niedziela, 11 stycznia 2015

Ślepy Maks - dyktator z Bałut

  Był królem łódzkiego świata przestępczego, w którym rządził żelazną ręką. Kradł, zastraszał, wymuszał haracze, dopuścił się nawet kilku morderstw. Na dźwięk jego imienia drżała cała ówczesna Łódź. Nie znosił sprzeciwu i nieposłuszeństwa, a mimo to już za życia stał się legendą. Biedni, żydowscy mieszkańcy łódzkiej dzielnicy Bałuty śpiewali o nim piosenki. Powstała też niezliczona ilość wierszy i ballad, utrwalających jego wyidealizowany obraz. Co sprawiło, że Menachem Bornsztajn, zwany Ślepym Maksem, zwykły gangster i kryminalista, stał się bohaterem ludowym?


   Jedni nazywali go "łódzkim Alem Capone", inni "żydowskim Robin Hoodem" lub "Janosikiem z Bałut". Ludzie, którzy się z nim zetknęli, twierdzili, że na jego pomoc zawsze można było liczyć. W jego życiorysie fakty mieszają się jednak z legendą. Dzisiaj po Bornsztajnie pozostało zaledwie kilka dokumentów i dwa zdjęcia. Trudno już ustalić, co jest prawdą, a co mitem. Kim był Ślepy Maks i czym sobie zasłużył na swoje przydomki?



SPRAWIEDLIWOŚĆ DLA BOGATYCH

Akt urodzenia Menachema Bornsztajna.
Sąd Grodzki w Łodzi, sygn. 6815.
   Menachem Bornsztajn (inne wersje - Borensztajn lub Bornstein) przyszedł na świat w Łęczycy 15 stycznia 1890 roku. Na jego akcie urodzenia widnieją jednak dwie daty, ponieważ w obowiązującym ówcześnie kalendarzu (na terytorium zaboru rosyjskiego), w momencie jego narodził był dzień 7 stycznia. Jego ojciec, Benjamin Bornsztajn, był ulicznym handlarzem i ostrzycielem noży. Matka - Masza z domu Nagórska, oprócz Menachema, wychowywała córkę Gitlę.

   W roku 1900 rodzina Bornsztajnów przeprowadziła się do Łodzi. Zamieszkali na nieistniejącej już ulicy Wąskiej na Bałutach (dzisiejsza ulica Stefana), gdzie przed wojną mieszkali głównie Żydzi. Tutaj Maks poznał prawdziwe oblicze biedy. Brudne ulice, szare rozpadające się domy i wszechobecni żebracy nie dawali nadziei na lepsze jutro. By wspomóc domowy budżet, 10-letni Menachem zaczął pomagać ojcu w jego ulicznym zajęciu ostrzenia noży. Ich współpraca nie trwała jednak długo, a przerwała ją tragednia.

  Pewnego dnia podczas pracy Benjamin zasłabł i tracąc równowagę wpadł pod nadjeżdżającą bryczkę, którą powoził Aron Goldberg - syn Abrahama, znanego łódzkiego bogacza. Aron, wściekły z powodu wypadku, zaczął bić batem rannego na oczach Menachema. Przyglądający się temu wszystkiemu stójkowy (szeregowy policjant w zaborze rosyjskim przed I wojną), nie myśląc długo przyłączył się do wymierzania sprawiedliwości. Widząc, że młody bogacz bije nędznie odzianego Żyda, doszedł do wniosku, że czyniłby tego, gdyby nie miał powodu. Stereotyp zwyciężył i stójkowy kilka razy udeżył Bornsztajna w głowę swoją pałką. Benjamin na wskutek odniesionych obrażeń wkrótce zmarł...

  Matka chłopca szukała sprawiedliwości w cyrkule, gminie żydowskiej, a także u Abrahama Goldberga. Ten jednak nie widział żadnej winy w postępowaniu swojego syna i sprawa utknęła w martwym punkcie. Rodzina Bornsztejnów nie otrzymała również żadnej pomocy finansowej, więc widmo głodu dość szybko zaczęło im zaglądać w oczy.

KRWAWA ZEMSTA 10-LATKA

Krańcówka tramwajowa przy bałuckim rynku. Rewir Ślepego Maksa.
   Po śmierci ojca obowiązek wyżywienia rodziny spadł na 10-latka. Przez pewien czas żebrał na ulicy i pod kościołem. Nie zapomniał jednak o niedawnym incydencie, po którym stracił ojca. Wszędzie, gdzie się pojawiał opowiadał jak stójkowy skatował niewinnego człowieka. Informacje te szybko doszły do uszu policjanta. Obawiając się poniesienia konsekwencji swojego czynu, postanowił uciszyć chłopca raz na zawsze. Gdy na ulicy wypatrzył Menachema, złapał go za rękę i zaciągnął do pobliskiej bramy. Tam, bez żadnych skrupułów zaczął okładać chłopca pałką. Stójkowy prawdopodobnie uciszyłby go raz na zawsze, gdyby nie pojawienie się kolegi Menachema - Staszka Ponety, który nożem zranił oprawcę w rękę. To sprawiło, że katowany chłopiec uwolnił się i szybkim ruchem wyciągnął policjantowi pistolet. Wyprostował się, wycelował i wystrzelił. Stójkowy zginął na miejscu. Osierocony chłopiec zemścił się za śmierć ojca i zrobił to z zimną krwią. Była to pierwsza ofiara Bornsztajna, i jak się okaże - nie ostatnia...

   Menachem nigdy nie odpowiedział przed sądem za ten czyn. Jak to możliwe? Tego nie ustalono. Być może nikt nie uwierzył, że 10-latek potrafiłby bez skrupułów pociągnąć za spust. Wiadomo tylko, że chłopcy uciekli i odtąd Staszek stał się nieodłącznym towarzyszem Maksa, który na skutek ataku stójkowego-sadysty doznał urazu oka, który znacznie pogorszył jego widzenie. Wiele publikacji podaje, że Maks tracił wtedy oko. Nie jest to prawdą. Na oku Menachema, na wskutek uszkodzenia rogówki powstało bielmo, które odtąd stało się znakiem rozpoznaczym przyszłego gangstera.  To dzięki temu wydarzeniu zyskał on przydomek "Ślepy Maks", które w późniejszych latach będzie siało trwogę wśród jego wrogów...

Bałucki rynek. Tutaj Maks zaczynał swoją gangsterską karierę.
Żaden złodziej nie miał prawa nic ukraść bez wiedzy i zgody
Bornsztajna. Jeśli ktoś się wyłamał, kończył szybko i tragicznie.
   Do bandy Maksa i Staszka dołączyło wkrótce kilku innych chłopców - Szaja Magnat, Fajwel Bucik i Szmul Rozenberg. Nie było im spieszno do szkoły, zamiast tego całymi dniami włóczyli się po ulicach i zakamarkach Bałut. Marzyli o sławie, pieniądzach i lekkim życiu, z dala od biedy i głodu. Ich marzenia zaczęły się spełniać, gdy poznali tajemniczego mężczyznę o przydomku Natan Ksiądz. Nie wiadomo kim był. Mówiono o nim, że kiedyś był mnichem w klasztorze Kamedułów. Gdy zrzucił habit został złodziejem. Nie był Żydem ale znał jidisz, więc na Bałutach czuł się doskonale. Szybko stał się dla chłopców idolem i opiekunem. To on nauczył nastolatków jak kraść i kogo. Najbardziej pojętnym uczniem okazał się Maks i wkrótce został przywódcą młodocianego gangu złodziei...

   Nauki Natana Księdza Maks wziął sobie do serca i postanowił polować tylko na grubą zwierzynę. Często powtarzał swoim złodziejskim wspólnikom:
"Jeśli mam przegrać, to tylko w grze o najwyższą stawkę"

   Maks wybrał swój rewir na północ od Nowego Ryku. To tutaj zaczynały się rejony zwane przez mieszkańców "ściekiem Łodzi". W okolicy roiło się od złodziei, gwałcicieli, morderców i różnej maści opryszków. Wśród oceanu biedy Maks czuł się jak ryba w wodzie.

INTERESY Z WROGIEM

Ślepy Maks na ławie oskarżonych.
"Ilustrowana Republika", 16 stycznia 1930 r.
   Na Dworcu Fabrycznym w czasie I wojny światowej (1914-1918), setki wagonów towarowych czekało na transport. Załadowane żywnością i odzieżą dla pruskich pułków stały się łakomym kąskiem dla szajki Ślepego Maksa. Złodzieje porozumieli się z polskimi kolejarzami, którzy z pobudek patriotycznych zaczęli przymykać oko na grasującą bandę. Wkrótce z wagonów zaczęły znikać tony cukru i węgla, a także kamfora, żywność i ubrania. Pod osłoną nocy młodzi mężczyźni uderzali nagle i szybko znikali. Towary, które padały ich łupem, na czarnym rynku osiągały ogromne ceny. Ich głównymi odbiorcami byli dwaj szefowie podziemnego świata: Franek Zielonka, zwany "królem Chojen" i... Aron Goldberg - ten sam, który kilka lat wcześniej przyczynił się do śmierci ojca Maksa.

   Złodzieje byli nieuchwytni. Jednak pewnej nocy niemiecka żandarmeria omal nie zastrzeliła Maksa i jego kompanów podczas rozładunku wagonu z cukrem. Stało się pewne, że ktoś na nich doniósł. Nie wiadomo kto poinformował żandarmów, jednak Maks podejrzewał Zielonkę. Pomimo niechęci do Goldberga i nieustannej żądzy zemsty na nim za śmierć ojca, Bornsztajn postanowił działać mądrze i rozważnie. Dogadał się więc z Aronem i wspólnie postanowili pozbyć się konkurenta. Kilka dni później dwie bandy zakradły się na ulicę Rzgowską, na terenie której mieściły się magazyny "króla Chojen". Obezwładnili wartowników, a następnie podpalili wszystkie składy. To, co uznali za wartościowe załadowali na trzy wagony i rozbijając główną bramę wyjechali w miasto. Zielonka, który po tym ataku już nigdy nie odbudował swojej pozycji, przestał się liczyć i na czarnym rynku w Łodzi pozostało tylko dwóch graczy - Goldberg i Bornsztajn...

KRÓL DINTOJRY, CZYLI SZEF WSZYSTKICH SZEFÓW...

   Gdy skończyła się wojna, nastały nowe czasy. Przedwojenni złodzieje i przemytnicy utworzyli nową klasę społeczną. Ubierali się modnie, ociekali pieniędzmi i kosztownościami. Tworzyli także koligacje rodzinne, aby wzmocnić rodzinne wpływy. Menachem rozumiał, że jeśli chce się zemścić na znienawidzonym konkurencie, musi się do niego zbliżyć jeszcze bardziej. Poprosił więc o rękę jego córki - Gołdy. Maks nie ukrywał nigdy, że nie kochał dziewczyny, ale wybrał ją dla "dobra interesu". Urządzono huczne wesele, na którym bawiła się cała elita łódzkich gangsterów. Gdy impreza dobiegała końca, na salę wdarło się kilku bałuckich opryszków. Chcieli wynieść reszki jedzenia znajdujące się na stołach. Ojciec panny młodej zainterweniował i doszło do rękoczynów. Jeden z nieproszonych gości wyjął nóż i śmiertelnie ugodził Goldberga. Oficjalnie Maks, który przyglądał się całej akcji ze spokojem, nie miał z tym morderstwem nic wspólnego. Szybko jednak w kręgach zaczęła krążyć plotka, jakoby zleceniodawcą zabójstwa był właśnie Bornsztajn. Miał on po prostu z opóźnieniem wyrównać stare rachunki. Korzyści odniósł znacznie więcej - pozbył się groźnego konkurenta, a poprzez małżeństwo z jego córką posiadł ogromny majątek. Każdy kto znał Maksa, wiedział, że nigdy pozwoliłby zakłócić sobie własnego wesela.

Rejestr stowarzyszeń w Łódzkim Urzędzie Wojewódzkim.
Pod poz. 36 wpisana została "Bratnia Pomoc".
   Po śmierci Goldberga, Maks został najpotężniejszym gangsterem w mieście. Postanowił to wykorzystać i zrobić porządek w przestępczym świecie. Chciał rządzić żelazną ręką za pomocą "dintojry".

   "Dintojra" to żydowski sąd polubowny wydający wyroki w sprawach cywilnych, jednak w przestępczym świecie, do którego należał Ślepy Maks "dintojra" oznaczała krwawe porachunki wśród bandyckiej braci. To też był sąd, opierający się jednak o niepisany kodeks przestępczy. Chcąc zalegalizować taką działalność, w roku 1928 powstało w Łodzi stowarzyszenie "Ezras Achim" ("Bratnia Pomoc"). Oficjalnie organizacja ta działała charytatywnie, niosąc pomoc bałuckiej biedocie. W rzeczywistości rolą "Ezras Achim" było pilnowanie, aby przestępcy nie działali na własną rękę i nie łamali zasad kodeksu.

   Maks stał się "królem dintojry", wydającym wyroki w sprawie przestępców, którzy złamali honorowy kodeks. Jednym z takich przypadków była sprawa Feliksa Świtały, zwanego "Trupią Główką". Napadał on z bronią w ręku na bogatych mieszkańców Łodzi, okradał ich i torturował. Wysłannicy Maksa kilkukrotnie dawali mu do zrozumienia, że takie zachowanie nie przystoi szanującemu się przestępcy. Świtała nie posłuchał dobrych rad i kilka dni później wyrokiem "dintojry" został zastrzelony.

MORDERSTWO W OBRONIE WŁASNEJ

Artykuł w "Ilustrowanej Republice"
z 16 stycznia 1930 roku,
opisujący proces Bornsztajna
oskarżonego o zabójstwo Balbermana.
   Tak, gdzie w grę wchodzą duże pieniądze i wpływy, szybko dochodzi do konfliktów. Tak też się stało w "Bratniej Pomocy". Na drodze Ślepego Maksa stanął znany wszystkim sutener i lichwiarz Srul Kalma Balberman. Psuł on reputację świata przestępczego, wykonując wyroki "dintojry" za mniejszą opłatę. Bornsztajn postanowił działać szybko - doniósł dziennikarzom łódzkiego "Expressu" o prawdziwych  powodach założenia organizacji, na czele której stać miał właśnie Balberman. Wybuchł skandal, a Srulem zainteresowała się Policja. Bornsztajnowi grożono śmiercią, więc ten zgłosił się do starostwa grodzkiego, gdzie otrzymał pozwolenie na noszenie broni.

   19 września 1929 roku na rogu ulic Pomorskiej i Wschodniej, tuż przy piwiarni Icka Leipcigera o nazwie "Kokolewole" (później nazwę zmieniono na "Kokolobolo") doszło to starcia dwóch szefów "Bratniej Pomocy". Balberman rzucił się na Maksa, jednak Bornsztajn wyjął rewolwer i kilkukrotnie strzelił do przeciwnika. Podczas ucieczki zastał zatrzymany przez policję w okolicach Placu Wolności.

   Maks na proces czekał w więzieniu. Gdy 16 stycznia 1930 roku rozpoczęła się rozprawa, wydarzeniem tym żyła cała Łódź. Wszystkie miejscowe gazety ze szczegółami rozpisywały się na temat szczegółów procesu. "Ilustrowana Republika" donosiła tego dnia:
"Oskarżony zeznaje z zupełnym spokojem. Opowiada on, że w kilka miesięcy przed zabójstwem Balberman w towarzystwie Szyi Zylberszaca (pseudonim "Magnat") i herszta Matla Paciorkowskiego (pseud. "Bazmak") zgłosili się doń jako delegaci stowarzyszenia "Bratnia Pomoc" i zmusili go do ofiarowania datku rzekomo na posag dla biednych panien. (...) Po drugiej wizycie postanowił on przekonać się, czy kwestarze istotnie asygnują uzbierane pieniądze na rzecz bezposażnych panien. Gdy przekonał się, iż w rzeczywistości cała gotówka idzie do kieszeni kierowników stowarzyszenia (...) o fakcie tym donióśł jednemu z łódzkich pism (...)"

   Bornsztajn sam był kierownikiem stowarzyszenia, więc tak naprawdę zeznawał przeciwko sobie. Dwudziestu kilku świadków tego wydarzenia zeznało zgodnie, że Maks strzelał w obronie własnej. Sąd uwierzył, że w samoobronie można oddać kilka strzałów, nawet gdy ofiara leży już na ziemi w kałuży krwi. Tym samym zapadł wyrok uniewinniający Bornsztajna. Maks natychmiast po wyjściu z sądu udał się do redakcji "Expressu" i osobiście podziękował dziennikarzom gazety. Na koniec powiedział do nich:
"Jak ktoś z was znajdzie się w potrzebie, niech przyjdzie do mnie. Wszystko się załatwi."
Skrzyżowanie ulic Pomorskiej i Wschodniej w miejscu, gdzie znajdowała się piwiarnia "Kokolewole".
Tam Ślepy Maks zastrzelił Balbermana. Sąd uznał, że Bornsztajn działał w obronie własnej.

NA KŁOPOTY... BORNSZTAJN!

   Po zabójstwie Balbermana bała się go cała Łódź, a korzystny dla niego wyrok sądu dał mu w mieście status nietykalnego. Bornsztajn w pełni korzystał ze swojego nowego statusu. Nosił przy sobie nawet wycinki z gazet z artykułami na temat dokonania przez niego zabójstwa swojego konkurenta. Jak sam mówił - na wypadek, gdyby spotkał kogoś, kto go nie zna. "Bratnia Pomoc" była już spalona, więc Maks musiał szukać innego źródła dochodu. W swoim mieszkaniu na ulicy Sienkiewicza 9, otworzył "Biuro Próśb i Podań - Obrona". Jego klientami stali się ubodzy Żydzi z Bałut, którzy ucierpieli z powodu nieuczciwości innych mieszkańców. Za skromną opłatą mogli liczyć na pomoc, powołanego przez Bornsztajna, specjalnego patrolu interwencyjnego, w skład którego wchodziło kilku potężnie zbudowanych dżentelmenów, uzbrojonych w takie narzędzia perswazji jak pistolety, noże i kastety. Na polecenie Maksa, to oni pierwsi wyruszali na pomoc pokrzywdzonym. A skuteczność mieli niemal stuprocentową. Jedną z pierwszych osób, która się o tym przekonała był Leon Goldman, który po swojej nocy poślubnej zniknął z całym posagiem panny młodej. Po spotkaniu z patrolem trafił do szpitala.

Maks był częstym gościem łódzkiego Grand Hotelu.
Handlował tu złotem, a także spotykał się ze śmietanką towarzyską Łodzi.
   W taki właśnie sposób "Biuro Próśb i Podań - Obrona" zyskało sławę w całej Łodzi, a działalność Bornsztajna zdobywała ogromną rzeszę sympatyków. Coraz więcej ludzi zgłaszało się do niego w poszukiwaniu sprawiedliwości. Zatrudnił więc osobistego sekretarza, który porządkował listę klientów. Maks stał się potężny jak nigdy przedtem. Potrafił dowiedzieć się wszystkiego o każdym. Nie sposób było zataić przed nim nawet najmniejszej kradzieży. Do Bornsztajna przychodzili wierzyciele, zwodzeni przez swoich dłużników, kobiety okradzione przez kochanków, pracownicy niesłusznie zwalniani z pracy, a także cała masa ludzi, którzy czuli się pokrzywdzeni. Maks pomagał chętnie i przede wszystkim skutecznie - oczywiście za drobną opłata, choć zdarzały się również przypadki pomocy bezinteresownej. Tak jak wtedy, gdy do Łodzi przyjechał generał Bolesław Wieniawa-Długoszewski. Z jego samochodu ktoś ukradł bardzo drogi koc z wielbłądziej wełny. Wojskowy wezwał szefa łódzkiej policji i rozkazał mu odnaleźć skradziony koc. Policjant zamiast rozpocząć śledztwo, udał się prosto do Ślepego Maksa. Gdy ten dowiedział się, że bez jego wiedzy i zgody, w jego mieście, okradziony został tak znamienity gość, wściekł się potwornie. Wyciągnął swój notes, przekartkował go, zadzwonił i w ciągu kilku minut ustalił nazwisko złodzieja. Następnego dnia generał znalazł swój koc na tylnym siedzeniu swojego samochodu.

   Znany jest także przypadek znakomitego skrzypka żydowskiego, Bronisława Hubermana, który na początku lat 30. pojawił się w Łodzi na gościnnych występach. Zaraz po przyjeździe skradziono mu bardzo cenne skrzypce "Stradivariusa". Prawdopodobnie do kradzieży doszło już na dworcu. Policja nie potrafiła ich odnaleźć, więc jeden z oficerów znowu poprosił o pomoc Ślepego Maksa. Bornsztajn zarządził akcję poszukiwawczą. Po 12 godzinach skrzypce w nienaruszonym stanie wróciły do właściciela. Skrzypek w ramach wdzięczności miał później kilka razy grać Maksowi w jego mieszkaniu podczas obiadu.

Pierwsza strona łódzkiego "Głosu Porannego" z dnia 20 września 1929 roku,
ze szczegółami opisująca krwawe wydarzenie z piwiarni "Kokolewole", podczas
którego Ślepy Maks zastrzelił Srula Kalma Balbermana.
   Takie i inne, podobne przypadki sprawiły, że zrodziła się legenda o szlachetnym Maksie, który wrażliwy jest na cierpienia pokrzywdzonych. Jedni nazywali go "łódzkim Robin Hoodem", inni "żydowskim Janosikiem". Jego czyny opiewane były w ulicznych piosenkach:
"Na Bałutach w swoim domu
Kamienicznik, zwykły drań,
Wdowę krzywdzi, dziatki krzywdzi.
Czy nie będzie siły nań?
Czekaj ty, kamieniczniku,
Krótka będzie władza twa,
Idzie właśnie ślepy Maks
I ci dobrze w dupę da.
 
Wdowa już w swoim mieszkaniu,
Wszyscy w koło cieszą się,
Ślepy Maks swoje zrobił.
Jak to zrobił – każdy wie.
 
Kamienicznik czołga się,
Ślepy Maks mu mordę skwasił,
Oko podbił, zęby wybił,
Morał z pieśni: nie czyń zła."

   Kim był kamienicznik i jaką krzywdę wyrządził biednej wdowie? Dziś już nikt tego nie wie. Nie zmienia to jednak faktu, że w oczach Łodzian Bornsztajn ze zwykłego gangstera zmienił się w ludowego bohatera, niosącego pomoc udręczonym mieszkańcom międzywojennej Łodzi. Menachem, jak przystało na króla podziemnego świata, pojawiał się z najdroższych restauracjach, modnych knajpach i teatrach. Spotykał się z ludźmi z pierwszych stron gazet. Był też honorowym gościem na stadionie ŁKS-u, któremu od zawsze kibicował.

ANONIMY PRAWDY

Nieistniejąca już restauracja "Tivoli" na ulicy Przejazd 3 (dzisiaj Tuwima).
Ulubiona restauracja Maksa, gdzie załatwiał większość swoich interesów.
   Ślepy Maks bardzo dbał o taki wizerunek. Zdarzało się, że podczas spaceru rzucił biedakom garść monet lub wpłacił pieniądze na fundusz dla wdów i sierot. Czasami nakazywał właścicielom kamienic ponowne zakwaterowanie mieszkańców wyeksmitowanych za niepłacenie czynszu. Nie wszyscy dali się jednak nabrać na ten obraz szlachetnego złoczyńcy. Z anonimów, które napływały do policji, wyłania się prawdziwa twarz "bałuckiego dyktatora". Ludzie, którzy znali jego ciemne sprawki donosili, że Bornsztajn, wraz ze swoimi rzezimieszkami, wymuszał haracze, a tych którzy odmówili opłaty - terroryzował. Dopuszczał się szantażu i pobić. Pojawiły się też głosy, że otworzył agencję towarzyską, w której dziewczęta z biednych rodzin były przymuszane do prostytucji. Często brał zapłatę od dwóch zwaśnionych stron, po czym przyznawał rację tym, którzy zapłacili więcej. W relacjach tych znacznie bliżej było mu jednak do Ala Capone niż Janosika. Policja przymykała oczy na jego mniej szlachetną działalność, gdyż było im to po prostu na rękę. Maks oczyszczał miasto z konkurencji i wszelkiej maści opryszków, dzięki czemu policjanci mieli mniej pracy. Wyroki, które wydawał były respektowane przez kupców, drobnych przemysłowców i właścicieli kamienic. Podobno Maks osobiście miał łączyć i rozwodzić małżeństwa, gdy uznał, że sprawa warta jest jego interwencji. Oprócz układów z policją, prawnikami, dziennikarzami i włodarzami miasta, Bornsztajn sprawnie wykorzystywał niechęć żydów do donoszenia o swoich kłopotach "gojskiemu" wymiarowi sprawiedliwości. Miarka się jednak przebrała i również na "króla Dintojry" przyszedł kres...

"JA JESTEM ŚLEPY MAKS!"

Zawiadomienie o skazaniu Bornsztajna w 1935 roku na 5 lat więzienia.
  W sierpniu 1932 roku Starostwo Grodzkie zamknęło jego biuro. Bornsztajn jednak dalej przyjmował zlecenia od swoich klientów. Stał się również arogancki i bezczelny wobec oficerów policji, którzy nachodzili jego mieszkanie. Do jednego z nich miał podobno powiedzieć:
"Pan widocznie nie zna mnie jeszcze. Ja jestem Ślepy Maks, mam w urzędzie stosunki, niech mnie pan tu nie wzywa!"

   6 maja 1935 roku sprawiedliwość zwyciężyła. Tego dnia w łódzkim sądzie okręgowym przy placu Dąbrowskiego rozpoczął się proces Menachema Bornsztajna. Akt oskarżenia liczył 59 stron, a akta śledztwa ponad 1000. Zeznawało 150 świadków - między innymi policjanci, klienci biura, prostytutki, sutenerzy, złodzieje, jego pracownicy i ofiary. Sześc dni później na sali sądowej doszło do sensacji - Ślepy Maks zeznał, że był policyjnym informatorem (konfidentem). Wyszło na jaw, że "król podziemia" współpracował z inspektorem Alfredem Noskiem, z którym często spotykał się w swojej ulubionej restauracji "Tivola" na ulicy Piotrkowskiej. W zamian za policyjną nietykalność wydawał organom ścigania pospolitych bandziorów.

   Maks bronił się zaciekle przed sądem, a jego słowa przytaczała łódzka "Ilustrowana Republika":
"Ja zawsze broniłem słabszych i tych, którym było źle. Teraz mnie wszyscy opuścili i są przeciwko mnie. Dlatego proszę sąd, żeby mnie wziął w obronę."

   Sąd nie dał wiary jego słowom i 20 grudnia marca 1935 roku skazał Bornsztajna na 5 lat więzienia oraz utratę praw obywatelskich. Alfred Nosek za współpracę z gangsterem otrzymał wyrok 18 miesięcy pozbawienia wolności.

   W kwietniu 1939 roku Menachem Bornsztajn został zwolniony z więzienia. W celi spędził trzy i pół roku.

GANGSTERSKA INTUICJA

Nieznane zdjęcie Śłepego Maksa
w "Litzmannstädter Zeitung".
  Zanim wybuchła wojna znaczna część polskich Żydów nie dopuszczała do siebie myśli, że nazistowska polityka odnośnie kwestii żydowskiej dotknie ich osobiście. Nie zmieniały tego nawet sygnały, które coraz częściej docierały do Polski z III Rzeszy. Bornsztajn był bardziej przezorny. Gangsterska intuicja podpowiadała mu, że wraz z niemieckimi wojskami pojawią się kłopoty. Nie chciał na to czekać. O swoich obawach opowiedział dziennikarzowi Adamowi Ochockiemu:
"Tutaj będzie zagłada, koniec świata. Obym nie dożył tej chwili."
  Wojnę zamierzał przeczekać w Związku Radzieckim. W pierwszych dniach września 1939 roku uciekł do Łucka na Wołyniu (dzisiejsza Ukraina). Gdy 17 września inwazji na Polskę dokonała Armia Czerwona, Maks otrzymał propozycję nie do odrzucenia - przyjmie obywatelstwo sowieckie lub trafi do gułagu. Wybrał to drugie, w skutek czego został zesłany do Kazachstanu. Miał tam pracować dopóki nie umrze z wycieńczenia, jednak "Dyktator z Bałut" nie należał do ludzi słabych. Na przekór Sowietom - przeżył...

"Litzmannstädter Zeitung" w dniu 16 maja 1943 roku
opublikował nieprawdziwy artykuł o śmierci
"żydowskiego gangstera" - Śłepego Maksa.
   O jego dalszych wojennych losach nie wiadomo dzisiaj nic. W łódzkiej gazecie, ukazującej się podczas okupacji - "Litzmannstädter Zeitung" - w dniu 16 maja 1943 roku ukazał się artykuł, mówiący o tym, że polski gangster pochodzenia żydowskiego, zwany "Ślepym Maksem" ("Blinder Max"), zginął tuż przed wojną z rąk polskich policjantów. Nie wiadomo skąd niemiecki dziennikarz Adolf Kargel miał taką informację, pokazuje to jednak, że nawet Naziści znali legendarną działalność Bornsztajna. Artykuł ten jest ciekawy z jeszcze jednego powodu. Otóż w gazecie zamieszczono zdjęcie Maksa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że dzisiaj, we wszystkich książkach i opracowaniach poświęconych Ślepemu Maksowi, spotkać się można z twierdzeniem, że zachowało się tylko jedno(!) zdjęcie Bornsztajna (zrobione dwa lata przed jego śmiercią przez malarza i fotografa - Zdzisława Waltera), na którym 68-letni gangster siedzi przy stoliku w jakiejś restauracji. "Litzmannstädter Zeitung" nie podaje autora tej fotografii. Nie sposób dziś również ustalić jak do archiwum nazistowskiej gazety dotarło zaginione zdjęcie "łódzkiego Ala Capone"...

   Do swojej ukochanej Łodzi "król podziemia" powrócił na początku roku 1946. Jednak miasto nie przypominało już obrazu, który znał Bornsztajn. Nie był to już jego świat... Rafał Geremek, autor książki "Ziemia zwana obiecaną. Opowieści o żydowskiej Łodzi" napisał:
"Swojej pozycji już nie odbudował, bo nie było Żydów, którymi mógłby rządzić. Poza tym w totalitarnym państwie takiej władzy, jaką miał gangster przed 1939 rokiem, nikt po wojnie nie tolerował."
MANEKIN Z DZWONECZKAMI

Kamienica przy ulicy Gdańskiej 26. Tutaj Bornsztajn mieszkał po wojnie.
W mieszkaniu tym znajdował się legendarny manekin z dzwoneczkami.
  Powojenne losu Menachema Bornsztajna owiane są tajemnicą. Krążące plotki i niejasności przyczyniły się do stworzenia mitów, które dzisiaj bardzo trudno jest zweryfikować. Pewne jest chyba tylko to, że zamieszkał na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Gdańskiej 26. Jednak nawet w tym pozornie zwykłym mieszkaniu, wśród przedwojennych mebli, kredensów i drogich żyrandoli narodziła się jedna z najciekawszych legend... Mówi ona o tym, że w rogu pokoju, tuż przy oknie stał manekin ubrany w męski garnitur, cały obwieszony małymi dzwoneczkami. Na przeciwko manekina, w wygodnym fotelu, siadał Ślepy Maks i obserwował młodych mężczyzn, których marzeniem było zostać królem łódzkich złodziei. W wewnętrznej kieszeni marynarki znajdował się portfel. Każdy egzaminowany młodzieniec musiał go wyjąć, nie poruszając przy tym żadnym dzwoneczkiem. Dopiero, gdy ta sztuka się mu udała, mógł dołączyć do gangu złodziejaszków, nad którym czuwał legendarny "król Dintojry". Czy jest to prawda? Zdania na ten temat są podzielone, jednak fakt ten potwierdził pisarz Karol Badziak ("Alfabet Łódzki"), który był częstym gościem w mieszkaniu przy Bornsztajna (jak przyznawał - zawsze z butelką wódki). Twierdził nawet, że sam kilka razy miał okazję spróbować swoich sił w okradaniu manekina (podczas każdej próby słychać było dźwięk dzwoneczków). Podobno Bornsztajn opanował tą sztukę do perfekcji...

"Ślepy Maks. Historia łódzkiego
Ala Capone". Książka autorstwa
Remigiusza Piotrowskiego.
   Mówiono, że Maks znalazł zatrudnienie w Łódzkiej Spółdzielni Odzieżowej jako portier. Podobno w latach 50. posiadał małą tkalnię, która nie przynosiła jednak zysków. Wszystkim podobnym informacją zaprzeczał Karol Badziak, twierdząc, że Maks miał dość pieniędzy, by wieść spokojne i bogate życie. Nie musiał pracować, gdyż handlował złotem w łódzkim Grand Hotelu. Poza tym przed wojną zakopał złote dolary, które odnalazł po powrocie do kraju. Dzięki nim żył dostatnio i w dalszym ciągu posiadał ogromne wpływy. Mając na uwadze to, że Badziak spędzał dużo czasu w mieszkaniu Maksa, a być może nawet (jako przyjaciel domu) widział złoto i kosztowności, które Bornsztajn ukrywał przed innymi - nie ma chyba powodu by nie wierzyć pisarzowi.

   Wiele spekulowano na temat kontaktów Ślepego Maksa z Urzędem Bezpieczeństwa. Łódzki "król podziemia" miał być rzekomo donosicielem w Nadzwyczajnej Komisji do Walki ze Spekulacją. Jest to mało prawdopodobne, a IPN nie posiada teczki Menachema Bornsztajna w swoich archiwach. Prawdą natomiast jest to, że Maks często był nachodzony przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa.

   Bornsztajna podejrzewano również o kontakty z Polską Partią Socjalistyczną. Według tej plotki, miał wspierać Józefa Cyrankiewicza (premier PRL w latach 1947–1952 i 1954–1970), co dawało mu ochronę organów ścigania i właśnie dzięki temu spokojnie rządzić łódzkim światem przestępczym w okresie PRL-u.

   Rewelacje te nie są potwierdzone żadnymi materialnymi dowodami, ani źródłami, więc z całą pewnością można je potraktować wyłącznie jako "miejska legenda".

ŻONA, KTÓRA WIEDZIAŁA ZA MAŁO...

Grób Bornsztajna na Cmentarzu Żydowskim
w Łodzi. W tle fragment mauzoleum
Izraela Poznańskiego.
   W roku 1958 Menachem postanowił się ożenić. Chciał spokojnie dożyć końca swoich dni u boku kochającej żony. Jego wybór padł na młodszą od niego o 42 lata Alicję. Również w przypadku tego małżeństwa fakty mieszają się z mitami, gdyż jak twierdziły osoby z jego kręgu - Maks miał sobie żonę... kupić! I to, jak sam opowiadał, za kwotę 100 tysięcy złotych.

   Dziś wdowa po Maksie żyje w łódzkiej dzielnicy Chojny, z dala od dziennikarzy i żądnych sensacji historyków. Rzadko udziela wywiadów i bardzo niechętnie opowiada o swoim mężu. Jeśli już zdecyduje się na wypowiedź, to wszystkim plotkom stanowczo zaprzecza:
"Była wojna, a przedtem siedział w więzieniu. (...)Maks po wojnie bogaty nie był. Nie chcę rozmawiać, bo już tyle razy zostałam skrzywdzona, takie rzeczy o mnie pisano, że mi przykro było. Jak ktoś mógł powiedzieć, że on mnie kupił. Moja matka pracowała u niego po wojnie. Sprzątała w domu, gotowała. Jestem samotna, nie mam dzieci, życie okropnie mnie doświadczyło. (...)Nic nie wiem o jego współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa(...)"

  Zaprzecza też jakoby u nich w mieszkaniu kiedykolwiek znajdował się słynny manekin z dzwoneczkami:
"Nic takiego u nas w domu nie było. Żadnego manekina. Nie wykluczam jednak, że Maks uczył jakiegoś złodziejskiego fachu. Ja dokładnie nie wiem, czym on się zajmował."

Tablica na grobie Ślepego Maksa.
   Jednak trzeba pamiętać, że Alicja spędziła u boku Bornsztajna jedynie dwa ostatnie lata jego życia. Zapewne już wtedy nie było w ich mieszkaniu żadnego śladu po dawnym życiu Ślepego Maksa. Nie było złota, nie było manekina z dzwoneczkami. Nikt już nie bał się "dyktatora z Bałut", a on nie trzymał w garści wszystkich lokalnych rzezimieszków... Jako żona mogła po prostu nie wiedzieć tego, co wiedzieli ludzie, którzy wcześniej spotkali na swojej drodze "króla Dintojry".

   Menachem Bornsztajn zmarł 18 maja 1960 roku w Łodzi. Został pochowany na łódzkim Cmentarzu Żydowskim przy ulicy Brackiej. Miejsce jego ostatniego spoczynku stało się symboliczne, gdyż naprzeciwko grobu Ślepego Maksa znajduje się mauzoleum Izraela Poznańskiego (1833-1900), fabrykanta i przemysłowca, który nazywany jest łódzkim "królem bawełny".

    Wdowa twierdzi jednak, że miejsce zostało wybrane przez czysty przypadek:
"Poszłam do gminy żydowskiej i takie mi miejsce wyznaczyli. Tylko ludzie potem się śmiali, że taki biedak leży obok takiego wielkiego bogacza."

   Przypadek czy nie - tak oto spoczęli obok siebie dwaj legendarni łódzcy Żydzi. Dwaj "królowie" swoich światów - dwóch tak bardzo różnych światów...

POSTSCRIPTUM...

Postać szlachetnego gangstera trafiła do łódzkiej popkultury.
Powstało nawet piwo o nazwie "Ślepy Maks".
   Dziś trudno już znaleźć osoby, które spotkały na swojej drodze Ślepego Maksa - człowieka, którego imię wzbudzało strach na łódzkich ulicach. Najstarsi mieszkańcy pytani o legendarnego gangstera nie pamiętają (lub nie chcą pamiętać) niczego. Czasami tylko ktoś przyzna, że widział Maksa jak wysiada z taksówki, ktoś inny wspomni, że siedział obok niego w tramwaju... Ile w tych słowach prawdy a ile kłamstwa? Tego już się nie dowiemy...

   Na kanwie losów "łódzkiego Janosika" powstała gra miejska "Łap złodzieja", rozgrywająca się w kilku miejscach związanych z jego przestępczą działalnością. Menachem Bornsztajn, który przed wojną był analfabetą (czytać i pisać nauczył się dopiero po wojnie) obecny jest kulturze jako bohater wielu książek, takich jak "Ballada o Ślepym Maksie" Arnolda Mostowicza, "Reporter przed konfesjonałem" Adama Ochockiego, "Szczury ze złego miasta" Jacka Indelaka, czy "Perkalowy dybuk" Konrada Lewandowskiego. W roku 2014 ukazała się świetna książka "Ślepy Maks. Historia łódzkiego Ala Capone" Remigiusza Piotrowskiego, która z powodzeniem próbuje oddzielić prawdę o "dyktatorze z Bałut" od legend i mitów.

   Ślepy Maks, wbrew swojej religii żydowskiej, nigdy nie stronił zarówno od alkoholu, jak i od wieprzowiny, którą uwielbiał. Zawsze, gdy w restauracji inni Żydzi zwracali mu uwagę, że nie powinien jeść szynki, która pochodzi od świni (hebr. chazir, jid. chazer), Maks zaczynał śmiać się głośno, a potem mówił z charakterystycznym dla niego poczuciem humoru:
"Chazer nie chazer, grunt by się człowiek nażer!"



10 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawe informacje i bardzo wartosciowy Blog.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny tekst, trochę niedopowiedzenia, dużo kontrowersji i dużo emocji. Takie długie teksty są zdecydowanie powodem, dla którego czytam ten blog.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawy tekst, tym bardziej że mieszkam w Łodzi

    OdpowiedzUsuń
  4. W teatrze Nowym jest wystawiana sztuka o Ślepym Maksie. Wczoraj byłam i muszę powiedzieć że jest bardzo dobra. Pozdrawiam Ola

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ciekawy tekst, gratuluję autorowi. PS Zachęcam do zajrzenia do grudniowego numeru magazynu "Nasza historia" (miesięcznik historyczny Dziennika Łódzkiego), znajdzie Pan tam kolejne tropy. Pozdrawiam Remek Piotrowski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Panie Remku za dobre słowa. Jest mi niezmiernie miło, zwłaszcza, że jest Pan bezdyskusyjnym znawcą losów Ślepego Maksa. Po "Naszą Historię" właśnie sięgam i zapowiada się niezwykle interesująco, więc polecam ten artykuł wszystkim, którzy chcieliby się dowiedzieć o Maksie czegoś więcej! Pozdrawiam:)

      Usuń
  6. W 1963r. Zbigniew Nienacki napisał Kryminał pt. "Laseczka i tajemnica". Czytałem go co prawda kilkanaście lat temu, ale o ile dobrze pamiętam to w fabułę wpleciona jest postać Ślepego Maksa. W każdym razie są wspomnienia dawnych Bałut i dawnych zbrodni.

    OdpowiedzUsuń
  7. Materiał na rewelacyjny film coś w stylu "Dawno temu w Ameryce". Zresztą w Hollywood już dawno by to zrobili. Poza tym blog rewelacja!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo interesujaca historia ,ktorej nie znalem.
    Nie jestem z Lodzi , wiec chyba to jest powodem.

    OdpowiedzUsuń
  9. Fajna postać i legenda, pięknie i dokładnie przez Pana opisana.Nasz dziadek wychował się przy ul.Żabiej,a po wojnie zamieszkał przy Limanowskiego 6.Znał wszystkich bandziorów, bo sam też był rozrabiaką.Pseudo "Ślepy Maks" przewijało się w jego opowieściach,ale tylko pozytywnie i dlatego ten "bałucki Janosik" jest naszym bohaterem i na jego cześć nazwaliśmy pizzerię przy Bałuckim Rynku. Pizzeria "Ślepy Maks" to nasze podziękowanie dla pięknej historii Bałut : ) Nika i Markus

    OdpowiedzUsuń