sobota, 24 stycznia 2015

Ulotny pył tajemnicy - wywiad z Jerzym Rostkowskim

   Historia II wojny światowej pełna jest "białych plam", niedomówień i niejasności. Jedną z takich tajemnic są "Muszkieterzy" - polska tajna organizacja wywiadowcza założona przez inżyniera Stefana Witkowskiego. Przez dziesięciolecia pozostawała niemal nieznanym epizodem. O muszkieterach mówiło i pisało się niewiele albo wcale. Pisarz i popularyzator historii Jerzy Rostkowski postanowił to zmienić. Jego książka "Świat muszkieterów. Zapomnij albo zgiń" okazała się wielki sukcesem i w ogromnych stopniu przyczyniła się do rozwikłania jednej z największych polskich tajemnic okresu II wojny światowej.  O swojej pasji do historii, słuchaniu podszeptów klio i przywracaniu pamięci bohaterom opowiada poetce i pisarce Annie Strzelec.




   Anna Strzelec: Jest pan pisarzem, niestrudzonym badaczem rozmiłowanym w historii, opisującym wydarzenia, których nie zawierają podręczniki historii Polski. Co najważniejsze, każdy nowo odkryty fakt dokumentuje Pan mnóstwem zdjęć kartograficznych i fotografiami zachowanymi przez rodziny wojennych bohaterów. W jednym z wcześniejszych wywiadów przeczytałam, że uwielbia Pan "ulotny pył tajemnicy drzemiący na starych dokumentach". Bardzo poetycznie nazwane… ale muszę zapytać, co skłoniło Pana do takiej właśnie pracy i kiedy zrodziła się pasja historycznego odkrywcy?

   Jerzy Rostkowski: Często w życiu bywa, że wydarzeniami kieruje przypadek i tak właśnie było u mnie. Zaczęło się w zasadzie od kolekcjonerstwa [śmiech].

Jerzy Rostkowski i Anna Strzelec (autorka wywiadu).
   Kolekcjonerstwa? Zbierał pan stare przedmioty?

   O nie, na to prawdopodobnie nie byłoby mnie stać w takiej formie, w jakiej bym chciał. Ludzie zbierają monety, znaczki, nawet stare butelki, a ja zbierałem fakty.

   Jakie fakty?

   Różne, ale w zasadzie wyłącznie dotyczące II wojny światowej. Od początku nazywałem je informacjami "nieuczesanymi", bo takie właśnie były. Kiedy trafiałem na relację, dokument lub informację, o której nikt nie wspominał, której nikt nie znał, to natychmiast lądowała ona w moim archiwum, gdzie początkowo teczki zawierały poszczególne miesiące wojny. Później komputer znacznie ułatwił pracę. Z czasem kolejne "zdobycze" zaczynały układać się w logiczne ciągi faktów i powstawała historia, której nie znałem nawet ja sam.

   Jest pan autorem książek odsłaniających tajemnice wydarzeń II wojny światowej i licznych artykułów związanych z wymienionym tematem. Która z pana książek była pierwszą?

   Zadaje mi pani wbrew pozorom bardzo trudne pytanie [śmiech], bo pierwsza łączy się z drugą, której w zasadzie nie ma i z rzeczywistymi początkami mojej pracy pisarskiej i może w związku z tym mógłbym się spierać, czy książek było sześć, czy siedem.

   Czyżby znów jakaś tajemnica?

   Fakt - trafiłem na tajemnicze miejsce, zapomniane wtedy, a z tego, co wiem również teraz przez Boga i ludzi. To było na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku w miejscowości Brody na moim ukochanym Dolnym Śląsku. Proszę sobie wyobrazić wrażenia młodego wówczas człowieka, który wchodzi do kościoła, widzi poprzewracane ławki, ślady kul na ścianach, postrzelane, przepiękne witraże, ślady ogniska przed ołtarzem. Jakby wojna przeszła wczoraj, a nie dwadzieścia lat temu. To musiało pozostawić ślad w duszy. I zostawiło, tym bardziej że już tego samego dnia dosłownie poczułem "dotyk" tajemnicy, trafiłem na fakty, których nie znał nikt i na ludzi, którzy strzegli wojennych sekretów.

   I powstała wtedy książka?

   Ależ skąd [śmiech]. Przecież wojenne zagadki była wówczas dla mnie terra incognita, byłem całkowicie "zielony". Wtedy zaczęło się kolekcjonowanie faktów, wspomnianych informacji "nieuczesanych". Pierwsza książka - "Zamek Książ - zapomniana tajemnica" powstała znacznie później.

   A książka, "której nie ma"? Czuję tu zręczny unik z pana strony.

   Ależ pani dociekliwa [śmiech]. Wspomniałem, że w pałacu Brühla w Brodach poczułem dotyk tajemnicy, jeszcze nie została ona rozwiązana i nie czas na książkę o charakterze dokumentalnym, ale jako druga powstała niewielka powieść napisana pod pseudonimem, gdzie autor zmienił jedynie nazwiska i opisy niektórych miejsc. Fakty pozostały prawdziwe, a były sensacyjne. To one połączyły dwa pałace – Brody i Książ. Książka została napisana pod pseudonimem, więc jej nie ma [śmiech].

   Żałuję, chciałabym ją przeczytać. Jerzy, pańska twórczość zawiera w sobie zadziwiająco płynne przejścia pomiędzy niemieckimi a polskimi tajemnicami drugiej wojny. Które z nich są dla pana ważniejsze?

   Zacznijmy od tego, że pani pytanie zawiera błąd merytoryczny [śmiech]. To nie moja twórczość, tylko pewnej damy o imieniu Klio. Ja jedynie słucham jej podszeptów i staram się jak najbardziej rzetelnie przekazać je czytelnikom. A już zupełnie poważnie – sekrety drugiej wojny są ciekawostką samą w sobie. Niegdyś myślałem, że najwięcej "białych plam" zawiera historia międzywojennej i wojennej działalności Niemców na terenach obecnie należących do Polski, a które ja w przeciwieństwie do wielu środków masowego przekazu nazywam "ziemiami wyzyskanymi". Materiały, które zbierałem do wydanej kilka lat temu książki pt. "Rozkaz – Zapomnieć!" (nawiasem mówiąc, przygotowuję do druku drugie, znacznie poszerzone wydanie tej pozycji) wykazały, że jestem w wielkim błędzie. Nierozwiązanych poniemieckich zagadek jest bardzo wiele, lecz jestem głęboko przekonany, że dla nas, Polaków ważniejsze powinno być wymazywanie "białych plam" z naszej rodzimej historii, prostowanie kłamstw tworzonych jeszcze podczas wojny i po jej zakończeniu, a powielanych przez różnych, najczęściej rodzimych "dziejopisów".

   Przecież książek poważnych autorów o czasach wojny powstało bardzo wiele, często wspomnieniowych, później poważnych analiz. Pan nazywa ich autorów "dziejopisami", czyżbym wyczuwała tu jakiś, delikatnie mówiąc dystans?

  "Czas powrotu". Książka ważna, relacja z Powstania Warszawskiego zawierająca prawdę, lecz skażona w dramatyczny sposób nożycami cenzora. Wycięto duży rozdział o przeżyciach ojca podczas dwukrotnego przejścia kanałów pod walczącą Warszawą, usunięto następny o bestialstwach 1. Rosyjskiej Dywizji Grenadierów SS (cenzor stwierdził, że nie było zdrajców narodu rosyjskiego), usunięto informacje o dokumentach z polskich archiwów, do których dotarli w Anglii, bezpośrednio po wojnie ojciec i stryj. Jednak niestety nie tylko cenzura miała wpływ na kształt wspomnień. Bardzo często w materiałach traktowanych przez historyków jako źródłowe stykam się z opowieściami, kiedy najprostsza nawet weryfikacja pokazuje, że są wymyślone dla podkreślenia znaczenia osoby autora, lub wręcz ukrycia jego błędów. Przykłady można tu mnożyć godzinami. Osobna i najsmutniejsza dla Polaka część, to bardzo trudne do rozszyfrowania materiały będące wynikiem większych spisków i manipulacji mających ukryć przestępstwa natury politycznej, finansowej, albo mające na celu przejęcie władzy, osiągnięcie wysokich stanowisk i usunięcie osób z przeróżnych powodów niewygodnych. Bywa, że stoją one na granicy zdrady narodu i ojczyzny. Ten dystans musi być. Musimy pamiętać w jakich czasach powstawała tzw. literatura wspomnieniowa. Przykładem niech będzie bardzo ważna dla mnie książka mego ojca, Henryka Rostkowskiego pt.

   Czyli nie można wierzyć nikomu?

   Ależ nie. Jest bardzo wielu rzetelnych historyków uważnie i wnikliwie analizujących dokumenty i wyciągających właściwe wnioski z dostępnych materiałów. Wielu, których nie przeraża gigantyczna praca, którą trzeba włożyć w poszukiwanie prawdy. Niestety wielu – i tych właśnie nazywam "dziejopisami" – przepisuje wcześniej publikowane teksty, ciesząc się, że bibliografia w ich dziełach jest bardzo bogata, a są też i tacy, którzy wcale nie podają źródeł swych "informacji".

  Książka, o której wydanie starał się Pan od dwóch lat nosi tytuł: "Świat Muszkieterów. Zapomnij albo zgiń". Jakie kontrowersje zawiera w sobie, że tak trudno jest ją wydać?

   Moim zdaniem ta książka nie zawiera żadnych kontrowersji. Kontrowersja to przecież różnica zdań, rozbieżność sądów albo spór, dyskusja, polemika. Nie wchodzę w żadne spory, a jedynie przedstawiam dokumenty i relacje, jakie udało mi się odnaleźć. Wyciągam z nich wnioski, jak sądzę bezsporne, choć czasami tragiczne i smutne. Jestem przekonany, że to czytelnik powinien ocenić, czy autor książki jest idiotą, czy może dotychczas stykał się w przedmiotowej sprawie z manipulacją i fałszywym wybielaniem naszej historii. Jeśli jednak nim nie jestem, to my – Polacy, powinniśmy pamiętać o naszych prawdziwych bohaterach i ich dokonaniach, pamiętać o ludziach, którzy dla nas poświęcali życie.

   Muszkieterzy - ale nie francuscy muszkieterowie - choć zapał i waleczność bardzo podobne. A jaka jest etymologia nazwy tej konspiracyjnej, podziemnej organizacji "Muszkieterzy"?

   Zmusza mnie pani do zdradzenia jednej z tajemnic książki. Gdzie diabeł nie może tam… [śmiech]. Cóż, odpowiem, bo często zadawano mi już pytanie dlaczego używam na przemian form: Muszkieterzy i Muszkieterowie, a jeden z dyskutantów nazwał mnie wręcz grafomanem, bowiem nasz język zna jedną, prawidłową nazwę - Muszkieterowie. Odpowiedź niech będzie także ukłonem w stronę naszych "dziejopisów", z których żaden nie pokusił się na wyjaśnienie tego, jakże dla nich skomplikowanego problemu. Otóż posługuję się jedną i drugą formą podobnie jak… Stefan Witkowski, twórca i szef tej wspaniałej organizacji wywiadowczej. Forma zależała ściśle od treści, lecz znać ją może jedynie ten, kto zetknął się osobiście z dokumentami sygnowanymi nazwiskiem Witkowskiego, a nie ten, kto cudze książki jedynie przepisuje, z wielu składając "nową" całość [śmiech]. Fakty wyglądały następująco. Przyszły szef podziemnej organizacji wywiadowczej we wrześniu 1939 roku zorganizował kilkudziesięcioosobowy oddział konny walczący pod rozkazami generała Franciszka Kleeberga. Jego żołnierze uzbrojeni byli w doskonałe polskie karabiny przeciwpancerne wz. 1935 przez swą znaczną długość zwane powszechnie w wojsku "muszkietami". Oddział Witkowskiego odnosił znaczne sukcesy w walkach z niemieckimi i sowieckimi jednostkami pancernymi, a wojsko Grupy Operacyjnej "Polesie" zaczęło wkrótce witać jego jeźdźców radosnymi okrzykami: "Muszkieterzy, Muszkieterzy jadą!" I taką właśnie nazwę nadał Witkowski tworzonej organizacji - "Muszkieterzy". Wobec jej członków używał w swych pismach formy prawidłowej – Muszkieterowie. Takie właśnie, udokumentowane formy przyjąłem w mojej książce.

   Kim był Stefan Witkowski?

  Kolejno - bardzo zdolnym studentem, wynalazcą z przynoszącymi spory dochód patentami, oficerem polskiego wywiadu, dowódcą oddziału GO "Polesie" w stopniu porucznika, dowódcą konspiracyjnej organizacji wywiadowczej o europejskim zasięgu - w stopniu kapitana.

  Czytałam Pana artykuł "Gwiazda wśród Muszkieterów" opublikowany w jednym z numerów "Uważam Rze Historia". Był zwiastunem książki, o której wydanie pan się stara. Przyznać muszę, że zafascynowała mnie postawa kobiet należących do organizacji, ich dzielność i poświęcenie. Wszystkie zasługują na uznanie, ale ponieważ wspomniał Pan w tytule artykułu o "gwieździe", to była nią niewątpliwie Mieczysława Ćwiklińska - aktorka międzywojennego i powojennego polskiego kina i teatru. Wydarzenia, które Pan opisuje, poruszyły mnie do głębi serca i napisałam wiersz, który pozwolę sobie przytoczyć:

"Przyjacielu drogi, jakże mi przykro
już się nie spotkamy…
nie zapomnę kawiarenek, gdzie z rąk moich
kawę odbierałeś adrenaliną słodzoną,
twoje zaufanie, moje cenne wieści 
co służyły wspólnej, słusznej misji
i jednemu słowu „wolność”.
Za kulisami teatru, zanim zaśpiewała
Zanim kadr filmu mego publiczność ujrzała
meldunek biegł do Londynu, a razem z nim wiara…
Teraz – jak drzewo płaczące przy grobie twoim
umierać mogę stojąc…"

   Wzruszyła mnie Pani piękna poezja. Sprawiła, że zobaczyłem samotną Ćwiklińską idącą za trumną Stefana Witkowskiego. Tak właśnie było, kiedy za własne pieniądze wykupiła z niemieckich łap zwłoki zamordowanego kapitana.

  W organizacji Witkowskiego działało wiele kobiet. Czy ich dokonania były znaczące dla "Muszkieterów"?

  Doszedłem do przekonania, że właśnie dokonania kobiet stanowiły o większości błyskotliwych osiągnięć "Muszkieterów". Bez Klementyny Mańkowskiej, Krystyny Skarbek, Teresy Łubieńskiej, Izabeli Czarkowskiej-Golejewskiej, Mieczysławy Ćwiklińskiej, Marii Grocholskiej i wielu innych doskonałych agentek o niektórych sukcesach organizacji Stefana Witkowskiego trudno byłoby nawet pomyśleć.

Jerzy Rostkowski w krakowskim Empiku podczas
promocji swojej książki "Podziemia III Rzeszy".
  W 1942 roku "Muszkieterzy" byli nazwani przez aliantów najlepszą konspiracyjną organizacją wywiadowczą na terenach okupowanych przez Niemców, a krótko później stali się niewygodni dla Armii Krajowej. Dlaczego zarzucano im niepodporządkowanie się dowództwu Państwa Podziemnego generała Tadeusza Bora-Komorowskiego? Jak to się stało, że Polacy prowadzili walkę przeciw sobie?

   Teraz doprawdy wymaga Pani za wiele [śmiech]. Jest faktem, że "Muszkieterzy" i ich dowódca nie podporządkowali się w sposób ostateczny Armii Krajowej, choć długo z nią współpracowali. Mieli jednak swoje racje, odmawiając wykonania tego polecenia. Czy były słuszne? To właśnie, na podstawie umieszczonych w książce dokumentów, relacji i materiałów źródłowych powinni ocenić sami czytelnicy. Moja opinia jest jednoznaczna - zapominając o Muszkieterach, zapominamy o polskich bohaterach. Oby ta niepamięć nie była znaczącą skazą na naszym honorze. Więcej szczegółów tutaj zdradzić nie mogę.

  Proszę jeszcze wyjaśnić, dlaczego w tytule znajduje się dramatyczne zawołanie: "zapomnij albo zgiń"?

   Te dramatyczne słowa kierowane były do członków organizacji, jeszcze długo po wojnie. Szanse na przeżycie mieli jedynie ci członkowie Muszkieterów, którzy nigdy nie wspominali na temat swojej okupacyjnej działalności. Pozostali ginęli w wypadkach lub skrytobójczych zamachach. Z informacją, iż wiedza na temat działania Muszkieterów "może zabijać" zetknąłem się nawet w pokoleniu dzieci okupacyjnych wywiadowców, kiedy przeprowadzałem liczne wywiady w poszukiwaniu materiałów do książki.

   Czy uważa pan, że książka napisana przez pana ma swoją misję do spełnienia?

   Tak sądzę. Już nigdy w życiu nie chcę usłyszeć słów, jakie powiedział do mnie młody licealista podczas jednego ze spotkań z młodzieżą. Kiedy wyjawiłem tym dzieciom jedną ze skrywanych tajemnic Września 1939 roku, podniósł rękę jeden z uczestników, młody blondyn i powiedział słowa, których nigdy nie zapomnę: - "Panie Rostkowski, przecież pan wiedział o tym od lat. Dlaczego pan milczał? Czy nie sądzi pan, że milczenie w sprawie tak ważnej jest rodzajem kłamstwa? Odbierał pan nam prawo do tak istotnej wiedzy, prawo do położenia kwiatów na grobach tych, którzy za nas oddawali życie? Jak się pan z tym czuje teraz, panie Rostkowski?". Poczułem się wtedy tak, jakbym zasłużenie dostał w twarz. Nigdy więcej nie chcę tego poczuć i dlatego będę pisać, będę krzyczeć o ludziach i ich dokonaniach. Wierzę, że mój krzyk przywróci nam pamięć. I taka właśnie jest misja książki o Muszkieterach. Niechaj pamięć o Ich wielkości będzie największą, bo jedyną możliwą formą wdzięczności, jaką możemy Im dziś przekazać.

Z Jerzym Rostkowskim rozmawiała Anna Strzelec.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz