niedziela, 29 stycznia 2017

Tygrysica z Champawat

   Na przełomie XIX i XX wieku, w spokojnym dotąd regionie na pograniczu nepalsko-indyjskim, wśród miejscowej ludności zapanował strach. Tygrysica z Champawat w ciągu kilku lat zaatakowała i zabiła co najmniej 436 osób. Mężczyźni, kobiety i dzieci ginęli jeden po drugim, często wyciągani przez dziką bestię prosto ze swoich łóżek. Nawet nepalskie wojsko nie potrafiło powstrzymać tych krwiożerczych łowów. Dziką wściekłość bestii i jej agresję przypisywano złym mocom i demonom. Kres tej tragedii położył dopiero słynny brytyjski „Łowca ludojadów” James "Jimmy" Corbett, który po wielu trudach nie tylko zabił zwierzę, ale również odkrył prawdziwy powód ataków tygrysicy na ludzi.


   Przez kilka lat bestia grasująca u stóp Himalajów skutecznie unikała kul myśliwych i zastawianych na nią pułapek. Z ataku na atak stawała się coraz bardziej zuchwała, a ludzie ze strachu barykadowali się w swoich chatach. To jednak nie powstrzymywało tygrysicy z Champawat przed kolejnymi polowaniami. Mieszkańcy Nepalu i Indii Brytyjskich byli sparaliżowani strachem i bezradni – zwłaszcza, że tygrysica kierowała się nie tylko uczuciem głodu, ale i osobistą zemstą za wyrządzoną jej przez ludzi krzywdę…


U STÓP HIMALAJÓW

Dystryktu Kanchanpur, zachodni Nepal.
   Ośnieżone szczyty Himalajów i górskie szlaki, które wydają się nie mieć końca – taki widok oferuje swoim gościom Nepal – niewielki kraj u podnóża najwyższych gór świata, ze stolicą w Katmandu. Wzdłuż jego granic rozciągają się trudne do zdobycia pasma górskie, które od zawsze skutecznie izolowały miejscową ludność od zewnętrznych wpływów i obcych najazdów. Nie powstrzymało to jednak Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, której wpływy kolonialne zawitały u stóp Himalajów na początku XIX wieku. Dwuletnia wojna nepalsko-brytyjska (zwana także „Wojną z Gurkhami”), toczona w latach 1814-1816, doprowadziła do utraty przez Nepal 1/3 powierzchni swojego terytorium. I choć Brytyjczycy uznali w końcu suwerenność Nepalczyków, brytyjskie wpływy w tym kraju pozostały (dla przykładu - do dziś w tym kraju panuje ruch lewostronny).

   Jednak zwykłych Nepalczyków polityka nie interesowała. Trzymali się z dala od wszelkich wojen i konfliktów. Żyli swoim życiem i swoimi problemami. Zwłaszcza mieszkańcy Dystryktu Kanchanpur, położonego w zachodniej części kraju, tuż przy granicy z Indiami Brytyjskimi (Indie pozostawały pod władzą Brytyjczyków w latach 1858–1947). Oprócz trudów codziennego życia na tych nieprzyjaznych terenach, pod koniec lat 90. XIX wieku pojawiło tam się nowe zagrożenie. Z dnia na dzień, zupełnie nagle, ludzie zaczęli ginąć w tajemniczych okolicznościach. Mężczyźni, kobiety, dzieci – ludzie wychodzili ze swoich chałup i już nie wracali. Początkowo o zaginięcia posądzano Brytyjczyków. Miejscowi rolnicy, bardzo nieufni wobec Europejczyków, byli przekonani, że jest to zaplanowana akcja mająca za zadanie swoistą depopulację Nepalczyków. Na nic zdały się tłumaczenia Brytyjczyków, że nie mają oni z porwaniami nic wspólnego. Ludzie wiedzieli swoje…

"CZAS GNIEWU BESTII"

Tygrys bengalski (łac. Panthera tigris tigris).
   Prawda jednak szybko wyszła na jaw i okazała się bardziej przerażająca niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Niedługo po pierwszych zaginięciach, ludzie pracujący w lesie zaczęli natykać się na szczątki swoich sąsiadów, porozrzucane w promieniu kilku kilometrów. Zazwyczaj niedojedzone ludzkie resztki spoczywały ukryte pod warstwami liści i gałęzi krzewów. Dla wszystkich stało się jasne, że takiego aktu barbarzyństwa nie mógł dokonać żaden człowiek. To była bestia. Złowrogie i dzikie stworzenie, czające się w gęstwinach i czyhające na swoje ofiary. Ślady pozostawione na miejscu odnalezienia ciał, według myśliwych sugerowały, że za wszystkimi zaginięciami stało jedno zwierzę – tygrys bengalski, należący do najliczniejszego podgatunku tygrysa azjatyckiego.

   Wielki dziki kot atakował ludzi krótko po zapadnięciu zmroku, gdy tylko ci odważyli się odejść od swoich chałup. Ludzie byli przerażeni. Co prawda, przypadki ataków tygrysów na ludzi zdarzały się już wcześniej, jednak nigdy na tak wielką skalę. Nie było tygodnia, w którym nie odnotowano by co najmniej kilku incydentów.

   Postanowiono przeczekać „zły czas”, który Nepalczycy z Kanchanpur nazwali „czasem gniewu bestii”. Nie wychodzono z domów po zmroku, zabroniono kobietom i dzieciom przebywać samotnie w odległości większej niż sto kroków od chałup, a mężczyznom rozkazano nosić przy sobie strzelby. Wezwano także kilku zawodowych myśliwych. Obiecali oni zabić zwierzę w ciągu kilku dni. Pierwsza okazja nadarzyła się już wkrótce…

RACHUNKI DO WYRÓWNANIA

Rzeka Sarda w dystrykcie Champawat. Miejsce ataków tygrysicy.
   Po zapadnięciu zmroku łowcy ulokowali się na swoich pozycjach. W kilku miejscach rozpalono pochodnie, które delikatnie rozświetlały mrok. Z oddali dochodziły do ich uszu wyraźne odgłosy dzikiego kota. Jego pomruki stawały się coraz głośniejsze – tygrys wyłonił się wolno z gęstwiny i szedł w stronę zabudowań. Myśliwi odczekali jeszcze chwilę i na umówiony sygnał wystrzelili kilka razy. Zwierzę ryknęło, cofnęło się kilka kroków, po czym odwróciło się i uciekło w stronę lasu. Czy zostało trafione? Myśliwi byli przekonani, że tak. Jeden z nich przysięgał nawet, że jest pewny tego, że dwukrotnie trafił zwierzę w pysk. Nie wszyscy uwierzyli w te opowieści. Gdyby tak było, tygrys powinien paść na miejscu, tymczasem kot uciekł.

   O świecie zobaczono ślady krwi prowadzące wprost w zarośla. Jeśli zwierzę nie zdechło, to na pewno było poważnie ranne. Łowcy wyruszyli na poszukiwania. Nie znaleziono nic, co mogłoby potwierdzić, że kłopoty mieszkańców się skończyły. Ślady tygrysiej krwi urywały się nagle przy rzece Sarda, na granicy z indyjskim dystryktem Champawat (stan Uttarakhand, region Kumaon).

   Postanowiono dalej czekać przy zaostrzonych środkach bezpieczeństwa. Gdy w ciągu dwóch tygodni zwierzę nie dało żadnych znaków życia, zapłacono myśliwym i odesłano ich. Ludzie zaczęli się cieszyć, że ich koszmar się skończył. Wkrótce okazało się jednak, że bardzo się pomylili. Bestia nie tylko przeżyła, ale miała teraz własne rachunki do wyrównania…

BEZRADNA KRÓLEWSKA ARMIA

Widok na Champawat.
   Spokój mieszkańców skończył się, gdy tygrys zaatakował ponownie po dwóch miesiącach przerwy. Zmieniła się nie tylko intensywność polowań, ale również pora. Po powrocie zwierzę atakowało głównie za dnia. Zupełnie bez strachu podchodziło pod same domostwa przestraszonych ludzi. Ci, którym udało się uciec przed kłami bestii zauważyli, że to była samica. Tygrysica atakowała ludzi z niewyobrażalną furią. Mimo swych ogromnych rozmiarów, zakradała się do swoich ofiar niemal niezauważalnie. Z odległości kilka metrów doskakiwała do bezbronnych ludzi, których chwytała wielka szczęką i zaciągała do lasu. Krzyki konających wzbijały się w niebo sprawiając, że jeszcze większy strach i panika ogarniała tych, którzy je słyszeli.

   Próbowano się bronić przed tygrysicą. Nie pomagały jednak ani zastawione pułapki, ani patrole złożone z uzbrojonych mężczyzn. Zwierzę jakimś cudem potrafiło omijać wszystkie potrzaski. Żadna wystrzelona kula nie była w stanie dosięgnąć bestii. Szybko znaleziono wytłumaczenie dla wszelkich niepowodzeń. Według starszyzny tygrysica była wcieleniem demonów i złych duchów, które opanowały jej ciało. To one sprawiły, że była nieśmiertelna i pomagały jej unikać wszelkich sideł. Ludzie uwierzyli. Nie mieli powodów, żeby nie wierzyć, gdyż każdy wiedział, że dzikie zwierzęta do tej pory nie polowały na ludzi bez powodu - z taką częstotliwością i z taką furią.

   Do roku 1902, w Dystrykcie Kanchanpur, tygrysica zabiła łącznie 200 osób. Gdy wieści o wydarzeniach przy granicy z Indiami Brytyjskimi doszły do królewskiego dworu, król Nepalu Prithvi Bir Bikram Shah wysłał do Kanchanpur armię, złożoną z kilkudziesięciu najlepiej wyszkolonych żołnierzy. Mieli oni tylko jeden cel – wyzwolić miejscową ludność z łap dzikiego ludożercy. Zakrojona na szeroką skalę obława rozpoczęła się od razu po przybyciu żołnierzy nad rzekę Sarda. Jednak nawet oni nie zdołali zabić groźnej tygrysicy. Osiągnęli jednak sukces, ponieważ udało im się przepędzić zwierzę za rzekę – do indyjskiego regionu Kumaon. Bestia nigdy już nie wróciła do Nepalu. Znalazła sobie nowe terytorium, znacznie bardziej dla niej przyjazne niż nepalski Kanchanpur, gdzie zabiła 200 osób. Po drugiej stronie rzeki, w pobliżu indyjskiej wsi Champawat (dziś jest to miasto liczące 40 tysięcy mieszkańców), zaczęła swoje nowe łowy – jeszcze krwawsze niż dotychczas…

WYMARŁA WIEŚ DUCHÓW

Okładki brytyjskich wydań książek
Jamesa Corbetta, które cieszyły się
ogromna popularnością.
   Ataki na ludzi rozpoczęły się w Champawat niemal natychmiast po przybyciu tam zwierzęcia, które radykalnie zmieniło swój sposób polowania. Tygrysica nie czaiła się już w nocy na ofiary. Bez strachu przed ludźmi pojawiała się w biały dzień, atakując bawiące się nieopodal domów dzieci. Mężczyźni próbowali zapolować na dziką bestię, jednak bez rezultatów. Ich przestarzałe strzelby nadawały się bardziej do muzeum niż na łowy. Dodatkowo, szybko zabrakło amunicji. Tymczasem ginęły kolejne ofiary, które tygrysica zabierała ze sobą do lasu.

   Mieszkańcy nie byli w stanie walczyć, a skuteczna pomoc nie nadchodziła. Od czasu do czasu we wsi pojawiali się żądni przygód „shikari” (indyjscy myśliwi), marzący o zabiciu ludożercy i zdobyciu cennego trofeum. Jednak przez cztery kolejne lata ich wysiłki nie zakończyły się powodzeniem. Ludzie ze strachu nie wychodzili z domów, a drzwi i okna zabijali deskami. „Shikari”, przybywający już coraz rzadziej do Champawat, opisywali to miejsce jako „wymarła wieś duchów”. Jednakże nawet barykadowanie się we własnych domostwach nie uchroniło ludzi przed straszliwą śmiercią w pysku dzikiego kota. Nie mogąc trafić na swoje ofiary, tygrysica zaczęła ich sama szukać…

   Drewniane, rozlatujące się chałupy nie były skutecznym bastionem, chroniącym domowników przed zewnętrznym zagrożeniem. Żądna ludzkiej krwi samica nie miała najmniejszych problemów z dostaniem się do ich środka. Rozbijała okna lub drzwi, po czym wyciągała przerażonych ludzi z ich chat. Dorosłym mieszkańcom przegryzała gardło, dzieci najczęściej ginęły od silnego uderzenia łapą, które w mgnieniu oka łamało im karki.

„JIMMY”, ŁOWCA LUDOJADÓW

James „Jimmy” Edward Corbett.
   W ciągu czterech lat grasowania w Champawat, tygrysica miała na swoim koncie kolejnych 200 ludzkich istnień. I gdy wydawało się już, że dla mieszkańców nie ma żadnego ratunku, a oni sami powinni przygotować się na rychłą śmierć, pojawiła się nadzieja – opowieść o krwiożerczym ludojadzie usłyszał indyjski myśliwy z Manali (miasto w północnych Indiach w stanie Himachal Pradesh, w zachodnich Himalajach), niejaki Eddie Knowles. Wiedział, że tylko jeden człowiek w Indiach może zabić bestię i powstrzymać dalszy rozlew krwi. Tym człowiekiem był Brytyjczyk James Edward Corbett, zapalony myśliwy, który swojego pierwszego dzikiego kota zabił w wieku 8 lat. Gubernator stanu Uttarakhand znał Corbetta z wielu opowieści, jakie krążyły o odważnym Brytyjczyku w całych północnych Indiach. Bez zastanowienia zgodził się nawet ufundować ogromną nagrodę za zabicie tygrysicy z Champawat. Eddie Knowles podczas jednego ze wspólnych polowań namówił Corbetta na przyjazd do Kumaonu, argumentując to tym, że „Jimmy” będzie miał niepowtarzalną okazję zapolować na pierwszego w swoim życiu ludojada…

Zdjęcie rodziny Corbettów.
Od lewej:
Tom (najstarszy brat Jamesa), Mary Jane (matka),
 "Jimmy" i jego siostra Maggie.
   James Edward Corbett urodził się 25 lutego 1875 roku w indyjskim mieście Nainital (60 kilometrów na zachód od Champawat), jako ósme z trzynaściorga dzieci Irlandczyków Williama i Mary Corbett. Jego ojciec, kierownik placówki pocztowej w Nainital, zmarł w roku 1879. Od tej chwili 4-letni Jimmy musiał wraz ze swoimi braćmi zadbać o domowy budżet. Od najmłodszych lat zafascynowany był dzikimi zwierzętami. Uciekał ze szkoły, aby samotnie spędzać czas w niebezpiecznych lasach. Jako nastolatek towarzyszył miejscowym „shikari” w polowaniach. Jego specjalnością stały się łowy na dzikie koty. Nauczył się ich zwyczajów i wszelkich sposobów tropienia. W wieku 19 lat porzucił szkołę i wkrótce stał się jednym z najlepszych myśliwych W Indiach Brytyjskich. Jako pracownik kolei zjeździł cały kraj i nauczył się kilku miejscowych dialektów. W roku 1906 stanął przed nowym wyzwaniem – przybył do Champawat zapolować na swojego pierwszego ludożercę. Władzom prowincji postawił jednak swoje warunki…

   Obiecał gubernatorowi, że szybko zabije bestię, ale pod dwoma warunkami. Po pierwsze –  wszelkie nagrody wyznaczone za zabicie tygrysicy miały zostać natychmiast anulowane. Po drugie – wszyscy myśliwi, przybywający do Champawat mieli być od razu odwoływani. Po trzecie – Corbett sam chciał dobrać sobie współtowarzyszy, którzy mieli mu pomóc zabić bestię. Zdesperowani przedstawiciele rządu zgodzili się na wszystko, więc Brytyjczyk przystąpił od razu do swojego zadania.

   Gdy przybył do Champawat ze swoimi sześcioma ludźmi, we wsi nie zastał nikogo. Ludzie wciąż przebywali zamknięci w swoich domach. Nikt nawet nie odważył się wyjść, aby przywitać przybysza. Pierwszego wieczoru James rozpalił ognisko przed jednym z domów i czekał. Dopiero o świcie pierwsi mieszkańcy zdecydowali się opuścić swoje „twierdze” i dołączyć do ogniska. Z pierwszych opowieści dowiedział się, że od początku ataków tygrysicy populacja wsi zmniejszyła się z 250 do zaledwie 55 osób. Corbett obiecał pomóc i zabić bestię w ciągu kilku dni. Nie przypuszczał jednak, że będzie potrzebował znacznie więcej czasu, a ludzie wciąż będą ginąć…

Posiadłość Jamesa Corbetta „Gurney House” w jego rodzinnej miejscowości Nainital w Indiach.

DWA ZŁAMANE KŁY

Głowa tygrysicy z Champawat. Wyraźnie widać
dwa złamane kły, które uniemożliwiły samicy
polowanie na naturalne zdobycze, Uszkodzenia kłów
sprawiły, że tygrysica zaczęła polować na ludzi.
   Corbett ze swoją drużyną rozpoczęli przeczesywania gęstych lasów. Co jakiś czas słyszał ryki tygrysicy, jednak pierwszy raz zobaczył ją dopiero po czterech dniach. Nie miał jednak możliwości oddania strzału. Bestia skutecznie omijała wszelkie zasadzki. Przy okazji wciąż wykorzystywała każdą sposobność na atak. Przez kolejne miesiące bezskutecznych łowów, zginęło kolejnych kilkanaście osób. Rozczarowany niepowodzeniami Corbett zgodził się na pomoc kilku miejscowych chłopów. Zakazał im jednak strzelania do zwierzęcia. Wiedział, że skoro nikomu nie udało się zastrzelić tygrysicy do tej pory, to i teraz również nie dadzą rady. Chłopi mieli za zadanie wyłącznie rozkładać przynętę, zakładać sidła, nosić za nim zapasową broń i amunicję oraz czekać na rozkazy Brytyjczyka. Samica zmieniła swoje zwyczaje i już nie podchodziła blisko ludzkich siedzib. Zupełnie jakby rozumiała, że wreszcie ma godnego siebie przeciwnika, który bez wahania wykorzysta każdy jej błąd. Na wiosnę 1907 roku nastąpiła pierwsza okazja do zabicia bestii…

   O świcie, kilka kilometrów na północ od Champawat, „Jimmy” przeczesując las wraz z dwoma miejscowymi hindusami, natknął się na tygrysicę, wylegującą się na niewielkich skałach. Podszedł bliżej, w zupełnej ciszy uniósł strzelbę i wystrzelił. Nie trafił, a huk wystrzału zbudził zwierzę, które zeskoczyło na ścieżkę, około 30 metrów od myśliwego. Corbett wymierzył ponownie, jednak broń zacięła się. Dał znać pomocnikom, że potrzebuje innej strzelby. Otrzymał ją, po czym wycelował w zbliżającą się wolno w jego stroną samicę. Nagle zauważył, że lufa otrzymanej broni jest wykrzywiona. Nie miał już jednak czasu na wymianę. Wycelował prosto w pysk i wypalił. Kula trafiła tygrysicę w tylną łapę. Zranione zwierzę zbliżyło się na odległość 10 metrów, wyszczerzyło swoje kły i uciekło w głąb gęstych krzewów. W tym momencie Corbett zauważył, że coś nie tak jest z jej pyskiem…

Martwa tygrysica z Champawat, niesiona przez wioskę przez tubylców.
Z jej ciała zrobiono amulety, mające zapewnić bezpieczeństwo
wszystkim mieszkańcom wioski Champawat.

   Prawy górny kieł był złamany w połowie, natomiast dolny (po tej samej stronie) był ułamany przy samym korzeniu. Od razu zrozumiał dlaczego – był to efekt postrzału. Jednak kula zamiast zabić zwierzę, złamała jej oba kły, uniemożliwiając tym samym polowanie na jej naturalne zdobycze. Aby nie umrzeć z głodu, tygrysica zmuszona została to polowania na najbardziej bezbronne stworzenia w swoim środowisku – na ludzi. Brytyjczyk był również pewien, że furia z jaką atakowała dotychczas, świadczyć mogła o jej gniewie skierowanym w stronę ludzi. Gdy Corbett wrócił do wioski, usłyszał od miejscowych historię o nieudanym polowaniu, gdy jeden z myśliwych dwukrotnie strzelił samicy w pysk, ta jednak uciekła. W tym momencie wszystko ułożyło się dla niego w jedną całość. Rozumiał zachowanie zwierzęcia i postanowił jak najszybciej skrócić jej cierpienia, a przy okazji przywrócić spokój w Champawat. Odesłał do domu swoich towarzyszy, a jako tragarzy wyznaczył dwóch miejscowych „shikari”. Chciał sam dopaść tygrysicę, której zabicie stało się dla niego sprawą honoru.

OSTATNIA OFIARA BESTII

James Corbett u schyłku swojego życia w Kenii.
   Nadszedł majowy poranek 1907 roku. Do odpoczywającego w swoim namiocie po nocnych łowach „Jimmy’ego” Corbetta przybiegł wrzeszczący i roztrzęsiony mężczyzna. Zdołał jedynie wycedzić przez zęby, że jego żona została zabita przez bestię. Brytyjczyk natychmiast przybiegł we wskazane mu miejsce. Obecne tam osoby zrelacjonowały mu całe tragiczne zajście – 16-letnia kobieta zbierała rankiem suche gałęzie nieopodal swojego domu, gdy nagle z wysokiej trawy wyskoczyła tygrysica i pochwyciła ofiarę, którą zaciągnęła w głąb lasu. Na miejscu Corbett zauważył krwawy ślad ciągnący się do miejsca, w którym zwierzę ukryło się w zaroślach. Załadował do strzelby dwa naboje, dwa kolejne schował do kieszeni kamizelki i pobiegł wzdłuż krwawej ścieżki. Wbrew zakazom Brytyjczyka, reszta mężczyzn ruszyła za nim.

   James krocząc po śladach krwi, natykał się na kolejne szczątki zabitej kobiety. Najpierw znalazł głowę, później stopę. Jeszcze dalej zauważył kobiece ramię i kawałek sukni. Na samym końcu gęstego wąwozu w pobliżu mostu Chataar (pomiędzy Champawat i miasteczkiem Lohaghat), w kałuży krwi zobaczył resztę ciała. Na szczątkami stała tygrysica. Podniosła łeb i spojrzała na myśliwego. Corbett uklęknął na jedno kolano i przyłożył strzelbę do ramienia. Czekał na dogodny moment, by wystrzelić po raz ostatni. Bestia odskoczyła jednak w gęste krzewy, ale nie uciekła. Tak, jakby chciała się jedynie schować przed lufą. Corbett wyczekał jeszcze kilka minut. Nie widział zwierzęcia, ale po ruchu gałęzi wywnioskował, gdzie się znajduje. Wypalił i spudłował. W tym momencie tygrysica wyskoczyła na niego z lewej strony. Corbett bez zastanowienia odwrócił się i wystrzelił po raz drugi. Trafił, jednak nie tam, gdzie chciał. Kula dosięgła bestię w tylna część grzbietu, zwierzę zatoczyło się i chwiejnym krokiem szło w stronę łowcy, rycząc przy tym przeraźliwie. Widzący to hindusi, zaczęli głośno hałasować w nadziei, że przestraszy to ranną samicę. Okrzyki jednak nie pomogły. „Jimmy” pośpiesznie wyciągnął z kieszeni zapasowy nabój i przeładował broń. Trzeci strzał dosięgnął celu i powalił tygrysicę na ziemię w odległości kilku metrów od niego. To był już koniec. Dla niej, dla niego, dla Champawat…

Oryginalna strzelba "Łowcy ludojadów", której używał podczas polowania w Champawat.


AMULETY Z CHAMPAWAT

"Jimmy" Corbett i martwa tygrysica z Champawat, 1907 rok.
   Corbett chciał zabrać się natychmiast do rozczłonkowania ciała tygrysicy, jednak hinduscy chłopi wyprosili u niego pozwolenie na zabranie martwej samicy do wioski i zachowanie jej w całości do następnego ranka. Mężczyźni chcieli obnieść martwe zwierzę przez całą wieś, tak by każda osoba mogła na własne oczy zobaczyć, że ich koszmar już się skończył.

   Następnego dnia mężczyźni przynieśli ciało bestii pod namiot Jamesa i poprosili go o to, aby Brytyjczyk własnoręcznie podzielił tygrysicę na małe kawałki, które od tego momentu miały służyć mieszkańcom Champawat jako amulety, chroniące ich przed nie tylko dzikimi zwierzętami, ale i przed demonami. Corbett spełnił ich prośbę, a w trakcie tego rytuału odnalazł w żołądku samicy kilka palców ostatniej ofiary oraz pozostałości innych ludzkich kości.

   Łącznie ofiarami tygrysicy z Champawat padło oficjalnie 436 osób. O tylu zabitych wspominają oficjalne rejestry, jednak ofiar mogło być znacznie więcej, ponieważ nie wszystkie ataki zostały zgłoszone i ujęte w dokumentacji z tego okresu. Niekiedy mówiło się nawet o tym, że ofiar mogło być nawet ponad 600.

Margaret „Maggie” Winifred Corbett.
Siostra Jamesa zmarła w roku 1963.
   Po tym wydarzeniu James Edward Corbett stał się jeszcze sławniejszy. W latach 1907-1938 zwracano się do niego z wieloma prośbami o zabicie kolejnych dzikich kotów, atakujących ludzi. Corbett zabił między innymi panterę z Panar (1910 rok, około 400 ofiar), tygrysicę z Chowgarh (1925 rok, 64 ofiary), panterę z Rudraprayag (1926 rok, 125 ofiar), tygrysicę z Kala Agar (1930 rok). Poza tym Corbett wyzwolił ludzi od ludojadów z takich miejsc jak Talla Des, Mohan i Muktesar. Ostatnim ludożercą, którego zastrzelił Brytyjczyk była tygrysica z Thak w październiku 1938 roku. Łącznie od jego kul padło 19 tygrysów i 14 panter. Wszystkie te dzikie koty odpowiedzialne były za śmierć co najmniej 1500 osób. Corbett zyskał przez to przydomek „Łowcy ludojadów”. Po zakończonych sukcesem łowach w Thak James zamienił swoją strzelbę na aparat. Pracował dla wielu magazynów przyrodniczych i wykonał tysiące wspaniałych zdjęć, głównie dzikich kotów. Głosił również konieczną potrzebę ochrony tych groźnych, a zarazem pięknych stworzeń. Osobiście założył kilka stowarzyszeń, zajmujących się ochroną przyrody i zagrożonych gatunków zwierząt.

Grób Jamesa Corbetta i jego siostry Maggie w Kenii.
   Podczas II wojny światowej Corbett zgłosił się jako ochotnik do brytyjskiej armii, gdzie otrzymał stopień porucznika. Z racji swojego wieku (miał już wtedy 64 lata) nie brał udziału w walkach. Robił jednak to, co umiał najlepiej – szkolił młodych żołnierzy w sztuce przetrwania w niebezpiecznych dżunglach.

   Po wojnie zamieszkał ze swoją siostrą Margaret „Maggie” Winifred Corbett w swojej indyjskiej posiadłości „Gurney House”, w rodzinnej miejscowości Nainital. Razem opuścili to miejsce w roku 1947 i wyjechali do Afryki. Zamieszkali tam w kenijskiej miejscowości Nyeri, gdzie Corbett bardzo zaangażował się w walkę o ochronę przyrody. Swoje wspomnienia związane z łowami na ludożerców opisał w sześciu książkach, które odniosły wielki sukces na całym świecie (zostały wydane również w Polsce). Kilka dni po ukończeniu swojej ostatniej książki Corbett doznał ataku serca i zmarł 19 kwietnia 1955 roku. Został pochowany na cmentarzu przy anglikańskim Kościele św. Piotra w Nyeri. W roku 1994 (później ponownie w roku 2002) zaniedbane groby Jamesa i Maggie zostały naprawione i odrestaurowane przez Jerry’ego A. Jaleela, założyciela i przewodniczącego „Jim Corbett Foundation”, organizacji zajmującej się ochroną dzikiej przyrody.

POSTSCRIPTUM...

Muzeum Jamesa Corbetta w Indiach.
   Dwa lata po śmierci „Łowcy ludożerców” pierwszy park narodowy w Indiach, położony w dolinie rzeki Ramgangi, otrzymał nazwę na jego cześć – „The Corbett National Park”. Było to uhonorowanie Brytyjczyka nie tylko za jego zasługi w walce z krwiożerczymi bestiami atakującymi ludzi, ale również za jego ogromny wkład w ratowanie przyrody i zagrożonych gatunków zwierząt. Do dzisiaj często powtarzane są słowa „Jimmy’ego”, który przy każdej okazji głośno podkreślał, że żaden myśliwy nie ma moralnego prawa polować i zabijać żadnych stworzeń, jeśli nie angażuje się osobiście w ochronę odnawialnych zasobów przyrody, w tym w ochronę zagrożonych gatunków dzikich zwierząt.

   W roku 1968 jeden z podgatunków tygrysa azjatyckiego – tygrys indochiński otrzymał swoją łacińską nazwę „Panthera tigris corbetti” na cześć Jamesa Edwarda Corbetta

3 komentarze:

  1. Świetny artykuł. Tęskniliśmy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zwykle ciekawy i wspaniale napisany artykuł.

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny artykuł

    OdpowiedzUsuń