poniedziałek, 16 marca 2015

Sanatorium Waverly Hills

   Są na świecie takie budowle, które mimo, że szerzej nieznane, skrywają w sobie mroczną tajemnicę. Jednym z takich miejsc są ruiny sanatorium Waverly Hills, położone w amerykańskim miasteczku Louisville, w stanie Kentucky. Ta monumentalna budowla, przypominająca bardziej fortecę wojskową niż szpital dla ciężko chorych, straszy dziś swoim posępnym wyglądem. Jednak o wiele bardziej przerażająco wygląda wnętrze tego kompleksu. To właśnie w tym miejscu, w pierwszej połowie XX wieku, z powodu plagi gruźlicy, jaka nawiedziła Kentucky, umarło około 63 tysiące pacjentów. Przyczyniło się to do powstania legendy o jednym z najbardziej przerażających miejsc w Stanach Zjednoczonych...


   Długie, ciemne i mroczne korytarze z odrapanymi ścianami oraz puste gabinety personelu medycznego. Taki widok czeka na każdego, kto odwiedzi Waverly Hills. Stare, pamiętające poprzednią epokę drzwi, okna, jadalnie i balkony oraz ciche place porośnięte dziś krzakami stały się niemymi świadkami dramatu kilkudziesięciu tysięcy kobiet, mężczyzn i dzieci, którzy przyjechali tutaj, aby wyzdrowieć. W czasach, kiedy nie znano jeszcze pomocnego antybiotyku na tą straszną chorobę, pacjenci skazani byli na nieco prymitywne sposoby leczenia oraz na eksperymenty medyczne. Przyniosło to jednak dla nich więcej szkód niż pożytku. Ciężko chorzy ludzie, trwając w nadziei nie wiedzieli, że już nigdy nie opuszczą murów tego sanatorium...



WŚRÓD LASÓW I BAGIEN KENTUCKY...

Napis nad główną bramą sanatorium Waverly Hills.
  Louisville to miasteczko położone w południowo-zachodniej części hrabstwa Jefferson, w amerykańskim stanie Kentucky. W roku 1883 major Thomas H. Hays kupił w tym miejscu ziemię. Planował wybudować dom dla swojej rodziny. Gdy jego córki osiągnęły wiek szkolny, okazało się, że szkoła do której powinny uczęszczać znajduje się za daleko. Problemy z transportem przez niegościnne i bagniste tereny sprawiły, że Hays podjął decyzję o wybudowaniu własnej szkoły dla swoich dzieci. Nie było to dla niego żadnym problemem, gdyż majątek, którym dysponował był ogromny. W ciągu kilku następnych tygodni powstał mały, drewniany budynek posiadający jeden pokój i trzy duże okna. Zatrudnił także nauczycielkę - pannę Lizzie Lee Harris, wielką miłośniczkę szkockiego powieściopisarza i poety sir Waltera Scotta.

   Jedną z ulubionych lektur panny Harris była nowela Scotta napisana w roku 1814 - "Waverley or 'This sixty years since" ("Waverley czyli Sześćdziesiąt lat temu"), opowiadająca o Angliku Edwardzie Waverley, który na pograniczy szkocko-angielskim walczył o przywrócenie do władzy szkockiej dynastii Stuartów. Zaproponowała swojemu pracodawcy nazwanie małej szkółki na cześć swojego ulubionego bohatera. Pan Hays nie widział przeciwwskazań i od tego momentu nad drzwiami pojawił się napis "Waverley School" ("Szkoła Waverley"). Nazwa ta tak bardzo spodobała się Haysowi, że niedługo potem cały swój majątek ochrzcił nazwą "Waverley Hill" ("Wzgórze Waverley").

Widok z dachu Waverly Hills na przedmieścia Louisville i lasy hrabstwa Jefferson.

"BIAŁA PLAGA" W HRABSTWIE JEFFERSON

Wózek służący do przewożenia pacjentów sanatorium.
   Sielskie życie na prowincji w początkach XX wieku przerwała epidemia groźnej choroby. Gruźlica szybko zaczęła się rozprzestrzeniać w Kentucky, a największe stężenie bakterii pojawiło się właśnie w hrabstwie Louisville. Jefferson położone w dolinie i otoczone bagnami stało się idealnym miejscem to rozwoju gruźlicy. Epidemię nazwano "Białą Plagą", a lekarze szybko zrozumieli, że są niemal bezradni w walce z chorobą, która coraz szybciej atakowała ludzi i zwierzęta. Prątki gruźlicy (łac. Mycobacterium tuberculosis), wyodrębnione po raz pierwszy przez niemieckiego uczonego Roberta Kocha w roku 1882, dostają się do organizmu drogą kropelkową, przez układ pokarmowy lub skórę. Objawami są najczęściej bóle w klatce piersiowej, ostry i przewlekły kaszel. Chory pluje krwią, ma gorączkę, dreszcze, a jego skóra robi się blada. Nieleczona gruźlica szybko niszczy organizm, doprowadzając zakażonego do śmierci.

   Prymitywne sposoby leczenia tej choroby i brak odpowiednich badań na początku XX wieku skutkowały tym, że gruźlicę uznawano wtedy za chorobę śmiertelną. Co prawda, próbowano z nią walczyć wszelkimi możliwymi w tamtych czasach sposobami. Chorych starano się izolować i poddawać leczeniu klimatycznemu (długotrwały wypoczynek na świeżym powietrzu). Nie wiedziano praktycznie nic na temat tej choroby, a brak leków bakteriobójczych sprawiał, że walka ta była z góry skazana na porażkę. Dla każdego pacjenta zdiagnozowana gruźlica była wyrokiem śmierci...

Dzieci chore na gruźlicę, bawiące się na dachu Waverly Hills podczas "kąpieli słonecznych".

ZGUBIONA LITERKA

Pierwszy, jeszcze drewniany, budynek sanatorium.
  W związku z zalecanym izolowaniem zakażonych ludzi oraz próbami zapewnienia im odpowiednich warunków do terapii zaczęto budować dla nich sanatoria. Miejsca do ich powstania wybierano najczęściej w niezaludnionych terenach leśnych, na wzgórzach lub łąkach. Posiadłość, w której do niedawna mieszkał Thomas H. Hayes z rodziną nadawała się do tego idealnie. Władze stanowe, szukając nowego miejsca pod budowę wielkiego szpitala, kupiły posiadłość Waverley Hill. Postanowiono nie zmieniać nazwy, co nie do końca im się udało, gdyż ze słowa "Waverley" w tajemniczy sposób zniknęła druga litera "e" i obiekt ten od tego momentu nosi nazwę "Waverly Hills". Prawdopodobnie sprawcą tego tajemniczego zniknięcia był jeden z prawników, który z powodu swojej pomyłki wpisał błędnie nazwę zakupionej ziemi do nowych dokumentów.

Jednoosobowy pokój dla pacjentów
będących w najcięższym stanie.
 Swoim komfortem przypominał
więzienną celę.
   Budowę szpitala rozpoczęto w roku 1908 i zakończono rok później. 26 lipca 1910 roku kompleks otwarto. Dwa dwupiętrowe, drewniane pawilony mogły pomieścić łącznie 40 osób. Tego dnia przywieziono pierwszych pacjentów, jednak ograniczone wyposażenie placówki pozwalało na przyjęcie jedynie "przypadków we wczesnym stadium choroby".

 Gruźlica zbierała coraz większe żniwo, więc szybko postanowiono rozbudować ośrodek. W pierwszej połowie 1911 roku władze miasta Louisville rozpoczęły przygotowania do budowy nowych skrzydeł. Przeznaczono na ten cel 25 000 dolarów. Miało to dać możliwość leczenia nawet najcięższych przypadków choroby. W sierpniu 1912 roku wszyscy pacjenci zostali wykwaterowani z budynku i przeniesieni do tymczasowych kwater w namiotach na terenie Waverly Hills, a prace rozbudowy ruszyły pełną parą. Starając się jak najszybciej ukończyć prace nie przywiązywano zbytniej wagi do estetycznego wykończenia wnętrz szpitala. W większości pomieszczeń brakowało tynku na ścianach, gniazdka elektryczne zwisały ze ścian, a kable elektryczne wiły się pod nogami. Nie było czasu na poprawki. Już cztery miesiące później (w grudniu) otworzono szpital ponownie. Przyjęto 40 nowych pacjentów, jednak rozbudowa obiektu trwała dalej. w roku 1914 dodano kolejnych 50 łóżek, dzięki czemu możliwości szpitala zwiększono do 140 miejsc. Zaczęto przyjmować również dzieci.

   W związku z dużą wilgotnością tego terenu, drewniane konstrukcje szybko niszczały, gnijąc i stając się siedzibą pleśni. Postanowiono więc wybudować nowy betonowy budynek. Stworzono projekt pięciopiętrowego murowanego obiektu z miejscami dla 400 chorych. W marcu 1924 roku rozpoczęto budowę, którą ukończono dwa lata później. 17 października 1926 roku Waverly Hills ponownie otwarto.

Zespół sanitariuszy na schodach przed głównym wejściem do budynku Waverly Hills. Zdjęcie z roku 1924.

NIESZCZELNA IZOLACJA

Lekarz i pielęgniarka podczas jednego z zabiegów
medycznych w Waverly Hills. Rok 1922.
   Nowo otwarte sanatorium zostało uznane przez ówczesnych specjalistów za najnowocześniejszą placówkę do leczenia gruźlicy w całych Stanach Zjednoczonych. Obiekt był teraz samowystarczalny, co było wielkim atutem, gdyż z powodu bardzo dużej zakaźności Waverly Hills zostało niemal całkowicie odcięte od świata. Przy bramie głównej służbę pełniło kilku sanitariuszy, których zadaniem było nie dopuścić, by któryś z pacjentów opuścił posiadłość. Jednocześnie kontrolowali, by nikt z zewnątrz nie mógł się dostać na teren ośrodka bez specjalnych zezwoleń.

   Sanatorium zostało zaopatrzone w pocztę z własnym kodem pocztowym. Zbudowano również własny system uzdatniania wody pitnej. Personel medyczny wraz z pacjentami prowadzili własny ogród owocowo-warzywny. Na terenie budynku znajdowała się również piekarnia i rzeźnia. Starano się izolować pacjentów, jednak nie zabroniono im kontaktu z członkami własnych rodzin. Spotkania takie były jednak ściśle kontrolowane i poddane wielu ochronnym procedurom. Odwiedzający swoich chorych krewnych przyjeżdżali do ośrodka w ściśle określonych terminach, a podczas spotkania musieli zakładać ochronne stroje. Nie wiedziano jeszcze wtedy, że gruźlica bardzo skutecznie rozprzestrzenia się przez powietrze, którym oddychali zarówno pacjenci, jak i osoby zdrowe. Doprowadzało to często do sytuacji, że zdrowi ludzie wyjeżdżali z sanatorium do swoich domów już zakażeni. Przenosili później zarazę na kolejnych ludzi, z którymi mieli kontakt.

Sanatorium Waverly Hills na początku lat 40. XX wieku.

KURACJE RODEM Z HORRORÓW

Laboratorium. Fotografia z roku 1922.
  Do Waverly Hills ściągano największych specjalistów z całego kraju, jednak z powodu nierozwiniętej jeszcze medycyny i niewystarczających badań nad nowymi lekami większość chorych leczona była w sposób eksperymentalny. Uznano, że w sytuacji, kiedy nie dysponowano skutecznym lekiem na zwalczenie gruźlicy i braku szczepionki, lekarzom nie pozostało nic innego jak leczenie chorych metodą "prób i błędów". Dziś uznajemy te metody za prymitywne i barbarzyńskie, jednak w tamtym okresie dla chorych była to jedyna szansa.

   Początkowo nadzieję na skuteczną walkę z gruźlicą dawała helioterapia. Wierzono, że odpowiedni klimat i duża dawka światła słonecznego może znacząco zminimalizować objawy choroby, a przy odrobinie szczęścia nawet ją pokonać. Dla tego celu część pomieszczeń w Waverly Hills przerobiono na "pokoje słoneczne". Tam niektórzy pacjenci zostawali wystawieni na działanie naturalnego światła słonecznego. W nocy słońce zastępowały lampy ultrafioletowe. Oprócz specjalnych pomieszczeń, podczas tej terapii wykorzystywano również dach budynku. Problem polegał na tym, że zabiegi te musiały być wykonywane o każdej porze roku - również zimą. Często pacjenci podczas mroźnych dni byli przykrywani kocami. Leczenia nie przerywano nawet, gdy padał śnieg.

Hazel Breslin Howell (1891-1923)
zmarła na gruźlicę w Waverly Hills.
Jej teść, dr. Joseph Howell, to pierwszy
 Amerykanin, który wszedł do grobowca
Tutanchamona na specjalne życzenie
odkrywcy Howarda Cartera.
   Chorych przybywało, a koszty utrzymania placówki rosły z miesiąca na miesiąc. Władze wydawały na walkę z gruźlicą ogromne sumy i oczekiwały efektów. Zwłaszcza, że USA nawiedziła fala wielkiego kryzysu gospodarczego i zaczęto ostrożnie liczyć każdego wydanego dolara. Media coraz wnikliwiej przyglądały się skuteczności coraz to nowych kuracji, a brak pozytywnych wyników zaczęto komentować w całym kraju. Doprowadziło to do ogromnej presji wśród lekarzy, którzy robili wszystko, byleby tylko pochwalić się dobrymi wynikami. Do tej pory każdy pacjent mógł dobrowolnie poddawać się nowym, wymyślanym na poczekaniu terapiom. Odmawiano więc poddaniu się kontrowersyjnym metodom w obawie przed pogorszeniem stanu zdrowia. Ograniczało to możliwości lekarzy, więc władze szpitala postanowiły wprowadzić przymus. Pacjenci, którzy sprzeciwiali się kolejnym próbom leczenia, zostawali krępowani i siłą zawożeni na salę operacyjną...

   Pacjenci zaczęli być zmuszani do udziału w najróżniejszych, często bardzo bolesnych zabiegach. Lekarze bez doświadczenia coraz bardziej eksperymentowali na nich, co skutkowało niebezpiecznymi okaleczeniami chorych. Pacjenci wywożeni z sal operacyjnych mieli ciała nienaturalnie zniekształcone lub pokryte ogromną ilością szpetnych blizn. Na ludziach znajdujących się w najcięższym stanie przeprowadzano zabieg torakoplastyki, który polegał on na wycięciu kilku żeber, Tak aby zrobić więcej miejsca na sztucznie powiększane płuca, do których wszczepiano balony wypełnione powietrzem (czasami zwykłym piaskiem), których zadaniem było wywołanie sztucznej odmy płucnej. Zabieg taki traktowano jednak jako ostateczność, gdyż prawie zawsze próba taka kończyła się śmiercią pacjenta. Według znanych źródeł, tylko kilka osób przeżyło taką operację.

Pacjentki w trakcie helioterapii, w jednym z pomieszczeń przerobionych na "pokój słoneczny".

KONIEC GRUŹLICY - POCZĄTEK PLOTEK

Stoły do sekcji zwłok w kostnicy Waverly Hills zostały
udostępnione zwiedzającym sanatorium turystom.
   Wraz z upływem lat do opinii publicznej zaczęły przeciekać doniesienia o złym traktowaniu pacjentów. W amerykańskiej prasie pojawiały się plotki o zabiegach niemających nic wspólnego z leczeniem gruźlicy. Pacjenci podobno zostawali poddawani operacjom, podczas których wycinano im zdrowe organy, przeszczepiano kończyny, a nawet pozbawiano gałek ocznych. Miało dochodzić także do eksperymentowania z działaniem prądu na ludzki organizm. Coraz większa liczba pacjentów miała z tego powodu popadać w obłęd. Dziennikarze jako źródła podawali anonimowe zeznania byłych pracowników Waverly Hills, którzy odeszli stamtąd, nie mogąc znieść nieludzkiego traktowania pacjentów przez coraz bardziej szalonych lekarzy. Na początku lat 40. XX wieku próbowano przeprowadzić inspekcje placówki w celu zbadania domniemanych sygnałów o coraz bardziej nieludzkich eksperymentach. Władze szpitale nie godziły się na takie wizytacje, argumentując to zbyt wielkim zagrożeniem zarażenia się gruźlicą i późniejszym rozprzestrzenieniem się choroby poza sanatorium. W związku z ogromnym strachem przez zakażeniem, zrezygnowano ze szczegółowego śledztwa i sprawa ta szybko ucichła.

Rzeczy pozostawione przez personel medyczny, który
opuścił sanatorium po jego zamknięciu. Dziś można je
oglądać na specjalnej wystawie w Waverly Hills.
   Wprowadzenie antybiotyku o nazwie streptomycyna, który wyjątkowo dobrze radził sobie z leczeniem gruźlicy spowodowało w roku 1943 znaczny spadek zachorowań. Epidemia zmniejszała się i gdy w roku 1946 zaczęto używać kwasu p-aminosalicylowego (lek przeciwgruźliczy, wspomagający działanie streptomycyny), szybko stało się jasne, że "Biała Plaga" została opanowana. Utrzymanie tak wielkiego obiektu, jakim było Waverly Hills, przestawało być opłacalne. Pojawiało się coraz więcej głosów, że sanatorium trzeba zamknąć. Gdy niedługo po tym, pożar zniszczył niemal całą dokumentację medyczną, stało się jasne, ze bardzo trudno będzie ustalić, co tak naprawdę działo się w Waverly Hills. Pojawiły się przypuszczenia, że ogień został podłożony celowo, by zniszczyć dowody nielegalnych praktyk prowadzonych w szpitalu oraz zatuszować faktyczną liczbę zgonów pacjentów. Gdy były dyrektor placówki, dr. J. Frank W. Stewart w swojej autobiografii wspomniał, że w ciągu jednego roku najwyższa liczba zgonów wyniosła tylko 152 pacjentów, niewielu badaczy uwierzyło w te słowa.

   Anonimowi informatorzy podawali szokujące liczby, które dochodziły nawet do kilkudziesięciu tysięcy przypadków śmiertelnych. Dziś spekuluje się, że całkowita liczba zgonów w Waverly Hills wynosić może nawet 63 tysiące! Do tego wszystkiego, ci sami ludzie (którzy mieli być byłymi pracownikami) twierdzili zgodnie, że dochodziło tam do wielu nadużyć i nieludzkiego traktowania pacjentów. Stosowanie kar cielesnych za nawet najmniejsze przewinienia, głodzenie chorych i tajemnicze samobójstwa (również wśród personelu medycznego) miały być nieodłącznym elementem codziennego życia w Waverly Hills. W pożarze całkowitemu zniszczeniu uległ także drewniany dom pierwszego właściciela majątku - Thomasa H. Haysa, który służył jako akademik dla pielęgniarek. Pojawiły się pogłoski, że w miejscu tym dochodziło do molestowania seksualnego mieszkających tam kobiet przez męską część personelu.

Podjazd i główne wejście do Waverly Hills. Fotografia z roku 1940.

TUNEL ŚMIERCI

"Tunel śmierci" zwany również "zjeżdżalnią ciał".
Na zdjęciu wyjście po drugiej stronie wzgórza, przez
które wynoszono zwłoki.
   Pogłoski o ogromnej liczbie zwłok zrodziły z kolei legendę o bardzo specyficznym i tajemniczym miejscu na terenie sanatorium Waverly Hills. Jest nim długi na 150 metrów tunel prowadzący w kierunku dolnej części wzgórza. "Tunel śmierci" ("Death Tunnel"), zwany też "zjeżdżalnią ciał" powstał w celu sprawnego pozbywania się coraz większej liczby martwych ciał pacjentów, zarówno tych, którzy zmarli na gruźlicę, jak i tych, którzy zakończyli swój żywot z powodu nieudanych eksperymentów medycznych. Personel szpitala w tajemnicy (najczęściej w nocy) przed kuracjuszami oraz opinią publiczną wywoził zwłoki specjalnym pociągiem. Nie chciano, aby żyjący pacjenci byli świadomi tego jak wielka umieralność panuje w placówce, w której poddawani byli leczeniu. Mogłoby to doprowadzić do buntu i chaosu wśród chorych i ich krewnych. Mimo, że miejsce to (w sposób bardzo znaczący) działa na wyobraźnię miłośników "spiskowych teorii", nie jest w gruncie rzeczy niczym niezwykłym. Wiele podobnych placówek i szpitali posiada osobną drogę (czasami są to windy) do przenoszenia zwłok. W ten sposób ogranicza się pacjentom przykrego widoku martwych ciał. Pracownicy szpitali nie chcą doprowadzać do powstania u chorych wzmożonych myśli o śmierci, które w sposób oczywisty niekorzystnie wpływają na ich morale, a co za tym idzie - źle wpływają na ich wolę wyzdrowienia.

Wnętrze "tunelu śmierci". Szacuje się, że tą drogą wyniesiono 63 tysiące ciał.

TAJEMNICA PIĄTEGO PIĘTRA

Wejście do owianego złą sławą pokoju 502.
   Popularna legenda mówi o tajemniczym samobójstwie przełożonej pielęgniarek w pokoju 502, mieszczącym się na ostatnim, piątym piętrze budynku. Według jednej z wersji, w 1928 roku 29-letnia, niezamężna kobieta została zgwałcona przez lekarza, wskutek czego zaszła w ciążę. Gdy dowiedziała się, że dodatkowo zaraziła się gruźlicą, postanowiła odebrać sobie życie, wieszając się na kablu elektrycznym zwisającym z sufitu. Pokój ten nie był używany od jakiegoś czasu, więc zanim znaleziono jej zwłoki minęło kilkanaście dni. Jeden z sanitariuszy zaniepokojony zapachem rozkładających się zwłok, dokonał tego makabrycznego odkrycia. Inna wersja mówi, że kobieta została zamordowana w obawie przed wybuchem skandalu.

   Co ciekawe - z piątym piętrem wiąże się jeszcze inna tragiczna opowieść. W roku 1932 jedna z pielęgniarek wypadła z okna, a jej martwe ciało znaleziono na szpitalnym dziedzińcu. Nie wiadomo, czy był to tylko nieszczęśliwy wypadek, czy kolejne samobójstwo. Niektórzy pacjenci po opuszczeniu sanatorium twierdzili, że kobieta została wypchnięta celowo. Dowodów na morderstwo oczywiście brak...

   Doniesień o tajemniczych samobójstwach na piątym piętrze było więcej. Niektórzy badacze doszukują się tutaj zbieżności z faktem, że właśnie na tym piętrze leczono przypadki pacjentów zdradzających objawy chorób psychicznych. Po nieudanych zabiegach, zgony pacjentów miały być pozorowane na samobójstwo. Czy dowody na to kryła dokumentacja medyczna, która została zniszczona przez pożar? Tego nie wiadomo, pozostają więc domysły i spekulacje...

Panorama Waverly Hills.

DOM (NIE)SPOKOJNEJ STAROŚCI

Waverly Hills jako Woodhaven Geriatric Center.
Zdjęcie z lat 70. XX wieku
   Waverly Hills zamknięto ostatecznie w czerwcu 1961 roku. Reszta pacjentów pozostających do tej pory w tym kompleksie została przeniesiona do sanatorium Hazelwood w Louisville. Budynek sanatorium nie stał pusty zbyt długo, ponieważ już rok później, po przeprowadzeniu obowiązkowej, 12-miesięcznej kwarantanny, otworzono w tym miejscu dom opieki ludzi dla ludzi starszych - "Woodhaven Geriatric Center", w którym leczono ludzi znajdujących się w różnym stadium otępienia umysłowego, pacjentów z ograniczeniami ruchowymi i upośledzonych umysłowo. Ośrodek ten został jednak zamknięty w roku 1982, oficjalnie z powodu opłakanego stanu budynku i braku funduszy na jego modernizację. Również i w tym przypadku pojawiły się plotki, że faktyczną przyczyną zamknięcia Woodhaven były przypadki zaniedbywania pacjentów oraz psychiczne i fizyczne znęcanie się nad nimi. Część tych zarzutów okazała się zwykłymi pomówieniami, jednak niektóre z nich niestety potwierdziły się.

Opustoszałe ruiny Waverly Hills przyciągają wielu turystów i miłośników tajemniczych historii.


POSTSCRIPTUM...

Puste korytarze straszą dziś swoim
wyglądem, przypominając o tragicznych
losach pacjentów Waverly Hills.
   J. Clifford Todd, który kupił Waverly Hills w roku 1983 za kwotę przekraczającą 3 miliony dolarów chciał przekształcić obiekt w więzienie, jednak po protestach okolicznych mieszkańców zrezygnował z tego pomysłu. Od tego czasu, przez wiele lat, posiadłość Waverly Hills popadała w ruinę, stając się noclegownią dla ludzi bezdomnych, a także schronieniem dla lokalnych amatorów mocnych trunków i narkotyków. Powybijane szyby, połamane drzwi i graffiti na ścianach - to wszystko, co pozostawili po sobie nieproszeni lokatorzy.

  W roku 2001 małżeństwo Mattingly (Tina i Charlie) zakupiło posiadłość z zamiarem odrestaurowania jej i przekształcenia w hotel dla turystów, którzy coraz liczniej odwiedzają Waverly Hills. Zainteresowanie tym miejscem ma również związek z pojawiającymi się coraz częściej doniesieniami o zjawiskach nadprzyrodzonych, których można doświadczyć spacerując dawnymi korytarzami sanatorium. "Łowcy duchów" masowo pojawiający się w Waverly Hills są doskonałą reklamą przyciągającą całą rzeszę ludzi wierzących w zjawiska paranormalne. Razem z nimi pojawiają się dolary, które właściciele obiektu chętnie liczą i jeszcze bardziej podsycają pogłoski o tym, jakoby Waverly Hills, wskutek swojej tragicznej i mrocznej historii, było jednym z najbardziej "nawiedzonych miejsc" w Stanach Zjednoczonych. Jak powszechnie wiadomo, Amerykanie uwielbiają opowieści o duchach i nawiedzonych domach. Często gotowi są słono zapłacić za możliwość przebywania w takich miejscach, a każdy nierozpoznany przez nich odgłos lub nieznane zjawisko optyczne biorą za dowód na istnienie duchów. Płacą, więc wymagają. I kto im tego zabroni...?

9 komentarzy:

  1. Świetny wpis i ogólnie blog.

    OdpowiedzUsuń
  2. No wygląda bardzo mrocznie więc się nie dziwie, że niektórzy się boją tego

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny blog. Zapraszam do odwiedzenia mojej strony www.xeibos.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. Szok,i to jest właśnie honor wykształconych elit medycyny.Prawdziwi nauczyciele sławnego Mengele.
    Ciekawe jak by tak poszukać u nas.Może by się coś znalazło.
    Bardzo ciekawy artykuł no i blog na 5 plus.MD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest w Polsce kilka miejsc, które swoją tajemniczością i mroczną historią wcale nie ustępują Waverly Hills. Problemem jest tylko dotarcie do wiarygodnych źródeł, tak by bez żadnych wątpliwości oddzielić fakty od fikcji.Najlepszym tego przykładem może być dawna kopalnia uranu w Miedziance, na Dolnym Śląsku.

      Usuń
  5. super artykuł bardzo ciekawie napisany

    OdpowiedzUsuń
  6. Niesamowicie ciekawy artykuł, trafiłam na niego niedługo po tym, jak sama zaczęłam się interesować tym miejscem. Chciałabym wiedzieć więcej na ten temat i wydaje mi się, że pomogłaby mi w tym ta autobiografia, o której była mowa. Niestety nie mogę jej znaleźć :/ Mam nadzieję, że ktoś napisze komentarz z tytułem tej autobiografii - z góry serdecznie dziękuję .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W artykule mowa jest o książce pulmonologa z Louisville, w stanie Kentucky, doktora J. Franka W. Stewarta pod tytułem "Sunrise, Sunset: An Autobiography" z roku 1991.

      Książka ta nie została wydana w Polsce ale można ją kupić na amerykańskich serwisach zakupowych - oczywiście wyłącznie w wersji angielskiej.

      Usuń