przygotowania do przyjęcia nowych osadników przymusowych miały się rozpocząć w czerwcu, gdy tylko zacznie się odwilż. Tymczasem już 5 maja naczelnik komendantury Dmitrij Aleksandrowicz Cepkow otrzymał kolejną wiadomość z centrali. Informowała ona, że pierwszy transport przybędzie z Tomska już za kilka dni. Cepkow wpadł w panikę. Szybko zwołano specjalne spotkanie, na którym próbowano rozwiązać problem. Jednak najważniejsze pytania pozostały bez odpowiedzi. Co deportowani będą jeść? Gdzie zamieszkają? Gdzie ich wysłać do pracy?

   Cepkow nie otrzymał obiecanej wcześniej listy osób. Spodziewał się jednak, że przybędą najzwyklejsi bandyci. Wszyscy pracownicy komendantury byli zgodni w jednej kwestii – nie można „szkodników społecznych” zakwaterować w pobliżu wioski Nazino. Przypuszczano, że przysłani kryminaliści wywrócą do góry nogami życie lokalnych mieszkańców. Podczas późniejszej komisji śledczej Cepkow zeznał:
„Całe życie pracowałem na wsi. Spanikowałem, kiedy się dowiedziałem, że mam się zająć szkodnikami społecznymi z miast. Nigdy nie byłem w mieście. Wszyscy u nas byli zgodni, co do tego, że nie można takich bandytów wypuścić w pobliżu wioski. Jeśli by do tego doszło, tamci ludzie obróciliby to miejsce w perzynę. Zaczęliby kraść, rabować i mordować mieszkańców.”

   Władze sowieckie już wcześniej zadbały o to, aby wyrobić u naczelników odpowiednie zdanie na temat osób deportowanych. W taki sposób niewinni ludzie stawali się nagle najgorszymi kryminalistami i zbrodniarzami. Choć oczywiście i takich ludzi w transportach nie brakowało.

   Po krótkich naradach Cepkow wraz ze swoimi zastępcami wybrali miejsce na zakwaterowanie więźniów. Wyspa Nazino znajdowała się na wysokości wioski o tej samej nazwie, po środku rzeki Ob, w syberyjskim okręgu tomskim – około 70 kilometrów od Aleksadrowskoje. Dzika, bagienna wyspa, porośnięta rzadko topolami miała stać się domem dla blisko 5 tysięcy przymusowo deportowanych więźniów. Dla wielu z nich – ostatnim domem…

Współczesny widok brzegu na wyspie Nazino, z widocznym krzyżem upamiętniającym ofiary „czasów bezbożnych”.


„WYPUŚĆCIE ICH, NIECH SIĘ PASĄ!”

Miejscowy lud syberyjskich Ostiaków, dzisiaj nazywanych Chantami.
Fotografia z początku XX wieku.
   18 maja 1933 roku do Nazino dopłynęły 4 barki, na których znajdowało się 4915 osób. Przedstawiciele lokalnej komendantury do późnego wieczora liczyły przywiezionych. Na ląd wysiadło łącznie 4556 mężczyzn i 332 kobiety. Z barek wyniesiono także zwłoki 27 więźniów. Nie przeżyli oni trudów podróży. Ich ciała wrzucono do rzeki Ob.

   Ludzie byli w opłakanym stanie. Jedna trzecia deportowanych nie mogła ustać na własnych nogach. Naczelnik Cepkow był zszokowany:
„Ujrzałem niemal nagich szaleńców. Bez żadnych zapasów. Nie mieli kubków i łyżek. Część z nich nie miała nawet butów. Stali z pustymi rękami.”

   Na wyspie nie było żadnych budynków. Mimo przeraźliwego mrozu, skazańcy nie mieli ciepłej odzieży. Nie było również warunków do spania. Brakowało narzędzi do pracy i żywności. Nikt z komendantury nie przejawiał również żadnej chęci pomocy tym ludziom. Nie zrobiono nic, aby w jakikolwiek sposób przystosować Nazino do zamieszkania. Nawet nie próbowano. Po wyładowaniu z barek ostatnich ludzi Cepkow krzyknął do swoich zastępców:
„Wypuście ich, niech się pasą!”

   Jedyna rzeczą, jaką lokalne władze zrobiły dla więźniów było przywiezienie dla nich mąki na chleb. Nie było jednak miejsca, w którym można ją było magazynować. Postanowiono więc rozsypać 20 ton mąki na brzegu wyspy. Skazańcy mieli sami sobie piec chleb – nikt jednak nie pomyślał wcześniej o wybudowaniu na wyspie pieców. Zabrano się za to już po przybyciu więźniów. Próbowano budować prymitywne gliniane piece, jednak zmarznięta ziemia skutecznie to uniemożliwiła. Naczelnik Cepkow zdecydował wtedy, że mąka zostanie wydzielana indywidualnie. Doszło do przeraźliwych scen – ludzie zaczęli się nawzajem tratować.

Ostiacy (Chantowie) współcześnie w swoich regionalnych strojach.
Pamieć o tragicznych wydarzeniach z Nazino przekazywana jest
wśród tych ludzi z pokolenia na pokolenie.
   Głodni i zmarznięci więźniowie przepychali się, bili, tratowali, a nawet gryźli – wszystko, aby tylko przedostać się bliżej wydających mąkę strażników. Tym, którzy mieli szczęście strażnicy wydzielali mąkę. I tu pojawił się kolejny problem, przesiedleńcy nie mieli żadnych naczyń. Wsypywano więc mąkę wszędzie, gdzie tylko się dało – do kapeluszy lub butów. Najczęściej jednak mąką lądowała w gołych dłoniach. Co zrobić jednak z mąką, jeśli nie można z niej upiec chleba? Ludzie próbowali mieszać ją z lodowatą wodą z rzeki i pić. Doprowadziło to wielu przypadków zachorowania na czerwonkę.

   Kto nie zdążył pobrać swojej porcji od razu, ten mógł nie dostać jej wcale. Dystrybucję mąki przejęli urkowie, czyli znajdujący się wśród więźniów kryminaliści. Od tego momentu, aby otrzymać porcję, trzeba było oddać buty lub część garderoby. Wielu ludzi nie miało już jednak nawet tego…

   Rozsypaną na brzegu mąkę szybko przykrył padający śnieg. W taki sposób skończyły się jedyne zapasy pożywienia, znajdujące się na Nazino. W oczy więźniów zajrzał potworny głód, a w głowach pojawiły się najczarniejsze myśli o tym, co zrobić, aby się najeść. Wkrótce te myśli miały się stać makabryczną rzeczywistością…

STRAŻNIKÓW ZABAWY W ŚMIERĆ

Dokument zawierający informacje na temat liczby osób postawionych przed sądem
w biurze Komendantury Aleksandro-Wachowskaja, w okresie
od maja do sierpnia 1933 roku, w związku ze sprawą „Nazino”.
   Do nowych warunków na wyspie najszybciej przystosowali się zdegenerowani kryminaliści. Wkrótce wśród nich utworzyły się bandyckie gangi. Ich ofiarami padały najczęściej osoby posiadające złote zęby. Zabijano ich, a wyrwane złoto wymieniano u strażników na tytoń. Z raportów sporządzonych przez dwóch lekarzy i felczera jasno wynika, że pierwsze gangi powstały jeszcze na barkach podczas transportu. Przestępcy kradli innym więźniom chleb i odzież. Dochodziło także do pobić.

   Strażnicy szybko zaprowadzili na wyspie rządy terroru. Bez wahania zabijali każdego, kto posiadał cenna dla nich rzecz. W ten sposób strażnicy zdobywali płaszcze i buty więźniów. Mimo brutalności i bezwzględności strażników, skierowanej wobec wszystkich zesłańców, faktyczną władzę na wyspie przejęły gangi. Ludzie zaczęli ginąć bez śladu. Nawet lekarze bali się wychodzić ze swoich namiotów. Praktyka wyrywania złotych zębów rozwinęła się w prawdziwy handel. Znajdowane na wyspie ludzkie zwłoki często miały okaleczone szczęki.

   Komendanci nie zachowywali się lepiej niż zdegenerowani strażnicy lub urkowie. Często swoja bezwzględnością i brutalnością zdecydowanie ich przewyższali. Uważali się za „panów życia i śmierci”. Często powtarzali więźniom, że dla wszystkich deportowanych to „właśnie oni są Stalinem”.

   W raportach komisji śledczej zachowały się relacje o przerażających zabawach niższych rangą komendantów, polegających na torturowaniu więźniów. Jeden z nich wykorzystywał więźniów jako „wioślarzy”. Tych, którzy wiosłowali źle – wrzucał do lodowatej wody. Śmierć w takich warunkach następowała po kilku minutach. Bicie stało się codziennością, podobnie jak wyłudzania ubrań i butów za obietnicę otrzymania jedzenia.

   Część z deportowanych osób miała jeszcze na tyle siły i odwagi, by spróbować ucieczki. Z kilku suchych konarów budowali prymitywne tratwy i starali się płynąc z nurtem rzeki. Większość uciekinierów jednak szybko tonęła. Inni ginęli od kul strażników. Naczelnik Cepkow, po pierwszej próbie ucieczki, wydał bezwzględny rozkaz strzelania do uciekinierów bez żadnego ostrzeżenia. Rozkaż Cepkowa dał komendantom sposobność do urządzania kolejnych zabaw, takich jak polowania, w których zwierzyną łowną byli więźniowie…

WYSPA KANIBALI

Krzyż na wyspie Nazino, postawiony przez miejscowe
władze w roku 1993. Upamiętnia on wszystkie ofiary
tragicznych wydarzeń z maja 1933 roku.
   Po niecałym tygodniu od momentu przybycia zesłańców na wyspę pojawiły się pogłoski o pierwszych przypadkach kanibalizmu. Strażnicy zaczęli odnajdywać zmasakrowane ludzkie zwłoki z charakterystycznymi obrażeniami – ciała pozbawione były niektórych organów wewnętrznych. Najczęściej brakowało wątroby, serca i płuc. Ludzie umierali w coraz szybszym tempie. Tylko jednego dnia – 21 maja – naliczono aż 70 odnalezionych zwłok. 5 z nich miało wycięte serca, wątrobę i płuca. Kilku innym brakowało piersi i łydek. Jedne zwłoki pozbawione były głowy i genitaliów. Wśród ludzi zaczęła się walka o przeżycie. Zanikły wszelkie oznaki moralności, człowieczeństwa i współczucia. Każdy chciał przeżyć. A żeby przeżyć – trzeba było jeść!

   Ani strażnicy, ani komendanci nie reagowali. Nie podjęto żadnych działań w celu zapobiegania aktom kanibalizmu wśród zesłańców. Pojawił się też problem natury prawnej – kodeks karny w ZSRR nie przewidywał kary za kanibalizm, więc strażnicy nie chcieli traktować nekrofagii jako przestępstwo. Obozowi lekarze robili wszystko, aby zbagatelizować akty ludożerstwa. Według nich więźniowie dopuszczali się kanibalizmu, ponieważ „do tego nawykli” oraz „od dawna je praktykowali”. W swoich notatkach zapisali, że kryminaliści nie rozpoczęli aktów kanibalizmu na wyspie, a jedynie swoje upodobania do ludożerstwa przenieśli tutaj.

   Sugerowali oni nawet wprost, że kanibalizm więźniów wiązał się ściśle z ich starym zwyczajem. Polegał on na tym, że uciekinierzy z wyspy zabierali swoją „krowę”, która w żargonie przestępczym oznaczała najczęściej młodego więźnia, którego starsi kryminaliści namawiali na ucieczkę. Młody więzień godził się na to, nie wiedząc, że wkrótce stanie się „krową” – posiłkiem dla starych urków w momencie, gdy uciekinierom skończy się żywność. Młode „krowy” zjadane były najczęściej na surowo, gdyż więźniowie nie rozpalali ognisk w obawie przed wytropieniem. Ponura i niegościnna „wyspa śmierci” w ciągu niespełna tygodnia stała się „wyspą kanibali”

KOBIETA, KTÓRA WIDZIAŁA ZA DUŻO

   Sytuacja na wyspie pogorszyła się 25 maja 1933 roku, gdy przybył kolejny transport z więźniami. Tym razem 1500 „elementów zdeklasowanych” wyprowadzono na brzeg. Ich stan zdrowia był jeszcze gorszy niż pierwszej grupy. To głównie nowi więźniowie stali się kolejnymi ofiarami kanibali z Nazino. W pierwszej kolejności ginęły młode kobiety. Po śmierci z ich ciał odcinano wszystkie miękkie części, które następnie gotowano i zjadano.

Fotografia z lat 30. XX wieku przedstawiająca Ostiaka z łukiem.
Być może mężczyzna ten był świadkiem wydarzeń na wyspie Nazino.
   Taissa Michajłowna Czokariewa, mieszkanka pobliskiej wsi, była naocznym świadkiem scen, które rozgrywały się na wyspie Nazino. W roku 1989 opowiedziała po raz pierwszy o tym, co wtedy zobaczyła:
„Idąc przez wyspę widziało się mięso zawinięte w szmaty. Pokrojone ludzkie mięso zwisało z drzew.”

   Czokariewa przedstawiła również wstrząsającą relację o młodym strażniku, Kostii Wanikowie, któremu spodobała się jedna z więźniarek. Między chłopakiem i dziewczyną nawiązała się pewna nić sympatii. Wanikow pomagał kobiecie i troszczył się o nią, jak tylko mógł. Pewnego dnia został oddelegowany z wyspy na kilka dni. Poprosił wtedy innego strażnika, swojego kolegę, o to, aby ten zaopiekował się więźniarką. Tymczasowy protektor niewiele mógł jednak zrobić w obliczu wielu wygłodniałych ludzi. Inni więźniowie schwytali kobietę i przywiązali ją do topoli. Następnie odcięli jej piersi i inne miękkie części ciała, które dało się zjeść. Gdy wrócił Kostia Wanikow, przywiązana do drzewa kobieta jeszcze żyła. Próbował ją ratować, ale na próżno. Więźniarka wykrwawiła się na śmierć.

   Nawet lekarze nie mogli się czuć bezpiecznie. Jeden z nich, Jakim Iwanowicz, został cudem uratowany przez strażnika tuż przed zabiciem i zjedzeniem. Kilka dni później przerażony opuścił wyspę. Komendanci nie mogli dłużej ignorować tego, co działo się na Nazino. Pierwszy udokumentowany przypadek ludożerstwa zanotowano w protokole w dniu 29 maja 1933 roku. O morderstwo i kanibalizm oskarżono 3 mężczyzn, w wieku od 20 do 30 lat. Osadzono ich w więzieniu w Aleksandrowskoje. Kolejnych 3 więźniów schwytano 2 dni później. Zostali skazani na śmierć, a wyroki natychmiast wykonano.

„MILCZENIE BYŁOBY BŁĘDEM”

   31 maja na wyspę powrócił naczelnik Cepkow, który wcześniej poinformowany został o sytuacji na Nazino. Towarzyszył mu sekretarz partii obwodu Aleksandrowskoje, niejaki Własow. Sporządzili oni raport o wydarzeniach z wyspy, który następnie przesłano do biura partii. Po zapoznaniu się ze sprawą postanowiono przenieść wszystkich deportowanych w „bardziej odpowiednie miejsca”.

Notatka Wassilija Arseniewicza Wieliczki na temat wyników jego
śledztwa w sprawie wydarzeń na wyspie Nazino, wysłana do Stalina.
Dyktator otrzymał ten dokument 30 września 1933 roku.
   W tym samym czasie wśród więźniów pojawił się tyfus, który doprowadził do wielu zgonów. Na początku czerwca 1933 roku ocalałych z wyspy umieszczono w pięciu lokalizacjach, położonych w górę rzeki Ob, w odległości około 120 kilometrów na północ od Nazino. W drodze do nowych miejsc zmarło kilkaset osób. W ciągu następnych dni z wyspy ewakuowano większość więźniów. 12 czerwca pozostało tam ostatnich 157 osób, które były jednak zbyt chore, aby mogły zostać wywiezione. Pozostawiono ich samych na pewną śmierć.

   Łącznie z wyspy Nazino przeniesiono 2856 osób. W trakcie podróży do nowych miejsc zesłania zmarło wielu ludzi. Dokładna liczba ocalałych z „wyspy śmierci” nie jest znana. Ludziom, którzy przeżyli ten koszmar nie pozwolono wrócić do domów. Zostali zesłani dalej na północ i kolejny raz pozostawieni sami sobie. Ich dalsze losy wciąż pozostają nieznane…

   Gdy wiadomości o Nazino dotarły do najwyższych władz sowieckich, dygnitarze partyjni postanowili zrobić wszystko, aby tylko nie doszło do przecieku. Początkowo im się to udawało, ale wtedy pojawił się młody i energiczny urzędnik komunistycznej partii – Wassilij Arseniewicz Wieliczko – instruktor partyjny, propagandzista i korespondent lokalnej gazety w obwodzie Aleksandrowskoje. Usłyszał plotki o przerażającej historii „wyspy kanibali” i postanowił przeprowadzić własne śledztwo. Dotarł do mieszkańców wsi Nazino, a także do nielicznych ocalałych więźniów, których odnalazł w innych miejscach zesłania. Przesłuchał również naczelnika Cepkowa oraz strażników.

   Choć zaangażował się emocjonalnie w badaną przez siebie sprawę, to nie zakwestionował w swoim raporcie sensu deportacji, a nawet ja popierał i uważał za konieczną. Nie uważał polityki masowych wysiedleni za zbrodnię. Chodziło mu jedynie o zwrócenie uwagi na fakt, że zarówno podczas deportacji, jak i później na wyspie Nazino ucierpiało wielu niewinnych funkcjonariuszy partyjnych, którzy zostali aresztowani i przesiedlenie przez pomyłkę. Wieliczko miał również odwagę przesłać swój raport do samego Józefa Stalina, do którego napisał:
„Zdaje sobie sprawę, że jako autor tego listu biorę na siebie ogromną odpowiedzialność. Być może nie znam wszystkich szczegółów, ponieważ moje informację pochodzą ze źródeł nieoficjalnych – to prawda. Jednak moje milczenie byłoby błędem.”

   Stalin list ten otrzymał 30 września i od razu rozkazał przesłać jego kopię najwyższym partyjnym dygnitarzom. Wkrótce powołano specjalną komisje śledczą, mająca na celu zbadanie wydarzeń opisanych przez Wieliczkę.

POSTSCRIPTUM…

Tabliczka na krzyżu z Nazino, oddająca hołd ofiarom.
   W specjalnym raporcie komisji śledczej z dnia 31 października 1933 roku stwierdzono, że „w zasadniczych kwestiach” fakty przytoczone przez towarzysza Wieliczkę były zgodne z prawdą. W związku z tym kierownictwu partyjnemu z obwodu Aleksandro-Wachowskaja udzielono surowej nagany. Mimo to, wielu dygnitarzom nie przeszkodziła ona w dalszej karierze partyjnej. Urzędników niższego szczebla ukarano surowiej. Naczelnik lokalnej komendantury Dmitrij Aleksandrowicz Cepkow, odpowiedzialny za przyjęcie więźniów w swoim obwodzie został zwolniony z pełnionych przez siebie funkcji. Cepkow, który podczas przesłuchań przed komisją, krytykował swoich przełożonych, został skazany na rok pracy w obozie.

   Historia wyspy Nazino po raz pierwszy ujrzała światło dzienne po koniec lat 80. XX wieku, gdy historycy uzyskali dostęp do radzieckich archiwów.

   W roku 1993 na wyspie Nazino miejscowe władze postawiły krzyż, oddając tym samym hołd wszystkim ludziom, którzy zostali zesłani tam w roku 1933. Napis na krzyżu głosi:
Со святыми упокой
Господи души всех
здесь невинно убиенных
в годы безбожия 
(„Za święty spokój
u Boga dusz wszystkich
tu niewinnie zabitych
w latach bezbożności”)


7 komentarzy:

  1. To, co ci ludzie wycierpieli nie mieści się w żadnych granicach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Imperium NIE upadło pod koniec lat 80.XX w.
    Skoro "Prawda o Nazino wyszła na jaw dopiero pod koniec lat 80. XX wieku" to prawdopodobnie stało się to na fali gorbaczowowskiej pierestrojki, kiedy jeszcze nikt powszechnie nie przypuszczał, że to w ogóle może być możliwe, żeby Związek Radziecki się rozpadł. ZSRR rozpadł się dopiero na początku 90. lat XX w.

    OdpowiedzUsuń
  3. A my narzekamy,że nam ,źle i żremy się między sobą o Kaczora czy Donka. Żałosni jesteśmy, za dobrze nam.

    OdpowiedzUsuń
  4. A lewaki tak płaczą cały czas żeby nie zrażać do siebie wspaniałej Rosji i trzymać się z nimi jak z braćmi. Tu mamy jeden z wielu wspaniałych przykładów jaki jest wkład Rosjan w dokonania cywilizacji ludzkiej. I nie wmawiajcie mi że ZSRR i Rosja to co innego. To ty nie rozumiesz.

    OdpowiedzUsuń
  5. Przerysowania sprawiają, że spada wiardygodność.
    "Przeraźliwy mróz" i śnieg w srodku maja - fakt, Syberia jest zimna ale średnia temperatura dla regionu to plus 10 stopni i raczej trudno o śnieg. Przez to reszta też wydaje się być przekłamana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez butów i ciepłego ubrania to nawet przy 10 stopniach jest okropnie zimno, szczególnie w nocy.

      Usuń