niedziela, 24 stycznia 2016

Pacjenci w płomieniach - pożar w Górnej Grupie

   W nocy z 31 października na 1 listopada 1980 roku doszło do tragicznego pożaru w szpitalu psychiatrycznym w Górnej Grupie. Brak wody do gaszenia ognia, zamurowane wyjścia ewakuacyjne oraz pacjenci, uciekający i chowający się przed pijanymi strażakami - to wszystko sprawiło, że szanse na ratunek były niewielkie. W płomieniach zginęło oficjalnie 56 osób. Komunistyczna propaganda mówiła o bohaterskiej walce straży pożarnej z żywiołem, jednak to członkowie personelu medycznego okazali się prawdziwymi bohaterami. Narażając własne życie, wracali po swoich pacjentów tam, gdzie strażacy bali się wejść...


   Szpital w Górnej Grupie, należący do Wojewódzkiego Zespołu Psychiatrycznego w Świeciu, nie cieszył się dobrą opinią. Złe warunki sanitarne oraz wykorzystywanie pacjentów do pracy w sąsiednich gospodarstwach rolnych to nie jedyne mroczne sekrety tego miejsca. Podobno nie wszyscy pacjenci, zamknięci w murach szpitala, byli chorzy psychicznie. Część z nich stanowili ludzie, których nie udało się wtłoczyć w ramy, panującego ówcześnie, systemu. Władze PRL robiły wszystko, aby opinia publiczna nie poznała wstydliwych szczegółów na temat funkcjonowania placówki oraz chaotycznie przeprowadzonej akcji ratowniczej.


SPADEK PO BISMARCKU

Dom misyjny Werbistów w Górnej Grupie, lata 20. XX wieku.
   Na początku XX wieku okazały, trzypiętrowy pałac, znajdujący się we wsi Górna Grupa (niem. Obergruppe) należał do Malwiny von Bismarck, siostry Otto von Bismarcka. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w roku 1918, budynek przejął Urząd Ziemski w Grudziądzu. Pierwszym właścicielem pałacu w niepodległej Polsce był generał Kazimierz Sosnkowski. Po czterech latach pałac wystawiono na sprzedaż. Najlepszą ofertę zgłosiło pięciu katolickich misjonarzy i już w roku 1923 budynek stał się własnością księży werbistów. Kilka godzin przed przejęciem majątku, ktoś podłożył w nim ogień. Sprawcy nigdy nie złapano, jednak we wsi mówiono, że był to "akt zemsty Prusaka". Księża szybko odbudowali uszkodzony kompleks. Do roku 1939 swoją siedzibę miało tu seminarium, gimnazjum i dom rekolekcyjny. Po wkroczeniu wojsk hitlerowskich, Niemcy przejęli pałac, urządzając w nim swój sztab i więzienie. Wkrótce po tym wielu księży zginęło lub trafiło do obozów koncentracyjnych. Po zakończeniu wojny misjonarze odzyskali swój majątek. Nie na długo...

Budynek szpitala w latach 30. XX wieku.
   Nad ranem, 2 lipca 1952 roku, przed budynek misjonarzy podjechały milicyjne ciężarówki. Do drzwi klasztoru zapukało dwóch mężczyzn. Oświadczyli, że zgodnie z decyzją Prezydium Wojewódzkiego Rady Narodowej w Bydgoszczy, seminarium przestało właśnie istnieć. Chwilę później wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Zakonnikom uniemożliwiono poruszanie się wewnątrz budynku, odcięto linię telefoniczną, a z klasztornych cel wyprowadzono zaspanych braci. Po ewakuowaniu księży na dziedziniec, do ciężarówek załadowano zakonny dobytek. Gdy wywieziono zakonników, do akcji wkroczyli pracownicy cywilni, którzy w pocie czoła zaczęli prowizoryczną przebudowę wnętrza budynku. Ogromne sale podzielono na mniejsze za pomocą pilśniowych płyt. Wniesiono i ustawiono szpitalne łóżka. W okna wstawiono kraty, a część wyjść ewakuacyjnych pośpiesznie zamurowano. Przy pracach tych, nawet w najmniejszym stopniu, nie dbano o jakiekolwiek przepisy przeciwpożarowe. Skutki takich zaniedbań okazały się później tragiczne...

   Gdy przebudowa dobiegała końca, z ciężarówek zaczęto wyprowadzać ludzi ubranych w szpitalne piżamy. Byli to pacjenci, u których zdiagnozowano różnego rodzaju choroby psychiczne. Do chorych wkrótce dołączył personel medyczny. Dowódca całej akcji oznajmił nowym mieszkańcom: "To jest wasz nowy dom!", po czym milicjanci opuścili teren klasztoru. Cywilni budowlańcy dokonali ostatnich zmian - ołtarze z przyklasztornej kaplicy zerwano i wyrzucono do chlewu, a nad głównym wejściem zawieszono prowizorycznie wykonana tablicę "Szpital psychiatryczny w Górnej Grupie. Powiat Świecie". W tym samym momencie zniknął klasztor, a w jego miejscu powstała filia największego szpitala psychiatrycznego w ówczesnej Polsce. W oficjalnym komunikacie podano, że misjonarze zostali wyrzuceni z powodu prowadzenia przez nich szkoły bez zgody właściwych władz oświatowych.

Księża Werbiści przed swoim seminarium. Fotografia z sierpnia 1936 roku.

ODWIECZNY PROBLEM SZPITALA

Pacjenci szpitala psychiatrycznego w Górnej Grupie.
   Pacjentów umieszczono na drugim i trzecim piętrze budynku. Na każdym z nich mieściła się jedna duża sala na 50 łóżek i trzy mniejsze, w których umieszczono po 20 pacjentów. Panował taki tłok, że pomiędzy łóżkami nie można było zmieścić szafek. Swoje rzeczy osobiste pacjenci trzymali na łóżkach. W oczy rzucał się wszechobecny brud. Okien nigdy nie otwierano, ponieważ zabezpieczono je nie tylko kratami, ale również hartowanym szkłem. Mało to uniemożliwić chorym wyskoczenie (takie przypadki często miały miejsce w innych placówkach). Długie na 50 metrów korytarze ciągnęły się przez całe piętro. Na ich końcu znajdowało się jedno wyjście na klatkę schodową, prowadzącą na dziedziniec. Nie pozostawiono żadnych dodatkowych wyjść ewakuacyjnych. 

   Osobne wejście na klatkę schodową posiadała część szpitala, w której rezydowała administracja. Boczne skrzydła budynku przerobiono na mieszkania dla personelu. Lekarze, pielęgniarki i pracownicy cywilni mieszkali tam razem ze swoimi rodzinami. Od szpitalnego korytarza oddzielała ich jedynie murowana ściana.

   Od zawsze problemem szpitala w Górnej Grupie była zbyt mała liczba personelu oraz ich niskie kwalifikacje zawodowe. Duża część pielęgniarek i opiekunów miała jedynie wykształcenia podstawowe. Do pracy z chorymi wymagano od nich jedynie ukończenia prostego kursu, który nie obejmował edukacji z zakresu wiedzy o chorobach psychicznych oraz o potrzebach ludzi chorych. Nie uczono ich także, jak zachować się w sytuacjach zagrożenia i jak bronić się przed agresywnymi pacjentami. Z tego powodu, osoby uznane za niebezpieczne, na noc zostawały przywiązywane do swoich łóżek pasami.

SZARA CODZIENNOŚĆ

Chwila odpoczynku w sali.
   Każdy dzień w szpitalu wyglądał tak samo i nie należał do najprzyjemniejszych. Według relacji byłych pracowników, pacjenci zaraz po przebudzeniu ustawiali się w kolejce do wiaderek. Nieprzykryte niczym kubły spełniały rolę przenośnej ubikacji. Co jakiś czas salowy zarządzał przerwę, która potrzebna była na opróżnienie cuchnącej zawartości. Fekalia wylewano na podwórze. Z prawdziwej ubikacji mógł korzystać wyłącznie personel szpitala.

   Wydawanie posiłków zaczynano od ludzi najbardziej chorych - swoje porcje mogli spożyć w łóżku. Ci mniej upośledzeni udawali się do stołówki, gdzie najczęściej dostawali zacierki na mleku, chleb i margarynę. Czasami zdarzało się, że do szpitala dowożono żółty ser i kiełbasę. Nie było to jednak częste zjawisko. Jedyne czego nigdy nie brakowało to marmolada. Na obiady jedzono głównie dwie zupy - krupnik i pomidorową. W niedziele i święta wydawano niewielki ilości mięsa. Bywało, że pielęgniarki przynosiły dodatkowe porcje z domu lub na miejscu piekły ciasta. Personel robił wszystko, aby chorym zapewnić choć część takiego wyżywienia, jakiego nie mogła zagwarantować im administracja szpitala.

Plan pokazujący rozmieszczenie pomieszczeń na jednym z pięter szpitala.
   Po śniadaniu, mniej sprawni pacjenci mogli korzystać ze świetlicy, gdzie grano w szachy, warcaby lub karty. Czasami pozwalano im oglądać telewizję lub spacerować w przyszpitalnym parku. Sprawniejsi mężczyźni udawali się do pracy u pobliskich gospodarzy. Pracowali tam do wieczora za minimalną zapłatę. Gdy pojawiły się pierwsze głosy, że pacjenci są wykorzystywani jako tania siła robocza, lekarze sprytnie nazywali takie usługi ergoterapią, czyli leczeniem przez pracę. Jednak doktor Andrzej Michorzewski, były dyrektor szpitala psychiatrycznego w Świeciu, stwierdził:
"W rzeczywistości chorzy byli często wykorzystywani. Było nawet takie powiedzonko: "Jeden wariat - pół traktora". Zgodnie z prawem chory nie mógł zarabiać więcej niż 70% pensji pracownika PGR"

   Czas wolny po południu nie różnił się niczym od przedpołudnia. Ta sama świetlica i ten sam park. Życie pacjentów w szpitalu z każdym rokiem coraz bardziej przypominało wegetację w więzieniu. Nawet niektórzy salowi nie mieli współczucia dla mężczyzn dotkniętych chorobą umysłową. Gdy pod koniec lat 70. placówkę wizytował doktor Michorzewski, zauważył, że na podłodze w jednej z sal leżeli pacjenci w brudnych piżamach. Niektórzy spali, inni patrzyli w sufit w bezruchu. Gdy zapytał jednego z pracowników o powody takiego leżenia, w odpowiedzi usłyszał:
"Leżą tutaj, żeby nie pobrudzić pościeli i nie zasmrodzić sal. Jeszcze z godzinę poleżą i się umyją - już do spania. Po co mamy ich dwa razy myć?"
NIE CAŁKIEM WARIACI...

Tablica upamiętniająca 46 pacjentów pożaru, których
spalone szczątki złożono w spólnym, bezimiennym
grobie na cmentarzu szpitala psychiatrycznego w Świeciu.
PRL-owskie władze zabroniły umieszczenia na
mogile nazwisk ofiar pożaru w Górnej Grupie.
Ostatecznie nazwiska zmarłych pacjentów znalazły się
tam dopiero po 30 latach, w roku 2010.
   Mieszkańcami Górnej Grupy byli najczęściej pacjenci ciężko chorzy, opuszczeni przez własne rodziny, gdzie wizerunek "wariata" nie pasował do obrazu "idealnej komórki społecznej". Ta grupa mężczyzn nigdy nie wychodziła na przepustki, nie miała odwiedzin. Lekarze mówili o nich, że "mieszkali tu od zawsze i aż do śmierci".  Innym rodzajem pacjentów byli różnego rodzaju szaleńcy i dziwacy. Lekko upośledzeni, nie potrafiący się dostosować do życia. Nawet nie starano ich się wyleczyć. Dziś dobra terapia z całą pewnością pomogłaby tym ludziom wrócić do społeczeństwa i wieść w miarę normalne życie. Jednak w czasach PRL-u władze uważały, że na takie terapie po prostu szkoda i czasu, i pieniędzy. Właściwie stosowano tylko dwa rodzaje leczenia - elektrowstrząsy i leki psychotropowe. Efekt był niemal zawsze taki sam - po kilku latach ludzie zmieniali się nie do poznania, a ich upośledzenie pogłębiało się jeszcze bardziej. Zamiast kuracji - powolna degradacja. Takie były realia szpitali psychiatrycznych w komunistycznej Polsce.

   Ale czy wszyscy pacjenci byli wariatami? Nieoficjalnie mówiło się o sporej liczbie osób, które przebywały w Górnej Grupie, choć nie powinni tam być. Były salowy, Maks Kulaszewski, który w szpitalu przepracował kilkanaście lat tak wspomina o ówczesnych realiach:
"Pamiętam wielu. To nie całkiem wariaci byli. Przysyłali nam też normalnych, a dlaczego? Nie wiem. (...) był milicjant, co zabił swoją żonę. Mówił, że do więzienia nie chcieli go posłać, bo się bali, że go więźniowie zabiją, a jakąś karę musiał ponieść. (...) Było też dwóch braci z Borów Tucholskich, zupełnie normalnych, jeden pracował kiedyś nawet jako księgowy."

   Trafiali tu również tacy, z którymi ówczesny system nie mógł sobie poradzić. Opozycjoniści i nonkonformiści. Oprócz wariatów, przywożono więc do Górnej Grupy takich, z których wariatów trzeba było po prostu zrobić...

OGIEŃ PRZYSZEDŁ NOCĄ

Łóżka szpitalne, wygięte z powodu wysokiej temperatury.
   W piątek, 31 października 1980 roku, nic nie zwiastowało tragedii. Na zewnątrz panował mróz (minus 10 stopni), więc pacjentom nie pozwolono wyjść na spacer. Wieczorem szpitalne życie toczyło się swoim rytmem - jeden z pacjentów się zmoczył i trzeba było go przebrać, inny dostał ataku padaczki. reszta twardo spała. Pielęgniarki myślały już o dniu Wszystkich Świętych i o tym, w będą ubrane następnego dnia, podczas odwiedzania grobów najbliższych. Andrzej Rutkowski, palacz i konserwator, przygotowywał się do snu, gdy nagle w szpitalu zgasło światło. Potem zapaliło sie znowu i ponownie zgasło. W latach 80. takie awarie zdarzały się często, więc nikogo to specjalnie nie zdziwiło. Rutkowski ubrał się i wyszedł, aby włączyć dodatkowy agregat, zapewniający szpitalowi ciągłą dostawę prądu.

   Nagle, około godziny 23:00, do pokoju pielęgniarek przybiegł wystraszony pacjent o nazwisku Alkowski, na którego wszyscy mówili Ali. Wymachiwał rękoma, krzycząc, że się pali. Kobiety roześmiały się tylko i kazały mu wrócić swojego łóżka. Ali był spokojnym i lubianym pacjentem, ale miał jedną wadę - był piromanem. Podczas swojego pobytu w Górnej Grupie kilka razu podpalił różne przedmioty, w tym raz swój materac. Tydzień wcześniej również przybiegł do dyżurki, oznajmiając pielęgniarkom, że wybuchł pożar. Personel spędził wtedy ponad godzinę na szukaniu ognia, którego nie znalazł. Tym razem nikt nie uwierzył Alemu... Alkowski nie dał jednak za wygraną i świadomy swojej reputacji, coraz głośniej alarmował: "Pali się! Pali! To nie Ali!". Bezowocnie...

   Gdy jedna z pielęgniarek poczuła dym, stało się jasne, że tym razem Ali nie żartował. Kobiety pobiegły w stronę oddziału. Próbowały otworzyć drzwi do sali, jednak klamka była już na tyle gorąca, że próba dostania się do środka nie powiodła się. Bożena, jedna z pielęgniarek tak wspominała tamtą chwilę:
"Przez chwilę, pod drzwiami, słyszałam jak chorzy jęczą i tak jakby trzepoczą się po podłodze. Ale dymu było w korytarzu coraz więcej i więcej. I wycofałyśmy się"

   Salowy Kulaszewski był członkiem OSP w Górnej Grupie i jako pierwszy dostrzegł z okien swojego domu łunę nad szpitalem. Natychmiast pobiegł do remizy. Kilka sekund później zawyła syrena i pierwsi strażacy zaczęli przybiegać do oddalonego o 300 metrów szpitala. Powiadomiono straż pożarną w Świeciu, Grudziądzu i Bydgoszczy oraz rozpoczęto próbę gaszenia ognia. W momencie przybycia pierwszych strażaków, palacz Rutkowski kilofem rozwalił murowaną ścianę, która dzieliła jego mieszkanie od szpitalnego korytarza, po czym wszedł do środka, by nieść pomoc ludziom uwięzionym w płomieniach.

Zniszczony szpital, fotografia zrobiona kilka dni po pożarze.


UCIEKAJĄCE OFIARY I PIJANI STRAŻACY

Andrzej Rutkowski, szpitalny palacz i konserwator.
Jeden z bohaterów tragicznej nocy z 31 października 1980 roku.
   Gdy przybyła straż, paliło się już trzecie piętro i strych. Przez spalone drzwi kilkudziesięciu pacjentów wyszło na korytarz. Zbiegli w dół jednak na drugim piętrze, w części dla najciężej chorych, panował chaos. Nie było już prądu, a z powodu dużego zadymienia nie można było oddychać. Ludzie krzyczeli i tratowali się wzajemnie. Strażacy z Ochotniczej Straży Pożarnej nie mieli nawet odpowiedniego sprzętu ochronnego, przystosowanego do ratowania ludzi w zadymionych pomieszczeniach. Niektórzy z nich nie posiadali nawet kasków. Z tego powodu często rezygnowali z przedostania się w dalsze rejony ogarnięte ogniem. Wyprowadzali tylko tych pacjentów, którym o własnych siłach udało się podejść najbliżej wyjścia. Pielęgniarka Ewa, dyżurująca tej nocy na pierwszym piętrze, krzykami próbowała zmusić strażaków do bardziej ofiarnej postawy. Bez rezultatu. Nie myśląc długo, sama chwyciła za latarkę i bez żadnego zabezpieczenia pobiegła w stronę sali, gdzie znajdowali się chorzy, nieporuszający się samodzielnie. Widok, jaki zobaczyła na miejscu, był makabryczny. Pacjenci przywiązani na noc do własnych łóżek, palili się żywcem. Reszta mężczyzn, zamiast uciekać z sali, chowała się pod metalowe łóżka, które pod wpływem ogromnej temperatury wyginały się niczym zrobione z plasteliny. Kilku chorych biegło po korytarzu, paląc się żywym ogniem i przeraźliwie krzycząc. Najbardziej posłusznych pacjentów udało jej się wyprowadzić i oddać w ręce strażaków. Chciała wrócić po resztę, jednak uniemożliwiła to ściana ognia na klatce schodowej, przez którą Ewa nie mogła przejść.

   Około północy w akcji gaszenia brało udział siedem zastępów straży pożarnej. Wodę czerpali ze stawu w przyszpitalnym parku, która jednak szybko się skończyła. Na beczkowozy trzeba było czekać, a każda kolejna minuta przynosiła nowe ofiary.

   Nowo przybyłe jednostki dzieliły się potrzebnym sprzętem i coraz śmielej wchodzili w najniebezpieczniejsze miejsca pożaru. Tak jednak natrafili na przeszkodę, z którą nigdy nie mieli do czynienia. Największą trudnością w ratowaniu ludzi okazali się być najbardziej chorzy pacjenci. Dochodziło do sytuacji, których nie sposób było przewidzieć. Strażacy po wyciągnięciu chorych z palącej się sali, prowadzili ich w stronę wyjścia, gdy nagle uratowani mężczyźni zaczynali się wyrywać i po oswobodzeniu się z uścisku swoich wybawicieli - wracali do swoich sal, prosto w objęcia ognia. Strażacy musieli ponownie wracać tam, skąd przed chwilą wrócili. Dym, jaki wytwarzały materace piankowe był czarny i gryzący, a okna z hartowanego szkła uniemożliwiły dostanie się do budynku z zewnątrz.

Strop szpitala zniszczony przez pożar.
   Zdarzali się również chorzy, którzy już na sam widok strażackiego munduru dostawali nagłego ataku paniki i krzycząc przeraźliwie, uciekali w różne strony, byle tylko nie dać się złapać swoim ratownikom. Łapani za rękę, wcale nie chcieli iść. Byli bezwolni, jakby sparaliżowani strachem. Nagle ktoś wpadł na pomysł, aby strażacy ubrali białe, lekarskie fartuchy. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, nagle pacjenci przestali się bać obcych i chętnie pozwalali się wyprowadzać. Salowi i pielęgniarki bez żadnego lęku udawali się w najdalsze rejony ogarnięte ogniem, robiąc co tylko w ich mocy, by wyciągać ludzi i oddawać ich w ręce strażaków. Akcja ewakuacyjna zdawała się nie mieć końca, zwłaszcza, że niektóre ofiary trzeba było ratować kilka razy...

   Wkrótce po tragedii pojawiły się głosy, że nie wszyscy strażacy wykazali się wzorowym bohaterstwem i odwagą. Według relacji świadków, część strażaków w ogóle odmówiła brania udziału w akcji ratunkowej i nawet nie weszła do palącego się budynku. To nie wszystko... Dyrektor domu kultury w Górnej Grupie, Jan Kalinowski opowiadał otwarcie, jakoby znaczna część członków OSP przybyła na miejsce tragedii w stanie "głębokiego upojenia alkoholowego", czyli strażacy-ochotnicy byli po prostu pijani:
"Dzień przed Wszystkich Świętych prawie w każdym domu byli goście i przed 23 mało kto był trzeźwy. Strażacy potykali się o własne węże, strumień wody ich prowadził. Zdarzali się też tacy, którzy następnego dnia nie pamiętali, że się cokolwiek paliło"

   Przyznaje również, że przed płonący szpital stawiły się co prawda tłumy ludzi, jednak znaczna większość z tych osób nie miała najmniejszego zamiaru ratować kogokolwiek. Byli tam jedynie z ciekawości...

BEZIMIENNI W JEDNYM GROBIE

Pomnik z nazwiskami ofiar pożaru w Górnej Grupie.
   Gdy wyprowadzono już większość pacjentów, na ostatniej kondygnacji zawalił się dach, grzebiąc tych, którzy tam zostali. Kiedy ogień przygasł, strażacy wraz z salowym Kulaszewskim weszli do jednej z sal. Znaleźli tam 26 spalonych ciał. Prawie wszyscy leżeli pod drzwiami, co sugeruje, że chorzy do ostatniej chwili próbowali się wydostać z ogarniętego ogniem pokoju. Część pacjentów wciąż znajdowała się w swoich łóżkach.

   Ciała owijano w co tylko było pod ręką - prześcieradła i koce, a gdy ich zabrakło, używano worków foliowych. Następnie zwłoki wyniesiono na zewnątrz i załadowano do ciężarówki, która zabrała je do Bydgoszczy. Rannych przetransportowano do Świecia. W drodze do szpitala zmarł jeden z pacjentów. Kolejnych trzech (w tym Ali) zmarło tuż po przyjeździe do Świecia. Łącznie z 317 pacjentów zmarło 56. 29 osób zostało poważnie rannych. Pojawiły się jednak głosy, mówiące, że pacjentów przebywających tej nocy w szpitalu mogło być znacznie więcej. Część z nich miała nie być nawet wpisana w rejestr, gdyż "byli oni zdrowi i nie powinno ich tam być". Świadkowie akcji ratowniczej wspominali również o fakcie, że podczas ewakuacji, kilku uratowanych pacjentów miało zamarznąć na śmierć, gdy już na zewnątrz czekali na udzielenie im pierwszej pomocy i odtransportowanie do szpitala.

   W celu przeczesywania pogorzeliska i odnalezienia wszystkich ciał, ściągnięto żołnierzy zasadniczej służby wojskowej. Młodzi chłopcy, którzy zostali zmuszeni do udziału w tej akcji, nie byli w stanie podołać psychicznie temu zadaniu. Podczas wynoszenia zwęglonych szczątek ofiar, jedni płakali, inni wymiotowali. Bez względu na wszystko młodzi żołnierze dzielnie, do samego końca, sprostali trudnemu obowiązkowi...

   Dzień po tragedii do Górnej Grupy zjechali się partyjni dygnitarze. Sekretarz wojewódzki, wojewoda bydgoski, prokurator wojewódzki i najróżniejsi działacze powiatów jednogłośnie obiecywali pomoc rodzinom ofiar i odbudowę uszkodzonego budynku. Specjalnym helikopterem przyleciał wicepremier Henryk Kisiel wraz z wiceministrem zdrowia Tadeuszem Szelachowskim. Zapowiedzieli rozpoczęcie śledztw, mającego wyjaśnić przyczyny pożaru i znaleźć winnych tej tragedii. Wkrótce rozpoczęły się trzy śledztwa - jedno prowadziła prokuratura, drugie komisja wojewody, a trzecie komisja rządowa.

   Trumny z ciałami 46 ofiar złożono w zbiorowym grobie szpitalnego cmentarza 11 grudnia 1980 roku. Bez tabliczek z nazwiskami, bez pomnika. Zabronił tego sekretarz partii ze Świecia. Pozwolono tylko, by na grobie widniała tablica "NN" - bezimienni. Władze PRL-owskie nie chciały pamiętać o zepchniętych na margines społeczny, psychicznie chorych ofiarach pożaru. Wcześniej odrzuceni przez własne rodziny - teraz przez własną ojczyznę...

KOMUNIKAT, KTÓREGO NIE BYŁO

Gazety niewiele miejsca poświęciły na informację o procesie,
który miał odpowiedzieć na pytanie, kto jest winny tej tragedii.
   Za bezpośrednią przyczynę pożaru uznano nieszczelność przewodu kominowego, niedostrzegalną nawet dla doświadczonego kominiarza. Ogień miał się tam tlić nawet kilka dni przed wybuchem pożaru. Iskra wydostała się z komina i upadła na ściółkę izolacyjną. Doszło do niezauważonego pożaru wewnątrz ścian, po czym ogień przepalił sufit i pożar rozprzestrzenił się na cały budynek.

   Po zbadaniu przebiegu tragedii, stwierdzono, że pacjenci mieli niewielkie szanse na przeżycie. W akcji ratowniczej brakowało noszy, hełmów strażackich oraz latarek, nie wspominając już o problemach z wodą do gaszenia. 12 grudnia wszystkie ówczesne dzienniki opublikowały oficjalne oświadczenie rządu:
"Komisja rządowa pod przewodnictwem wicepremiera Stanisława Macha, powołana do ustalenia okoliczności pożaru w Górnej Grupie, należącej do Wojewódzkiego Zespołu Psychiatrycznego w Świeciu, informuje, że w wyniku ofiarnej pracy ludzi i sprawnie zorganizowanej akcji ratowniczej z 319 pacjentów uratowano 266 oraz nie dopuszczono do rozszerzenia się pożaru na cały budynek szpitala. Po zakończeniu wszystkich koniecznych czynności komisja rządowa poda do publicznej wiadomości pełny komunikat."

   Ani słowa nie wspomniano o ofiarach i problemach z niesieniem im ratunku. Nie chciano upubliczniać faktu, że w ówczesnej Polsce nic nie działało tak jak trzeba, nawet Ochotnicza Straż Pożarna. Obiecany przez rząd "pełny komunikat" nigdy się nie ukazał...

   Milicja na początku badała hipotezę podpalenia, którego miałby się dopuścić pacjent Alkowski (Ali), mający skłonności "piromańskie". Nie znaleziono jednak żadnych dowodów na poparcie tej tezy, co doprowadziło do odrzucenia tej wersji. Ostatecznie Prokuratura Wojewódzka w Bydgoszczy oskarżyła zastępcę dyrektora szpitala w Górnej Grupie do spraw ekonomiczno-finansowych Jana Górskiego oraz kierownika działu administracyjno-gospodarczego Mieczysława Chylę. Za niedopełnienie obowiązków służbowych w zakresie ochrony przeciwpożarowej groziło im po 5 lat więzienia. Proces ruszył jesienią 1981 roku. Górski zmarł krótko po rozpoczęciu rozprawy, a Chyla został uniewinniony.

POSTSCRIPTUM...

   Nieodbudowane budynki szpitala stały niezabezpieczone i niszczały aż do roku 1989, kiedy nowa władza oddała je ponownie w ręce księży-misjonarzy. Werbiści wrócili na swoje miejsce i ponownie odbudowali pałac, a historia zatoczyła koło...

   Palacz i konserwator Andrzej Rutkowski mieszkał w przyszpitalnym budynku do roku 1990, a następnie przeniósł się do Grudziądza. Do dziś jest honorowym członkiem jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej w Górnej Grupie.

Dziś budynek byłego szpitala w Górnej Grupie
ponownie należy do księży Werbistów.
   Tragedia w szpitalu psychiatrycznym stała się tematem piosenki Przemysława Gintrowskiego do słów Jacka Kaczmarskiego, zatytułowanej "A my nie chcemy uciec stąd". Tytuł nawiązywał do sytuacji, gdy pacjenci uciekając przed strażakami, biegli z powrotem do swoich sal, gdzie szalał ogień:
"Dym coraz gęstszy, obcy ktoś się wdziera
A My wciśnięci w najdalszy sali kąt
"Tędy!" - wrzeszczy - "Niech was jasna cholera!"
A my nie chcemy uciekać stąd.
 
A my nie chcemy uciekać stąd!
Krzyczymy w szale wściekłości i pokory
Stanął w ogniu nasz wielki dom!
Dom dla psychicznie i nerwowo chorych!"

   W roku 2010 na cmentarzu przy Wojewódzkim Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Świeciu, odsłonięto tablicę pamiątkową, poświęconą wszystkim ofiarom tragedii w Górnej Grupie. Tablicę "NN" zamieniono na inną - z imieniem i nazwiskiem każdego pacjenta, który zginął podczas pożaru. Po 30 latach oddano im należną cześć i pamięć...

12 komentarzy:

  1. To jest przerażająca historia, warta rozpowszechnienia. Gratuluję artykułu, jest świetny! Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Straszna tragedia... Artykuł bardzo ciekawy. Pan Łukasz nie zawodzi :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale trochę racji miała władza, to że ponad 250 osób uratowano to duży sukces. Nie ma co przesadnie tragizować, patrząc na warunki, to akcja ratownicza okazała się naprawdę pomyślna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Nie ma co przesadnie tragizować". To najstraszniejsze zdanie jakie tu przeczytałam.

      Usuń
  4. Witam autora strony! Gratuluje! Pochodze z Grudziadza i pamietam tamten czas. Wstrzasajace sceny i opis tej tragedi dopiero dzis ujrzal swiatlo dzienne, po tylu latach! Pozdrawiam! Zycze wszystkiego dobrego!

    OdpowiedzUsuń
  5. Szpital nadal przepełniony,na salach ciasnota!

    OdpowiedzUsuń
  6. Pierwsi byli OSP grupa ale drudzy co zaczęli ratować to było wojsko ze Świecia,jak oni dojechali to jeszcze woda nie była lana, ponieważ hydranty były zamarznięte.

    OdpowiedzUsuń
  7. Znam to miejsce,byl artykol we FRANCJI, po pozaze ,po tragedji...smutne wspomnienie...ostatnio tam bylam w 1992...nostalgia...

    OdpowiedzUsuń
  8. Jedyny rzetelny artykuł,jaki znalazłam ma ten temat... Piosenka tkwi "zawodowo" i wracam do tej tragedii - choć wtedy miałam tylko 2 lata..-Psychoterapeuta z Poznania

    OdpowiedzUsuń
  9. Tylko dlaczego na początku artykułu piszecie że pacjenci uciekali przed pijanymi strazakami skoro jak pozniej w artykule jest napisane że pijani strażacy nawet nie weszli do budynku. Tym jednym zdaniem na początku artykułu zaznaczacie że wszyscy strażacy piją. A co autor artykułu by zrobił gdy byłby świadomy że nie jest przeszkolony by wejść w ogień a co gorsza nie ma sprzętu by mógł bezpiecznie w niego wejść? Dobry ratownik to żywy ratownik. Zapamiętajcie!

    OdpowiedzUsuń
  10. jaki film mozna by nakrecić na podstawie tych wydarzeń, powstałby polski "Lot nad kukułczym gniazdem"

    OdpowiedzUsuń
  11. Brak mi słów. Cześć pamięci tych biednych ludzi i chwała tym, którzy wiedzieli jak się należy zachować w tej tragicznej sytuacji.

    OdpowiedzUsuń